Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 grudnia 2021

Rok bez figurek

 

    Wiem, wiem - trochę mi zeszło z tym wyjściem po mleko. Ostatni wpis na tym blogu pojawił się pod koniec 2018. Już wtedy dawna regularność była czymś co minęło. Jak się pewnie domyślacie: samo życie przeszkadzało w systematycznym pisaniu. Moje nadzieje, że drugie dziecko (oraz urlop rodzicielski) da więcej czasu dla siebie, okazały się dość naiwne.

Potem kryzys zawodowy – który na szczęście skończył się dla mnie wyjątkowo pomyślnie. Ale przejście przez niego wymagało trochę zachodu. Pandemia byłaby jeszcze do zniesienia, gdyby nie zdalne nauczanie... No i jakoś w tym całym zamieszaniu nie miałem już sił na pisanie. Ale teraz, gdy moja sytuacja się ustabilizowała (piszę te słowa 22.01.2021), postanowiłem odgrzebać blog, który dawał ongiś tak wiele radości.


Boomerskie dad jokes, bardzo luźno nawiązujące do tematu tekstu. Witajcie ponownie na Bitewniakowych pograniczach! 

Niemniej jednak to że nie pisałem, nie oznacza że nie miałem nic wspólnego z figurkami. Wprost przeciwnie – poznałem i wciągnąłem się w kilka nowych systemów, kupiłem i pomalowałem setki ludzików, rozegrałem wiele bardzo udanych gier. Cały czas obserwowałem to, co dzieje się w bitewniakowym światku. Jednak najwięcej było właśnie malowania. Oraz kupowania nowych ludzików: bardziej i mniej okazyjnie.

Parę dni po rozpoczęciu 2021 roku wpadłem na pomysł, którego efekty macie okazję właśnie oglądać. Postanowiłem sobie, że w tym roku nie kupię żadnej nowej (ani używanej) figurki. Skąd taka idea?

czwartek, 23 sierpnia 2018

Bitewniaki jako całość dzielą się na trzy części. Troszkę o typologii gier bitewnych.


   Wakacje to dobry czas, by wrzucić na luz i pomyśleć sobie na spokojnie o różnych sprawach, które na co dzień schodzą na drugi plan. I dziś właśnie będę pisał o czymś takim: doświadczanym przez fanów powszechnie i niemal niezauważanym. O klasyfikacji gier bitewnych.

   Jak każde ludzkie dzieło, i ta gałąź rozrywki może być podzielona i poselekcjonowana według najróżniejszych kryteriów. Na przykład możemy wziąć pod uwagę tematykę, skalę modeli, rodzaj mechaniki czy nawet kraj pochodzenia lub osobę autora zasad. Dziś jednak chcę się skupić na czymś, co jest dużo istotniejsze i w dużej mierze definiuje wrażenia, jakich doznajemy w trakcie zabawy. Chodzi mi o skalę rozgrywki. Ile modeli używamy w danej grze - oraz jaka historia jest opowiadana za ich pomocą (oraz oczywiście za pomocą zasad). 


Jak widać, każdy temat można rozdrobnić.

   Pewnego problemu nastręczy terminologia. Co prawda istnieje dziedzina nauki biorąca pod lupę gry i zabawy (ludologia), ale nie jestem pewien, czy jej macki dotarły już do nieeuklidesowej dziedziny bitewniaków. Dlatego dzisiejsza typologia będzie moim autorskim pomysłem. Ale nie będę wymyślał prochu, każdy kto choć trochę słyszał o grach bitewnych szybko załapie, co mam na myśli. A jeśli komuś brakuje takich doświadczeń, to mam nadzieję że podane definicje i wyjaśnienia wystarczą, by uzasadnić taką a nie inną taksonomię. 


Zacznijmy od najniższego szczebla, od najprostszych figurkowych organizmów.



sobota, 21 lipca 2018

Dwa lata Bitewniakowych Pogranicz. 5 najlepszych tekstów, które jeszcze nie zostały opublikowane.


   Dokładnie dwa lata temu puściłem na tym blogu swój pierwszy tekst. Był on mało ciekawy - jak to wstępniak. Ale dzięki niemu całe przedsięwzięcie wystartowało. I od tamtego czasu co tydzień (albo i częściej) zamieszczałem wpis związany (czasami luźno) z grami bitewnymi. Od razu postawiłem na dwie rzeczy: systematyczność oraz content z zakresu recenzji i publicystyki. Takiego bloga brakowało mi w polskim internecie, odkąd działalność zawiesił Fireant. 



Plan ten udało mi się zrealizować. Wiele się przy okazji dowiedziałem i nauczyłem. Poznałem dziesiątki fajnych gier, kilka gównianych - oraz wielu wspaniałych, pełnych pasji i specyficznego poczucia humoru ludzi. Przeszedłem drogę od "wydaje mi się, że znam się na bitewniakach" do "wiem, że moja wiedza na temat bitewniaków jest średnia". Cały ten temat jest jak dżungla. Po odkryciu jakiejś interesującej gry zaraz okazuje się, że za zakrętem czekają jeszcze ciekawsze tematy. A zatem: mam ze swojego pisania sporo radości. Na pewno mi się nie znudziło, a i dalszych pomysłów mam znacznie więcej, niż jestem w stanie zrealizować w ramach przyjętej formuły pisania. I właśnie o tych pomysłach będzie traktować dzisiejszy wpis. Przed wami pięć tekstów, do których pisania się kiedyś przymierzyłem, ale nie dokończyłem go z różnych względów:

czwartek, 19 lipca 2018

Marcin G. przerywa milczenie: "BASTA, K***A, BASTA!" Wywiad z szefem Assault Publishing.


    Gdy zaczynałem swe peregrynacje po pograniczach mainstreamowych gier bitewnych, byłem zielony niczym szczypiorek. I do tego naiwny. Myślałem, że jak znam ofertę Osprey Games i Warlorda to już coś wiem o nietypowych bitewniakach i mogę zacząć wypowiadać się pisemnie na blogu.
Tymczasem każdy kolejny tydzień pokazywał mi, w jak wielkim błędzie tkwiłem. Zjawisko gier z figurkami w roli głównej okazało się dużo bardziej rozbudowane i różnorodne, niż mogłem wcześniej przypuszczać. Dziesiątki firm, setki tytułów, różne działalności hobbystyczne i gospodarcze kręcące się wokół tego tematu... Można by to zgłębiać i poznawać latami. A przecież światek jest wyjątkowo dynamiczny. Co rusz pojawiają się nowe byty, nowe gry - całość podlega zaś pewnej ewolucji. A jej elementem jest też wymieranie niektórych organizmów.  

   Po jakimś czasie zacząłem szczególną uwagą darzyć polską scenę figurkową: wydawców, gry, organizatorów imprez, popularyzatorów i fanów. Zawsze koszula jest bliższa ciału, a poza tym tego typu teksty mogły być dla kogoś realnie przydatne. Gdyby czytelnik zainteresował się jakąś grą na tyle, by w nią wejść - od razu informowałem o miejscach, gdzie można uzyskać więcej informacji i o ludziach, którzy pomogą w postawieniu pierwszych kroków. No i wreszcie chęć wspierania polskiej sceny bitewniakowej. Szczególnie tych mniej popularnych segmentów. Zachodnie wydawnictwa organizują całe kampanie. A u nas wszystko toczy się drogą zbliżoną do marketingu szeptanego.


Bardzo płodne wydawnictwo, o którym głucho w mainstreamie...


  W trakcie rozglądania się po polskich produkcjach zaintrygował mnie tytuł "Shadows in the Void". I to nie ze względu na tematykę (bo statki kosmiczne kręcą mnie tylko wtedy, gdy mają po 6 kilometrów długości i nazywają się "Purgatorium") - co z powodu regularnego informowania o rozwoju projektu. Oraz dlatego, że autor postanowił wyjść do szerszego grona potencjalnych odbiorców, zamieszczając materiały na stronie kojarzącej się jednoznacznie z planszówkami.
I właśnie dzięki "SitV" dowiedziałem się o istnieniu Assault Publishing. Byłem zaszokowany tym odkryciem: otóż działa sobie firma wydająca bitewniaki o bardzo nietypowej tematyce - i do tego celująca w rynek zachodni. Wydawnictwo działało więc podobnie do Pulp Monsters. Tylko zamiast gier o superbohaterach oferowało systemy figurkowe np. o helikopterach nad współczesnym polem bitwy albo o odrzutowcach walczących w trakcie Pustynnej Burzy.


czwartek, 14 czerwca 2018

Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami. O żywotności gier bitewnych.



    
   Jeżeli w sklepie hobbystycznym spotka się dwóch figurkowych nerdów, to kwestią czasu jest, gdy w ich pogawędce padną frazy: "system X zdechł", "system X zdycha", "system X niedługo będzie zdychał". Nic przyjemniejszego nad plotki o stanie zdrowia celebrytów i ich spodziewanym zgonie. A że celebrytami w dziwacznym świecie gier figurkowych są systemy... Dziś jednak nie będziemy się zajmować czczą paplaniną wiejskich bab; podejdziemy do zagadnienia bardziej naukowo. 

   Co to znaczy, że system bitewny żyje? Co to znaczy, że umarł? Jak przebiega jego rozwój od chwili narodzin aż do śmierci? Co sprawia, że jedne gry kwitną przez długie lata i przechodzą do powszechnej świadomości, a inne nie mogą nawet wystartować? I czy istnieje bitewniakowe życie po śmierci?


Nie ma co przedłużać...

czwartek, 5 kwietnia 2018

Misjonarze bitewniaków. O popularyzowaniu gier figurkowych.

   
    Po przedstawieniu kilku gier pora wrócić do tego, co bitewniakowe pogranicza oferują w szerokim zakresie: do domorosłej socjologii, psychologii i marketingu dotyczących gier bitewnych. Pisałem już o progu wejścia, dziś chciałbym powrócić do tego tematu, ale spojrzeć na niego od przeciwnej strony. 
    
    To że gry bitewne wymagają od swych użytkowników większego zaangażowania niż seriale czy planszówki - każdy wie. W zasadzie, gdy wziąć pod uwagę, ile trzeba wydać pieniędzy, ile trzeba się namęczyć z tymi ludzikami, a potem jeszcze wkuwać zasady, często równe złożoności kodeksom i ustawom... Aż dziw bierze, że ktokolwiek chce się brać za gry bitewne. A jednak, wbrew temu wszystkiemu, ludzie angażują się w to hobby. Mozolą się z zakupami, by później przepędzać dni na malowaniu - i by wreszcie zagrać. Dlaczego to robią? Jak są do tego zachęcani?

     Musiałem odpowiedzieć na to pytanie sam sobie. A najłatwiej to zrozumieć, gdy dostrzeże się, co było moim własnym magnesem ciągnącym mnie do ludzików. I chyba wiem... To była obietnica. Kiedy tak patrzyłem, jako nastoletni szczyl na te zdjęcia kolorowych figurek, na grafiki przedstawiające potwory z piekła rodem gromione przez muskularnych herosów z wielkimi mieczami, odzianymi w futrzane majteczki - wierzyłem, że ja też mogę się przenieść do świata mocy i magii. Że wszystkie te przygody, walki i cuda mogą przydarzyć się i mi. Niczym bohaterowie "Trzech stygmatów Palmera Eldritcha": pobawię się odpowiednimi laleczkami i dzięki temu przeniosę się do ich świata. Obietnice tą najbardziej kusząco składały zdjęcia bitew. Wymyślone miniaturowe pola, wioski i lasy były areną, na której śmiertelny bój toczyły armie rycerzy, orków i szkieletów. Ogromne smoki ziały ogniem, a z palców czarnoksiężników strzelały błyskawice. Jak można było mieć kilkanaście lat i się tym nie zajarać? O ileż bardziej atrakcyjne są fikcyjne konflikty fikcyjnych państw i stworzeń niż konfrontacja z wyzwaniami codzienności, tak zwanym życiem prywatnym, rodzinnym i zawodowym? 

To była miłość od pierwszego wejrzenia...


   Oczywiście gry figurkowe to eskapizm w klasycznym tego słowa znaczeniu. Ale eskapizmem jest spora część kultury: obrazy, muzyka, książki, mity... Bez nich życie byłoby monotonne, a wszelka ekscytacja związana równałaby się osobistemu ryzyku. Nie po to ludzkość weszła w erę ponowoczesną. 

   Gdy jednak zdjąć z bitewniaków całą tą otoczkę klimatu, powiedzieć prawdę o tym, że z gier tego rodzaju można cieszyć się w pełni (piękne makiety, pomalowane figurki, dobre opanowanie zasad) dopiero po miesiącach wysiłku... Wtedy wielu ludzi odpadłoby w przedbiegach. Samo zaś hobby zwiędło by i zmarniało, dołując do poziomu popularności mongolskich śpiewów gardłowych. 
By tak się nie stało, konieczne jest ciągłe składanie opisanej wyżej obietnicy. Nie można ustawać w kuszeniu pięknymi rysunkami i jeszcze lepszymi modelami. Nie wolno ustawać w stwarzaniu wrażenia, że każda partia gry figurkowa to jedna z pięciu najbardziej ekscytujących i euforyzujących rzeczy na świecie. W przeciwnym wypadku bitewniaki zanikną zarówno jako biznes, jak i gałąź ludzkiej aktywności. 

czwartek, 22 marca 2018

Acedia! - FKB 43


   Figurkowy Karnawał Blogowy... Dawno mnie tu nie było. Co tym dziwniejsze, że równolegle trwał prawdziwy karnawał. Z którego też nie skorzystałem w sposób zalecany przez tradycję i konwencję społeczną. Również w tej edycji FKB trudno było mi dopasować treść do tematu. Choć oczywiście miałem swoje, dość oczywiste, pomysły. Mógłbym na przykład skończyć malowanie rozgrzebanych demonów Nurgla. Nie cała armia jest wszak już gotowa. Warto by sfinalizować Heralda, czy doprowadzić do używalności nurglingi oraz plaguebearerów. Jednak tak się nie stanie... Może kiedyś, za jakiś czas... Ale nie w marcu 2018. Za dużo modeli na warsztacie, które wystąpią w systemach, w które realnie gram.

    A zatem - nie pokażę wam w tym karnawale modeli demonów. Inni uczestnicy na pewno wam ich nie poskąpią na swych blogach.

  Dumałem nad tym tematem, a jednocześnie borykałem się z silną niechęcią. I to taką, która maksymalnie przeszkadza w blogowaniu: niechęcią do pisania.

  Czy komukolwiek z was mówi coś tytuł dzisiejszego wpisu? Znacie to słówko? Na chwilę założę, że nie, by móc je wyjaśnić. A wtedy zrozumiecie czemu właśnie taki tytuł takiego wpisu w takiej edycji FKB. 


W ramach tak zwanej ikonologii każdej idei odpowiada obraz. Takie ułatwienie dla analfabetów - erudytów. 


   Zacznijmy od małej podróży w czasie; cofnijmy się do (mentalnego) średniowiecza. W tym (i nie tylko tym) okresie tłumaczono występowanie różnych zjawisk aktywnością czynników nadprzyrodzonych. Odbywało się to na następującej zasadzie: Piorun? To uderzył Zeus! Potop! Czymś uraziliśmy Jahwe... Zaraza? Wina Nurgla! Podobnie "rozumiano" różne stany emocjonalne i psychofizyczne. Szczególnie takie, które nie prowadziły do postępowania mile widzianego przez ówczesne nakazy i normy moralne. Na pewno o czymś takim słyszeliście, miłośnicy fantastyki i zdający egzamin uprawniający do przyjęcia pierwszej Komunii Świętej. Chodzi o tak zwane grzechy główne. Różne ludzkie zachowania, mające swą przyczynę w czynnikach indywidualnych i sytuacyjnych zyskiwały w myśl tej koncepcji dodatkowy, nadnaturalny wymiar. 
I tak na przykład, wszyscy ci, którzy pożądali żony bliźniego swego mieli być kuszeni przez demona żądzy. Do zawodowych obowiązków owego demona należało skłanianie ludzi do ulegania grzechowi głównemu Nieczystości (albo "Luxurii" - brzmi lepiej i nie kojarzy się tak mocno z Nurglem). 


czwartek, 1 lutego 2018

Wojna ciągle się zmienia. 5 bitewniakowych mechanik przeszłości

   
  Zrobiłem mały przegląd tematów poruszanych ostatnio na bitewniakowych pograniczach. I wyszło na to że niedługo już dwa miesiące miną od chwili, gdy pisałem nie o konkretnej grze, ale starałem się spojrzeć na różne sprawy okołobitewniakowe. Czasami lubię odsunąć się od konkretnego drzewa czy polanki, zyskać dystans i spojrzeć na sprawę z lotu ptaka. A przynajmniej mieć przeświadczenie, że robię się coś takiego - podczas gdy w rzeczywistości po prostu snuję rozkminiki potwierdzone jedynie wewnętrznym poczuciem ich częściowej trafności.  


Dziś o rozwiązaniach, które kiedyś może i się sprawdzały, ale dziś ich miejsce jest w muzeum.

     Dziś owe rozważania będą dotyczyć ewolucji. Jeśli chodzi o organizmy żywe, to proces ten jest nadal przedmiotem kontrowersji. Różnorakie są tego przyczyny, i nie czas to, nie miejsce, by je roztrząsać. Tym bardziej, że w przypadku gier jest on wyraźnie bardziej widoczny. Przez to mniej dyskusyjny. Pewnie dlatego, że w tym gatunku cykl życiowy jest liczony maksymalnie w dekadach, zaś konkurencja między osobnikami wyjątkowo ostra. Tylko taki bitewniak, który zdoła pozyskać wystarczającą (a najlepiej  jak największą!) populację żywicieli, a następnie przywiąże ich do siebie - ma szansę utrzymać się przy życiu, rozwijać się. I dalej ewoluować. A jest to trudne zadanie. Wspomniani żywiciele (choć można nazywać ich też fanami, hobbystami, graczami...) to stworzenia łatwo ulegające pokusom. Gdy znajdą się na terenie, gdzie żeruje kilkanaście różnych bitewniaków (oraz ciągle pojawiają się nowe), są skłonne do przerzucania swojego zaangażowania (w tym finansowego!) na korzyść innych osobników. Kluczem do przetrwania jest więc zaspokajanie potrzeb żywicieli.

sobota, 9 grudnia 2017

Rok 2017 był to dziwny rok... Wielkie przebudzenie "Ogniem i Mieczem".




    Nie raz i nie dwa zdarzyła się w mym blogowym życiu sytuacja taka jak ta. Siedzę sobie spokojnie wieczorem przy kompie, piję piwo i oglądam filmiki. Wtem! Łamiąca wiadomość wywołuje szok i niedowierzanie! Palce na klawiaturze nie mogą milczeć! Dzieje się coś, co budzi (przynajmniej we mnie) ekscytację godną nastolatka dowiadującego się, że rodziców jego dziewczyny nie ma w domu.

Czy Martin inspirował się Sienkiewiczem?

    Dziś tym newsem było ogłoszenie przedsprzedaży nowej edycji podręcznika podstawowego do "Ogniem i Mieczem".


czwartek, 7 grudnia 2017

Tylko dla chłopców? Płeć i bitewniaki.


    Spośród typowo męskich hobby i aktywności (takich jak ustawki, myślistwo, publiczne zalewanie się w trupa itd.) poczesne miejsce zajmują gry bitewne. Ten rodzaj zabawy jest bowiem uprawiany prawie wyłącznie przez mężczyzn. Wystarczy spojrzeć na jakiekolwiek zdjęcie grupowe, przedstawiające np. uczestników dowolnego turnieju.  W 99% przypadków będą to właśnie faceci.

   Oczywiście wielu mogłoby na to odpowiedzieć: "Kiedyś widziałem dziewczynę grająca w jednym sklepie", "Przecież jest Skavenblight!" albo "Dziewczyna kolegi powiedziała, że chciałaby malować High Elfy." Wszystkie te incydenty są jednak malutkimi wysepkami w oceanie testosteronu, jaki opływa kontynenty i wyspy gier bitewnych. Odkąd zacząłem się interesować bitewniakami - przeciwnikami zawsze byli faceci. Jeśli poznawałem jakieś nowe środowisko (grupę graczy, fanów określonego systemu) - zazwyczaj poznawałem mężczyzn. Tylko dwa razy w życiu kierowałem ludzikami przeciw miniaturowym wojskom dowodzonym przez kobietę. I w jednym z tych dwóch przypadków nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jej motywacja do zabawy nie jest autoteliczna. Celem (w moim odbiorze) było raczej podtrzymanie więzi z chłopakiem (dużo bardziej wciągniętym w hobby), niż samodzielne zbieranie, malowanie i dowodzenie figurkową armią.

Czy może być coś bardziej męskiego? I zarazem (w pewien sposób) figurkowego?

    W zasadzie temat ten można by zbyć obojętnością, z jaką na co dzień traktuje się inne prozaiczne oczywistości. Po prostu: bitewniaki są dla mężczyzn, komedie romantyczne i golenie nóg - dla kobiet. Tylko znów spokoju nie daje fenomen popularności nowoczesnych gier planszowych. To hobby jeszcze kilkanaście lat temu też tkwiło w głębokich piwnicach, ale obecnie wygodnie mości się w mainstreamie. W dużej mierze sukces tego gatunku rozgrywki został zbudowany dzięki aktywnym zaangażowaniu kobiecej publiczności. W planszówkach, oprócz projektantów, recenzentów i graczy mamy też projektantki, recenzentki i graczki. I to nie jako rzadkie wyjątki - lecz jako pełnoprawne i aktywne kreatorki tego fandomu. Sytuacja zupełnie odmienna od gier bitewnych... Oraz planszowych historycznych gier wojennych.



Opiniotwórcza blogerka planszówkowa - to coś normalnego. Czy możliwe jest powtórzenie tej sytuacji w bitewniakach? Nie uprzedzajmy faktów...

  Czemu więc jest tak jak jest? Czemu zamiana planszy na makietę, żetonów na figurki działa na kobiety jak woda święcona na diabła? Czy możliwa jest zmiana tego stanu rzeczy? Jeśli tak - to co trzeba w tym celu zrobić? Co można by dzięki niej stracić, a co zyskać? Zapraszam do kwadransa niezajmowania się poważnymi sprawami.

czwartek, 16 listopada 2017

Bitewniakowe dojonko. Merkantylne sztuczki wydawców gier figurkowych.



   Jakiś czas temu, gdy bardziej zajmowałem się nowoczesnymi planszówkami niż bitewniakami, usłyszałem bardzo fajne słówko: "dojonko". Źródło tego terminu wskazuje na jego znaczenie. Ktoś doi mleczną krowę, ktoś inny jest dojony. Tylko że tym razem nie chodzi o hodowlę rogacizny, a o biznes gier bez prądu. Wydawcy próbują na różne sposoby zwiększyć swą sprzedaż. A że nie zawsze mogą liczyć na dofinansowania z kasy państwa, fundacji, samorządu czy UE - są skazani na pozyskiwanie środków bezpośrednio od klientów indywidualnych.

    Nie da się ukryć, że gry to nie alkohol. Nie są artykułami pierwszej potrzeby. Mimo całej ich popularności, nabywający je ludzie stanowią ułamek populacji. Więc gdy klient już raz dokona zakupu, warto spróbować wyciągnąć od niego flotę raz jeszcze. Innymi słowy: wydoić...


and complete fantasy wargame :)))


    Czytałem sobie te utyskiwania fanów planszówek, uśmiechając się pod nosem. "Oh, sweet children of summer, gdybyście wiedzieli, jakie akcje są na porządku dziennym w grach bitewnych...". I dziś właśnie będziecie mieli okazję się dowiedzieć. Przyjrzałem się kilku praktykom typowym dla handlu tą formą rozrywki. A że oba rodzaje gier coraz bardziej się przenikają, i różne marketingowe patenty są podpatrywane i naśladowane - warto je poznać. 


     Zanim przejdę do konkretów, kilka zdań tytułem wstępu. Sympatyczna małpka z obrazka powyżej stała się synonimem polactwa-cebulactwa. Czyli spuszczania toalety wodą pozostałą z kąpieli po całej rodzinie, wycieczek do Ikei po ołówki i przerabiania Tesli na LPG. Jakoś tak się składa, że ostrze satyry najłatwiej zwraca się przeciwko tym groteskowym działaniom ekonomicznym, które są wykonywane przez biednych, słabych i brzydkich. Weźmiesz na festynie trzy butelki "3 cytryn" - przez lata śmieje się z ciebie cała Polska. Wyłudzisz od tysięcy ludzi setki milionów dolarów - w filmie Scorsese zagra cię DiCaprio. Będziesz płacił ludziom, którzy robią na ciebie, głodowe pensje - dostaniesz medal od prezydenta.



niedziela, 29 października 2017

Kolejne rozczarowanie na Stadionie Narodowym. Figurkowy Karnawał Blogowy 37



      Przeczytawszy temat aktualnej edycji FKB (po szczegóły zajrzyjcie tutaj) pomyślałem: "to chyba nie dla mnie". Wydawało mi się, że temat "W przerwie walk" wyraźnie zachęca do pochwalenia się dziełami figurkowymi i modelarskimi, które przedstawiają wszelkiej maści wojowników w trakcie wykonywania czynności niebojowych. 
W taki sposób nie poszaleję. Każda figurka, jaką posiadam została zmobilizowana w celu wystąpienia na stole bitwy. Mógłbym porobić jakieś zabawne konwersje - ale to z kolei wymaga czasu, którego brakuje mi coraz bardziej.

      I w tym wypadku pomogło wyjście poza schemat. A gdyby tak słowo "walki" występujące w temacie zrozumieć metaforycznie? Odczytać je jako synonim całego figurkowego hobby? Makao, jesteśmy w domu! Wpis dotyczący "Przerwy w walkach" dotyczyłby przerwy w zajmowaniu się grami bitewnymi.

      Co mogłoby być lepszym przerywnikiem niż wyjście z rodziną i przyjaciółmi na dużą imprezę dotyczącą gier bez prądu? I napisanie o wrażeniach z niej? Oprócz wczasów all-inclusive w Tunezji? 

A zatem udałem się na coroczne "Planszówki na Narodowym". Jak zwykle chciałem spotkać się ze znajomymi, pograć w coś nowego i ciekawego, może coś kupić, miło spędzić czas. Ale oprócz tego postanowiłem zabawić się w reportera, śledzącego ślady gier bitewnych na tej imprezie.


Czy da się zgromadzić taką publiczność przy Age of Sigmar?


czwartek, 19 października 2017

Bitewniakowe Brajanki. Jak zrobić sobie partnera do grania?

 
Disclaimer: Drodzy czytelnicy, w poniższym tekście znajdą się zdania i idee, które mogą budzić wasz niesmak, zażenowanie czy oburzenie. Teraz napiszę jasno i wyraźnie: nam nie traktuję ich wszystkich poważnie; spora część to tylko żarty i jajcowanie. Ale ten blog nie jest reklamą banku, nie musi podobać się każdemu. Jeśli byliście tu już kilka razy, wiecie czego się spodziewać. Jeśli to wasza pierwsza wizyta: take it or leave it.
       
    Gry bitewne to hobby, które stawia przed swymi fanami mnóstwo barier. Wyobraźmy sobie hipotetycznego (Choć nie do końca! pozdro Bartek!) bohatera, który od wczesnej młodości był wkręcony w różne gry figurkowe. I do dziś wcale mu nie minęło. Nadal cieszą go ludziki, cieszy go granie i jest skory do poznawania coraz to nowych tytułów. Niestety! Zawierucha życiowa rzuciła go do miasteczka w którym owszem, są atrakcyjne obiekty turystyczne, ale brakuje prężnego środowiska bitewniakowców. Albo jakiegokolwiek. 
Co robić w tej sytuacji? Dojeżdżać po 100 kilometrów do najbliższego dużego miasta? Namawiać do figurek przypadkowych znajomych z roboty? A może rzucić hobby i przestawić się na coś bardziej dla ludzi, na przykład tanie wina pod sklepem?

     Ale nawet, jeśli mieszkasz w Warszawie i grasz w "Age of Sigmar", to i tak siedzisz w bardzo niszowym hobby. Oczywiście dasz radę ustawić spotkanie i partyjkę, ale i tak potencjalnych ludzi, chętnych do grania w to co ty, wtedy kiedy ty i w miejscu ci odpowiadającym jest mało. A kiedy ciągnie cię do takich niszowych gier jak np. "Deus Vult" czy "Jugula" - to jesteś bracie w czarnej dupie... Sytuacja wydaje się być bez wyjścia. Przecież nie zaczniesz nagabywać ludzi w autobusie czy na ulicy, pytać ich czy nie chcieliby może spróbować gier bitewnych? Można oczywiście udać się do klubu czy lokalnego sklepu, wejść na forum czy facebookowy profil. Jednak dogadywanie się co do spotkania i gry (szczególnie niepopularnej) zawsze jest procesem trudnym. Nigdy też nie ma się gwarancji sukcesu.



Od kołyski w szacunku dla HC wychowany.


    Na szczęście istnieje jeszcze jedno rozwiązanie. Kosztowne, czasochłonne, drastyczne, czasami niebezpieczne, zmieniające całe dotychczasowe życie. Ale mimo to  niepozbawione wielu zalet. Zawsze można zrobić sobie nowego człowieka, którego przeznaczeniem jest dotrzymanie wam towarzystwa w trakcie figurkowych potyczek. 


czwartek, 21 września 2017

Sentymentalne przynęty II. Rezurekcje.


   Tydzień temu rozkminiałem na wszystkie strony to, w jaki sposób można wykorzystać nostalgię i tęsknotę za beztroską młodością przeżywane przez fanów w celu podbijania sprzedaży gier. Było tych metod dużo, całkiem dopracowanych i zróżnicowanych. Odznaczały się też różną skutecznością i bardzo różnymi efektami finalnymi. Wygląda na to, że to stała praktyka, która będzie uprawiana tak długo, jak długo dorośli będą chcieli choć na chwilę wrócić do czasów, gdy jako dzieci i nastolatki przeżywali emocjonujące przygody nad planszą, dzięki figurkom, czy filmom i książkom. I będą gotowi zapłacić za obietnicę takiego cofnięcia czasu.

    A skoro tak  jest i tak będzie, to nie przyglądajmy się już zbyt dokładnie mechanizmom stojącym za takimi a nie innymi decyzjami wydawniczymi i konsumenckimi. Podobno lepiej nie wiedzieć, jak robi się kiełbasy i politykę... Być może podobnie jest z grami bez prądu?
Zamiast zaglądania pod podszewkę proponuję dziś zupełnie inną zabawę: puśćmy wodze pragnień i fantazji i wypuśćmy serię życzeń! Wiele gier jest wznawianych po latach. Filmy i książki z lat 80tych i 90tych powracają w postaci gier planszowych i figurkowych. Ale przecież wciąż nie wszystkie! Ciągle odłogiem leżą całe hałdy dawnych tytułów, które sprawiły, że osoby 30+ i 40+ miały zajebiste dzieciństwo i młodość. Na przykład: "Gumisie"... Choć to akurat może być nieco zbyt ekstremalny przykład.

Ale oprócz "Gumisiów" i "Smerfów" były też inne propozycje popkultury, które dziś można wspominać z mniejszym zażenowaniem a większym sentymentem. I chcieć powrócić do nich raz jeszcze. Ale do czego konkretnie? Co wybrać z olbrzymiego dorobku (nie)słusznie zapomnianych gier, książek i filmów? Oto kilka moich propozycji.



Gra o ponad tysiącletniej tradycji, wojna, polityka, wikingowie i figurki! A do tego - brak praw autorskich!!! Dlaczego FFG jeszcze tego nie wydało?!

czwartek, 14 września 2017

Sentymentalne przynęty. Jak wydawcy gier wykorzystują zjawisko "kiedyś wszystko było lepsze..."?

     
     
     Jeśli zaglądaliście w ostatnich dniach sierpnia na internet, to z pewnością nie umknął wam kolejny łamiący news: Games Workshop znowu wyda "Necromundę"! Jeszcze jedna klasyczna gra naszej młodości (pierwsze wydanie w 1995 roku) po latach nieobecności powróci na sklepowe półki, dzięki czemu będzie można ją nabyć (być może - po raz drugi).
Odpowiedzią na ten komunikat była fala spontanicznego hype'u... Nie można było otworzyć lodówki bez napotkania deklaracji kupna, co chwila Philip J. Fry kategorycznie żądał zakończenia rozmowy i przyjęcia jego pieniędzy...  

     Co robić w takiej sytuacji? Jak zareagować na kolejny w tym miesiącu przełom w świecie bitewniaków? Mógłbym podejść do tematu w typowy dla siebie sposób: zebrać informacje o nowym tytule, powrócić do starych rulebooków, zobaczyć jak dokładnie wygląda mechanika "Armageddon: Shadow War" oraz "Deatchwatch Overkill" - i na bazie tych wszystkich danych zacząć snuć domysły, jak będzie w nowej "Necromundzie". Albo nawet napisać pierwszą w Polsce recenzję tej gry ;) Zresztą, jeśli wierzyć pogłoskom, tego typu wróżenie mogłoby być bardzo interesujące. Wygląda bowiem na to, że Game Workshop wynalazł nowy, rewolucyjny mechanizm aktywacji (podobny do tego z "Frostgrave'a").


Nigdy później kiełbasa nie smakowała tak słodko... 


    Na razie jednak odgrzewany kotlet musi stanąć w kolejce do rzetelnej wiwisekcji. Pomyślałem sobie bowiem o reakcji na wspomniany już "Armageddon: Shadow War". Miała to być "nowa Necromunda" - i podobnie też odbierano ów tytuł; reakcje były wysoce entuzjastyczne, zanim ktokolwiek jeszcze zdążył poznać zasady (figurki były znane już wcześniej). Skąd ta euforia i nadzieja? Skąd ten olbrzymi kredyt zaufania i optymizm? Wszak grałem swego czasu w "Necromundę" i wiem, że tej grze było bardzo daleko do ideału... A dziś jej wznowienie wita się na sieci niczym trzynastą pensję...

A więc zapytam raz jeszcze: dlaczego wznowienie "Necromundy" tak cieszy fanów figurek? A z tego pytania wyłania się kolejne: czemu w ogóle wznowiono "Necromundę"? Czemu w ogóle wraca się do gier, książek i filmów sprzed lat? Co takiego jest w "Stranger Things", że serial ten uwiódł rzesze ludzi na całym świecie?

czwartek, 24 sierpnia 2017

Bitewniakowe udręki. (FKB XXXVI)

       
    Nie raz już pisałem, że uwielbiam to, w jaki sposób Figurkowy Karnawał Blogowy inspiruje i pobudza do nowych pomysłów. Tym razem Gonzo Gorf rzucił hasło: "Rany i obrażenia, których dostarczyło wam figurkowe hobby". Oczywiście można by go zrozumieć dosłownie. Nie jeden bitewniakowiec ma tutaj do opowiedzenia ponurą i krwawą historię... Konwenty i turnieje są zatłoczone przez ludzi ze szklanymi oczami i hakami zamiast dłoni...
Oczywiście ów temat można zrozumieć szerzej, i tak też do niego podejdę. Wszak obrażenia nie muszą dotyczyć tylko słabego ciała.

Pora więc przerwać milczenie i stanąć w prawdzie. Jeśli do tej pory, czytając te czy inne teksty odnieśliście wrażenie, że gry bitewne mogą być ekscytującą, miłą i rozwijającą rozrywką towarzyską, to teraz nadeszła chwila prawdy. Dziś stawię czoło propagandzie iluminatów, koncernów farmaceutycznych, reptilian oraz grupy Bilderberg - i opowiem wam, jak zgubnym, niebezpiecznym i szkodliwym zajęciem jest tak zwane "figurkowe hobby". Czytajcie zatem uważnie i powiedzcie koniecznie o tym zagrożeniu rodzinie i znajomym. Szczególnie tym z małymi dziećmi!


Od lewej: "Warhammer 40.000", "X-wing", "Age of Sigmar" i "Bolt Action".


Umartwienie ciała.


    Pomysłodawca tematu obecnej edycji FKB skoncentrował swą uwagę na tym, w jaki sposób bitewniaki wystawiają na szwank podstawę naszej egzystencji: czyli zdrowie somatyczne i sprawność fizyczną. W istocie - zabawa figurkami może być przyczyną, ran obrażeń i kalectwa. To, że rzadko słyszy się o śmierci w wyniku zaangażowania w bitewniaki, wynika szczęśliwie z małej popularności tego hobby. Inaczej mogłoby być niewesoło. 



sobota, 22 lipca 2017

Pierwszy rok na Bitewniakowych Pograniczach. 5 najrzadziej czytanych wpisów EVER!!!



        Drodzy Państwo, 21go lipca 2016 roku zaczęły się w Polsce Bitewniakowe Pogranicza. Od niepamiętnych czasów ciągnęło mnie do gier w bardzo różnej postaci i dokładnie rok temu postanowiłem zrobić zdecydowany krok naprzód, ku odmętom figurkowego szaleństwa. 

      Początkowe założenia były następujące: piszę subiektywnie, o bardzo różnych tytułach i bardzo różnych zjawiskach z świata gier bitewnych i jego pograniczy. Do tego będę to robił regularnie - choćby skały srały, co czwartek rano musi by wpis. 
W odróżnieniu od większości polskich blogów starałem się unikać (a potem ograniczać)  chwalenie się lepiej lub gorzej pomalowanym figurkami - tylko zaproponować czytelnikom materiał do refleksji. Po pierwsze - nie bardzo się mam czym chwalić, jakiejkolwiek figurki bym pomalował - jest ona lepiej zrobiona (i sfotografowana!) na coolminiornot.com. Ale ważniejsze jest dla mnie to, by wrzucać teksty, których moim zdaniem brakuje w polskojęzycznym internecie. Czyli rozważań o teorii bitewniaków, recenzji mniej popularnych systemów, czy tekstów o grach wartych uwagi, przekraczających gatunkowe granice.  

O fuck, to już rok!


      Rozpoczynając stałe blogowanie, wydawało mi się, że coś tam wiem na wspomniane wyżej tematy. Rzeczywistość oraz czytelnicy szybko zweryfikowali owo mniemanie. Okazało się, że cały czas muszę poszerzać swe wiadomości, weryfikować przypuszczenia i robić dokładniejszy research. Na co oczywiście nie zawsze jest czas - trzeba jeszcze zarobić na życie, realizować role społeczne no i oczywiście: malować figurki i grać. Stąd też narodził się pomysł wywiadów z ludźmi siedzącymi po uszy w jakimś konkretnym temacie: autorami, wydawcami, dystrybutorami - oraz zaangażowanymi fanami. Nie raz było tak, że jeden człowiek łączył w sobie te funkcje. Podobno przez te właśnie wpisy dołożyłem jakąś cegiełkę do popularności owych gier. Jeśli to prawda - to znakomicie. W wiele z nich chciałbym się bardziej wkręcić. Tylko ten wieczny niedoczas :(
Oprócz poszerzenia wiedzy poznałem ciekawych i sympatycznych ludzi - każdy z nich był pozytywnie nastawiony i chętnie dzielił się swoim doświadczeniem. Bardzo wam dziękuję!



czwartek, 8 czerwca 2017

Adeptus Marketingus. Nowe oblicze Games Workshop?




        Mało jest tematów tak ważnych dla fanów gier (szczególnie bitewnych), jak to, co dzieje się w Games Workshop. I nic dziwnego - to jedyna wielka, ogólnoświatowa korporacja figurkowa, dysponująca rozpoznawalnymi markami, siecią sklepów i wielkim potencjałem. Przede wszystkim - potencjałem przyciągania nowych graczy do hobby.
Potęga firmy to jedno - ale ważne też, jak jest używana. Nie da się ukryć, że uczucia fanów odnośnie Games Workshop są co najmniej mieszane. Przez jakiś czas była ona wręcz synonimem EvilCorpu. A ukoronowaniem tego stanu rzeczy była decyzja o zabiciu starego WFB i wprowadzenie "Age of Sigmar". Nawet nie tyle samo działanie - co sposób, w jaki je wykonano. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o czarnej legendzie, zapraszam do tego tekstu. 

        W czasie, gdy pisałem  o niezbyt pozytywnym wizerunku GW wśród figurkowej braci, widać było już na horyzoncie zmiany. Na początku 2015 roku nastąpiła zmiana na żelaznym tronie prezesa. Tom KIrby został zdymisjonowany ze stolca, sprowadzony do roli zwykłego akcjonariusza. Na jego miejsce, po długich poszukiwaniach osadzono Kevina Rountree, siedzącego w firmie przez niemal całe swe zawodowe życie (od 1998 roku).



Koniec z biedą, wojnami, słabą opieką zdrowotną! Od dziś czeka nas świetlana przyszłość! 

Pozostają w klimacie "Gry o Tron" można porównać Kirby'ego do Szalonego Króla Aerysa. Swą konsekwentną postawą (na którą składało się to wszystko, o czym napisałem wcześniej) doprowadził do zniechęcenia fanów na całym świecie, co z kolei doprowadziło do znaczącego spadku dochodów koncernu. Akcjonariusze zmuszeni byli do interwencji. W efekcie mamy nowego samca alfa, i nową politykę wizerunkową. I o niej właśnie dziś będziecie mogli poczytać.



czwartek, 25 maja 2017

Przekroczyć próg wejścia. Co sprawia, że zbieramy jedne bitewniaki, a omijamy inne?

       

       Gry figurkowe (szczególnie stricte bitewne) to dość ciekawe zjawisko. Przyczyn tego jest wiele, ale dziś skupię się na fakcie, że jest ich na rynku bardzo dużo. A nawet za dużo, o czym mogliście przeczytać tutaj. Same zaś bitewniaki mają zaś to do siebie, że wymagają znacznie większego zaangażowania, niż planszówki. Nie jest niczym dziwnym sytuacja, że dany człowiek ma swej kolekcji dziesięć gier planszowych. Natomiast ze świecą trzeba by szukać fana figurek który równocześnie ogarnia taką samą ilość systemów bitewnych. A przecież ciągle wychodzą nowe gry. Wydawcy przedstawiają swą ofertę klientom, niczym straganiarze na rynku. A klienci wybierają. I dziś pochylę się właśnie nad tym, dlaczego taki, a nie inny system jest wybierany. Co sprawia, że jedna gra odjedzie szczęśliwie do nowego domu ze swym nowym panem, a inna pozostanie na półce, z czasem blaknąc i zarastając kurzem? 



Czy na końcu tunelu czeka bitewniak idealny? 

     Ludzka decyzyjność od wieków budziła zaciekawienie. Na pytanie: "Dlaczego ktoś postępuje tak, a nie inaczej" próbowali odpowiedzieć już antyczni filozofowie. Ale w dzisiejszych czasach ta kwestia jest zbyt ważna, by pozostawić ją w rękach amatorów. Obecnie wybitni naukowcy opracowują wyrafinowana modele statystyczne, by dokładnie obliczyć, jaki wpływ będzie miała zmiana odcienia opakowania na sprzedaż proszku do prania. 
Jednak branża figurkowa dysponuje znacznie mniejszym budżetem, największy potentat wręcz szczyci się faktem nie przeprowadzania żadnych badań konsumenckich... A jednak w pewnych aspektach kupno podręcznika czy startera można porównać do kupna wspomnianego już proszku do prania. W innych zaś - różnice są diametralne.

      Kiedy mówi się o podejmowaniu decyzji o zaangażowaniu się w zbieranie, sklejanie i malowanie oraz wreszcie granie w jakiś system figurkowy, często pojawia się termin "próg wejścia". Każdy czytelnik intuicyjnie chwyta jego znacznie. Kojarzy się on z zaangażowaniem, które trzeba poświęcić, by rozpocząć zabawę: czyli stoczyć potyczkę wojskiem (czy bandą) o minimalnej wartości punktowej. Zaangażowanie to ma różne aspekty: finansowy, czasowy, intelektualny, sprawnościowy. Warto jednak przyjrzeć się bliżej temu pojęciu. Z czego dokładnie się składa? Jaką rolę w decyzji o wejściu w bitewniaka pełnią poszczególne czynniki? Czy dla każdego próg wejścia będzie taki sam? 


czwartek, 4 maja 2017

Wielki Szatan gier bitewnych? 6 mitów o "Age of Sigmar".


      Czas pędzi do przodu niczym rycerz na koniu z piosenki Nocnego Kochanka. Jednym z przejawów tego przykrego zjawiska jest fakt, że wciąż młody system, jakim jest "Age of Sigmar" funkcjonuje na rynku już prawie dwa lata. Jednak samo w sobie niewiele to znaczy. Każdej innej grze można by wyliczyć jej wiek, ale nie byłoby to zbyt inspirujące zajęcie.

Temu jednemu tytułowi warto jednak poświęcić więcej uwagi. Uderzył on bowiem niczym wielki meteoryt w światek gier bitewnych. Towarzyszyło mu wielkie wymieranie, które  jednak stało się okazją dla innych growych organizmów.

     Dwa lata życia sprawiają, że "Age of Sigmar" jest ciągle młodym organizmem. I z wielu powodów ciągle budzi silne emocje. A przynajmniej takie reakcje najczęściej widać w Internecie. Przy czym owe skrajności najczęściej osiągają wartości ujemne. Łatwo napotkać objawy nie tyle niechęci - co wręcz hejtu. Wydaje się, że w niektórych kręgach w dobry tonie jest przywitać się z kumplem słowami: "Cześć Janusz, jak leci, Age of Shitmar to gówno". Oczywiście dla tego typu emocji trzeba szybko znaleźć jakieś uzasadnienie - by nie wyjść na wściekłego ze złości nienawistnika, lecz pozostać w roli uniesionego słusznym gniewem eksperta i konesera. A więc po wyrażeniu nieprzychylnego stanowiska pojawiają się ważkie argumenty: to system na okrągłych podstawkach, zabił starego dobrego battla, a poza tym figurki są brzydkie.



Okrzyk triumfu? Wściekłości? Czy też może czegoś jeszcze innego? Sczekitautujcie sami tu. 

      Głosy z przeciwnej strony barykady nie są tak głośne. Wygląda na to, że ludzie, którym akurat przypadła do gustu nowa (wciąż) propozycja Games Workshop, nie czują nieodpartego przymusu afiszowania się ze swymi preferencjami. Rzadko wyrażeniu aprobaty dla "AoS" towarzyszy pogarda dla innych gier, lub ludzi, którzy w nie grają. Za to również w tym wypadku pojawiają się powody, dla których jest to fajna gra: głównie takie, że jest prosta, tania i nadaje się do beznapinkowych rozgrywek (przy piwie i preclach!).

     Obserwuję takie postawy od jakiegoś czasu i pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł na wpis (którego owoce zaraz poznacie, o ile nie przestaniecie czytać). A gdyby tak zebrać te opinie o Age of Sigmar, jakie są powielane w różnych krótkich sieciowych wypowiedziach - i skonfrontować z faktami? Ciekawe, co z tego wyjdzie?

Jako, że nie czuję się ani przeciwnikiem, ani orędownikiem "AoS" mam nadzieję, że uda mi się przyjąć w miarę obiektywne stanowisko. W dodatku realnie udało mi się zagrać w tą grę kilkanaście razy (czego nie można powiedzieć choćby o "Epicu", "Inquisitorze" czy "Bogach Wojny: Napoleonie"). Wobec tego - może podołam zadaniu zweryfikowania sześciu mitów o "Age of Sigmar"? To się zaraz okaże...