Jednym z kluczowych punktów akcji "Games Workshop z ludzką twarzą! Błędom i wypaczeniom - nie!", opisanej dokładniej w tym tekście, była reaktywacja tak zwanych "specialist games". Fanom bitewniaków z segmentu wiekowego 35+ nie trzeba tłumaczyć o co chodzi. Powszechnie uznaje się pozycje z tej serii za najlepsze, co zostało wydane przez koncern z Nottingham. Pomimo tego, że nie były wspierane przez kilkanaście lat - do dziś mają swoją scenę fanów, do dziś są rozwijane i modyfikowane.
Ich wspólną cechą było to, że brały na warsztat jakąś część uniwersum "Warhammera 40.000" albo "Warhammera Fantasy Battle" i przedstawiały ją w zupełnie nowy sposób. Na przykład "Battlefleet Gothic" pozwalał graczom na dowodzenie grupą okrętów kosmicznych i zrobienie porządku z wrogiem, zanim jeszcze nastąpi desant na planetę. Albo "Blood Bowl", który tak zgrabnie spuszczał napięcie z wydętego balonu zawierającego battlowy patos i epickość.
Gdy jednak myślę po latach o tych wszystkich grach, dostrzegam w nich jeszcze kilka walorów, bez których nie miałyby dziś w Polsce statusu legendy.
Po pierwsze gry takie jak "Mordheim", "Necromunda" czy "Man o'war" były relatywnie tanie (w porównaniu do systemów macierzystych). W przypadku dwóch pierwszych starter naprawdę wystarczył, by zapewnić mnóstwo zabawy dwóm graczom. Dokupywanie nowych modeli czy zasad zależało wyłącznie od chęci graczy; nie było wymuszone konstrukcją produktu.
Po drugie - były dystrybuowane w naszym kraju. Dziś ciężko w to uwierzyć, ale w późnych latach 90-tych mało kto miał dostęp do internetu i konto w banku pozwalające na zakupy walutowe. Więc brało się to, co było dostępne w sklepie za złotówki. A sklepów z bitewniakami było wówczas kilkanaście na cały kraj. Więc miałeś do wyboru rzeczy od GW - albo "Warzone". I na tle tego wąskiego asortymentu specialist games lśniły niczym perły.
