Pokazywanie postów oznaczonych etykietą figurki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą figurki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 lipca 2018

Przed wyruszeniem w rejs należy zebrać załogę! Drużyna do "Ghost Archipelago"

   

   Piszę co tydzień o bardzo różnych grach figurkowych. Niestety niemożliwym jest, bym wszedł głęboko w każdy z przedstawianych tutaj tytułów. Po prostu gier jest zbyt dużo, czasu i pieniędzy za mało...  Niemniej jednak są sytuacje, gdy przeczytanie zapowiedzi, recenzji i zasad przeradza się w zakup podręcznika, modeli, pomalowanie ich i szykowanie się do gry. Dziś właśnie będzie o takim przypadku... O tym, jak przygotowałem sobie drużynę do "Ghost Archipelago". 

   Zacznijmy od przypomnienia, co to w ogóle za system. Nie powstałby on, gdyby nie kolosalny sukces "Frostgrave'a". Wiele jest przyczyn, dla których gra o czarodziejach i ich przydupasach zyskała wszechświatową popularność i uznanie (przynajmniej w branży bitewniaków...). Prościutka mechanika, szybka i dynamiczna rozgrywka, fajne zasady do kampanii, tanie i klimatyczne modele. Czy też raczej daleko posunięta dowolność w ich doborze. Do tego atrakcyjny, nienachalny model wydawania dodatków... 


Dziś będzie dużo figurek i mało podpisów pod zdjęciami.



Mimo wielkiej sympatii, jaką żywię wobec tego tytułu, trudno mi jednak uznać "Frostgrave" za bitewniakowego Świętego Graala. Zasady do kampanii są łatwe - ale generują niesamowicie wyraźny efekt kuli śnieżnej. To znaczy: ten który zaczyna wygrywać, z czasem wygrywa coraz łatwiej i coraz bardziej. Nie wszystkie szkoły magii są tak samo użyteczne. Na przykład zawsze opłaca się inwestować w proste zaklęcia raniące. Nie dość, że mag dostanie xpki za udane puszczenie zaklęcia, to może też liczyć na bonus za skasowanie przeciwnika. Podobnie jest z żołnierzami. Wszelkiej maści strzelcy bardzo pomagają w zwycięstwie... I tak dalej; w końcu gra wydaje się coraz bardziej przewidywalna i niezrównoważona. 

    Ogólnie problemy te zostały w dużej mierze rozwiązane przez dodatki, szczególnie "Ulterior Motives". Niemniej jednak podstawka była zarówno popularna, jak i daleka od perfekcji. W tej sytuacji można by wypuścić na rynek drugą edycję systemu. Jednak autor był już trochę znużony ośnieżonymi ruinami i zapragnął spróbować czegoś z zupełnie innej beczki. 

niedziela, 24 czerwca 2018

Idą barbarzyńcy! Figurkowy Karnawał Blogowy 46

  
  Na początku miesiąca było małe zamieszanie z nowym tematem do Figurkowego karnawału Blogowego - w dużej mierze z mojej winy. Na szczęście sytuację uratował Quidamcorvus. A w dodatku rzucił temat, który inspiruje jak mało który inny. Mianowicie: "Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu". 

Od razu zalśniło mi kilka pomysłów:

- Recenzja "Broken Legions" - skirmishowego bitewniaka fantasy w o kresie pełnego cesarstwa rzymskiego (II wiek n.e.). Książeczka ta, zdobyta jako trofeum na ubiegłorocznym Gladiusie (za najlepsze malowanie) czeka na: pomalowanie bandy (wyznawcy Mitry) oraz na rozegranie pierwszej partyjki. Zasady ani sama formuła rozgrywki nie oferują jednak niczego wyjątkowo oryginalnego ani chwytającego za serce. Temat musi więc trochę poczekać.  
Gdyby Tolkien nie był profesorem literatury staroangielskiej, ale klasycznej, to dziś mainstreamem fantasy byłyby cyklopy a nie krasnoludy.

czwartek, 10 maja 2018

Saksońska hołota. Recenzja porównawcza figurek od Warlord Games i Gripping Beast

   

    Dziś przygotowałem coś, czego dawno na tym blogu nie było: recenzję figurek. Na ogół znajdziecie tu opisy mniej i bardziej popularnych systemów bitewnych czy też rozmyślania samozwańczego analityka. Ale cała ta pisanina nie miałaby sensu, gdyby nie kwintesencja  hobby. Czyli właśnie figurki. To właśnie one sprawiają, że serce szybciej bije, że budzi się nadzieja na przeżycie epickich przygód czy batalii. Model musi kusić! Albo wyglądem, albo malowaniem - albo chociaż ceną i czadową ilustracją na pudełku. 

   Mało tego - w grach bitewnych ważne jest też to, by figurka mogła mieć zastosowanie  "praktyczne". I tak w "Sadze" nie wystawię czołgu Baneblade (choć trudno o model robiącą o większe wrażenie na stole!) - bo nim nie zagram... I tak właśnie dochodzimy do tematu "Sagi" i różnych zakupów figurkowych. Być może pamiętacie wywiad, jakiego udzielił mi na temat tej gry Michał Molenda, członek zespołu przygotowującego wydanie polskiej edycji systemu. Sama rozmowa nakręciła mnie bardzo na ten tytuł. Tym bardziej że byłem do niego przekonany już wcześniej. Oprócz oczywistego waloru jakim jest klimat i tematyka (kto w liceum słuchał Bathorego, na starość polubi wikingów) wielką zaletą gry jest brak nielubianych przeze mnie wad. Statystyki oddziałów to w zasadzie dwa parametry, mierzenie jest prościutkie i szybkie. A do tego dochodzi unikalna mechanika kości Sagi, która wprowadza równowagę pomiędzy decyzyjnością a losowością, jeśli chodzi o kontrolowanie ruchu oddziałów. No i ogólne zasady - na tyle proste, że spokojnie można grać z dzieckiem jak równy z równym. 


Dziś właśnie o nich: klasy średnie i niższe średniowiecznej Anglii, żyjące w anarchistyczno - syndykalistycznej komunie.


  Skoro zdecydowałem się na zaangażowanie swego czasu, umiejętności i funduszy w zabawę tym systemem, kolejnym krokiem był wybór modeli. Ponieważ sama gra jest wydawana w kooperacji pomiędzy autorami zasad a producentem modeli (w tym wypadku firmą Gripping Beast), istnieje linia figurek sprzedawanych z myślą o tym systemie. Są też naturalnie i startery. Niestety często bywa tak, że starter wcale nie jest optymalnym rozwiązaniem, jeśli chodzi o to, jakie modele w nim umieszczono. Dlatego też postanowiłem poszukać własnej drogi zakupu figurek. Tym bardziej, że po pierwsze "Saga" miała być systemem dla całej rodziny (czyli dla syna oraz brata) a po drugie: wybrałem sobie frakcję Anglosasów, której moc bazuje na dużej ilości modeli. A to znaczy, że potrzebowałem chłopów! A jak wiedziała już Danuta Rinn, odnalezienie ich w dzisiejszych czasach nie jest łatwe. Odpaliłem więc internet i rozpocząłem poszukiwania.


czwartek, 23 listopada 2017

Nieświęte figurki lepi. Wywiad z Pawłem Góreckim, prezesem Rotten Factory.


      Czy mówiłem wam już, jak bardzo doceniam inicjatywę Figurkowego Karnawału Blogowego? Nie dość, że zabawa ta co rusz inspiruje różne pomysły, to dodatkowo motywuje do ich realizacji. Nie inaczej było i tym razem. Pepe z bloga Fantasy w Miniaturze zaproponował temat tylko pozornie oczywisty. Mianowicie zaprosił on  ludzi, którzy marnują cenne godziny swego życia na tworzenie blogów figurkowych do napisania o ulepkach. I nie chodziło mu o kuleczkę utoczoną z substancji dzielącej nazwę z rogatym zwierzem hodowlanym, ale o ludziki stworzone samodzielnie przez hobbystów.

      Szczerze mówiąc, mam w tym temacie niejedno do pokazania. Sklejanie figurek niezgodnie z instrukcją (za to zgodnie z własnym pomysłem!), dolepianie im dodatkowych elementów, czy wreszcie stworzenie czegoś zupełnie od podstaw to niesamowicie satysfakcjonujące doświadczenie. I nic dziwnego, że z tej dumy można chcieć pokazać je całemu światu.

Gdyby ten pan założył firmę produkującą figurki, to mogłaby się ona nazywać jak ta, o której będziecie za chwilę czytać.


     Do tematu można podejść jednak jeszcze inaczej. Od dłuższego czasu myślałem o tym, by przygotować tekst skupiający się właśnie na stricte figurkowym aspekcie hobby. Tak się bowiem składa, że jeśli chodzi o rzeźbienie i odlewanie, nasza ojczyzna nie ma się czego wstydzić. Istnieje mnóstwo firm produkujących bardzo dobre, polskie figurki. Zaryzykowałbym wręcz twierdzenie, że w wielu przypadkach biją one na głowę anglosaskie produkcje. Na przykład modele od słynnego Kromlecha, Titan Forge'a, HiTech Miniatures czy Scibora. A to dopiero wierzchołek lodowy, jeśli chodzi o temat odlewania figurek do gier w Polsce. Jeśli siedzicie w temacie gier bitewnych, to pewnie widzieliście nie jedno takie cudeńko. Ale bardziej możliwe jest, że wymienione nazwy nic wam nie powiedzą. A tym bardziej nie będziecie kojarzyć takich producentów jak MaxiMini, Werewoolf Miniatures, Bitspudlo czy Rothand Studio.


niedziela, 19 listopada 2017

Byłem powergamerem. FKB 38.




       Figurkowy karnawał blogowy to bardzo różne tematy. Jedne nie leżą mi zupełnie i nawet nie che mi się wymyślać, co by tu do nich wymyślić. Ale inne trafiają w samą dziesiątkę mojej bitewniakowej pasji. Tak właśnie jest z edycją listopadową 2017. Chodzi w niej o ulepki. A mało spraw w figurkach sprawia mi tyle radości co konwertowanie, dodawanie bitsów - i właśnie lepienie nowych ludzików. 

    Prawdę mówiąc, gdybym miał się pochwalić jakimś dziełem tego typu, to miałbym problem z wyborem. Dlatego dziś pokażę wam dwóch milusińskich, z którymi łączy się bardzo szczególna historia. 

Oto bohater niniejszego wpisu. Poznajecie?


    Zacznijmy od cofnięcia się (wstecz!) o ponad 10 lat. Wtedy to postanowiłem wrócić po paroletniej przerwie do figurkowego hobby. Niestety myślałem wówczas bardzo prostolinijnie: "Gra fibewna = Warhamer Fantasy Battle". Nawet tytuł się zgadzał... A więc postarałem się odtworzyć moje młodzieńcze zajawki na nowo. A to oznaczało zbieranie skavenów. 

Szczury do bicia biorą odwet!

      Co tu dużo kryć, WFB nadawał się do zdjęć, do sprzedaży, figurki miał bardzo dobre. Ale zupełnie nie dało się w niego grać casualowo. Jeśli toczyło się jedną bitwę na kilka tygodni z bardziej zaangażowanym graczem, to nie tylko taktyka (która w tej grze była po prostu zestawem odpowiednich kombosów i kontr na nie) sprawiała problem. Ciężko było przedrzeć się przez same reguły! 

niedziela, 16 lipca 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy 35. Czerwone oczy skavena.


       W tym miesiącu Inkub zapodał bardzo intrygujący temat do blogowej twórczości. Chodzi o czerwone oczy. Same w sobie nie są one niczym szczególnym - ot detal anatomiczny jakiegoś zwierzaka albo albinosa. Ale jeśli do tego elementu dołoży się ludzki aparat percepcji i interpretacji - zaczynają dziś się rzeczy dziwne.

Jak na pierwszy rzut oka rozpoznać zagrażającego mi człowieka? Na pewno musi wyglądać jakoś nietypowo...

     Neutralny w swej istocie część ciała staje się oznaką zła, zagłady i okrucieństwa. I wydaje się, że tego typu konotacja funkcjonuje niezależnie od kultury. Ktoś bardziej biegły w psychologii ewolucyjnej mógłby się wypowiedzieć na temat odruchowych reakcji na wyraźnie odmienne cechy wyglądu... Ale ja chciałem tylko pochwalić prosty i zarazem chwytliwy pomysł na temat.

      A teraz przejdziemy do meritum, do figurek. Dziś pochwalę się modelem mającym dla mnie szczególne znaczenie. W tym wywiadzie wspominałem o folderze, którzy sprawił, że zakochałem się w skavenach. A że miłość platoniczna to frustracja i cierpienie - czym prędzej zamówiłem swoje pierwsze ludki. Dotarły po kilku tygodniach: pudełko z plastikowymi clanratami, blister z grupą dowodzenia i Warlord Queek. I tak to się zaczęło.

Tak wyglądała część tych zakupów.
  

niedziela, 21 maja 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy 33. Oto zbliża się sztandar Króla Plagi.



        Nie zawsze temat FKB przypada mi do gustu. A jeśli już pojawia się jakiś pomysł - to zazwyczaj jest to pomysł na przydługi, słabo zreasearchowany tekst, okraszony wątpliwej jakości żartami. 

         Tym razem sprawa była zupełnie prosta: Dziadu z Lasu rzucił wyzwanie stricte modelarsko - malarskie. I to w dodatku dotyczące jednego z moich ulubionych aspektów figurkowego hobby: scratch buildingu i konwersji. Sam odznaczam się raczej mizernym talentem rzeźbiarskim; to co ulepiłem z greenstuffu i miliputu - wstyd pokazywać. 

                 Ale z drugiej strony jest bardzo dużo przyczyn, by mimo wszystko nie poddawać się i stworzyć coś mniej lub bardziej samodzielnie.
Po pierwsze: pomysł na alternatywne wykorzystanie części, następnie własny projekt (choćby tylko w wyobraźni) - i wreszcie konstrukcja i malowanie. A na końcu masa satysfakcji. Oto stworzyłem coś zupełnie unikatowego, coś, czego nie ma nigdzie indziej na świecie.


Dzisiejszy wpis dotyczy i sztandarów, i porzuconych systemów. Dlatego to zdjęcie jest jak znalazł.

               
                Czasami jednak za konwertowaniem mogą stać względy pozaartystyczne. Może się na przykład zdarzyć taka sytuacja, że jakaś armia, występująca w jakiejś grze ma na liście oddziałów jakąś konkretną jednostkę (lub bohatera). Jednostka ta może być potężna - lub zupełnie badziewna; nie to jest ważne. Tylko to, że wydawca gry nie wyprodukował jeszcze tego konkretnego modelu. A zatem możecie go sobie wystawić tylko wtedy, gdy go zrobicie. Albo kupicie z innego źródła.


sobota, 29 kwietnia 2017

Wybrany i odrzucony. Mój udział w FKB 32.

     
         Skoro jestem gospodarzem karnawału, i rzuciłem uczestnikom nie lada wyzwanie, to czułbym się nie fair, przyglądając się z popcornem w ręku cudzym wysiłkom i nie dając nic od siebie. Zresztą - co tu kryć - wymyśliłem ten temat w dużej mierze pod siebie. Chodziło mi o zrobienie przeglądu niepomalowanych figurek pod kątem zaległości (niektórych z wielu lat). I o spojrzenie prawdzie w oczy - niektóre z figurek zalegających w szafach nigdy nie poczują na sobie wilgotnych pieszczot pędzla, nie nabiorą życia i kolorów, nie staną do walki przeciw swym miniaturowym braciom. Na zawsze pozostaną prozaicznym kawałkiem metalu/plastiku/żywicy. 


Co masz pomalować jutro, pomaluj pojutrze.


niedziela, 16 kwietnia 2017

Kapitan Watykan - kapitan do "Frostgrave".

       

       Ponieważ ostatnio zostałem doceniony za konwersję, to dziś pochwalę się pracą, w której ta technika odegrała kluczową rolę. 



       Dziś zaprezentuję wam figurkę, którą skleiłem z zamiarem wystawiania jej w roli kapitana w grze "Frostgrave". Jest to jeden z najprzydatniejszych wojowników. Nie tylko można go skonfigurować na wiele sposobów, wyposażyć w wiele broni i zbroi oraz obwiesić magicznymi przedmiotami, ale ponadto pozwala on na dodatkową aktywację żołnierzy. Minusem jest konieczność regularnego płacenia mu pensji, i w dodatku podwyższania jej regularnie. A co go gorsza - powiązanej jej z wynikami finansowymi bandy. Janusz biznesu płakał, jak zatrudniał ;)

sobota, 8 kwietnia 2017

To był diabeł z piekła! Demony do "Frostgarve"


    Aby nie nudzić się w sobotni wieczór, przygotowałem krótki wpis dotyczący demonów w grze "Frostgrave". W zasadzie - chciałbym pochwalić się tym, jak je skonwertowałem i pomalowałem. Ale nim przejdziemy do galerii, kilka słów o popularności szkoły magii przyzwań (Summoning).

Bone to bone, dust to dust
When the God won't help, then devil must

sobota, 1 kwietnia 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy XXXII. Wybrany i odrzucony.

     
    Doprosiłem się Grisha z bloga "Fat lazy painter" o organizację XXXII edycji karnawału blogowego. Nie wymagało to wielkiego wysiłku, ale i tak jestem wdzięczny. To mój pierwszy raz, więc proszę o delikatność i wyrozumiałość ;)
      Słowo wstępne mamy już za sobą, przejdźmy więc do meritum. Zadanie na ten miesiąc, które naszykowałem dla chętny nosi tytuł: "Wybrany i odrzucony". Aby ułatwić sprawę, macie do wyboru dwa warianty.


1) Freestyle.


     Temat karnawału może być zrozumiany na wiele sposobów. Możecie na przykład napisać opowiadanie, w którym występuję tego typu motyw. Albo opowiedzieć o tym, jak wygląda u was proces decyzyjny co do zakupu gry czy danej figurki. Tudzież napisać o tym, jak na bazie doświadczeń i zmieniających się potrzeb wybieraliście jedne techniki malarskie a odrzucaliście inne. Albo też - jakie jednostki mają stałe miejsce w waszych rozpiskach, a jakie grzeją od lat ławkę rezerwowych.
     Jeśli o malowanie chodzi, również możliwa jest wielość podejść do tematu. Może dioramka? A może pomalowanie mocnej lub słabej figurki? Albo jeszcze jakoś inaczej? Kreatywny człowiek potrafi uzasadnić każdy wybór. Liczę, że tak będzie i tym razem.


2) Wybrany i odrzucony.


     Nie będę ukrywał, że tym, co w tej edycji FKB interesuje mnie najbardziej to swego rodzaju gra, czy też zadanie. Jak każdy pomysł (a już szczególnie dobry) - i ten nie powstał sam z siebie, ale w oparciu o inspirację. W tym wypadku były to wpisy Maniexa, w których sukcesywnie i cierpliwie malował kolejne figurki ze swej kolekcji. Patrząc na nie, zacząłem się zastanawiać nad zagadnieniem kolekcji figurek i o tym, co decyduje, że jedne idą do pomalowania, a drugie czekają w szafce wstydu na lepsze czasy.

I tak narodził się pomysł na pewne trzyczęściowe zadanie.

niedziela, 26 marca 2017

Libijscy harcownicy do "Hail Caesar"

       

        Pora na wpis dodatkowy, będący spoilerem tematu czwartkowego. I dziś będziecie mogli pooglądać kilka figurek, które niedawno zeszły z malarskiej taśmy (i powędrowały do pudła - koszar). Jak się łatwo domyślić - były to modele mające reprezentować libijskich harcowników - oszczepników. Zostały wyprodukowane przez firmę VIctrix Ltd. I można odnaleźć ich w zestawie "Warriors of Carthage". 



    

sobota, 11 marca 2017

Dimachaerus

     W dzisiejszym krótkim wpisie chciałem pochwalić się niedawno pomalowaną przez mnie figurką gladiatora - dimachaerusa. Ta akurat została wyprodukowana przez firmę Crusader Miniatures. Był to bardzo udany zakup - w jednym blisterze znajdowały się aż 4 figurki różnych gladiatorów. A całość kosztowała bodajże około trzydziestu złotych.

    Nie było niespodzianką, że całość modeli została wykonana w stylu klasycznych figurek odlewanych w metalu. Pozy nie należą do szczególnie dynamicznych (typu szpagat w stanu na rękach), całość jest wyrzeźbiona niezbyt głęboko, szczegóły mogą zlewać się ze sobą. W dodatku szczegółów tych nie jest zbyt dużo. Nie byłem jednak niezadowolony, czy sfrustrowany - nie spodziewałem się bowiem niczego innego. A dzięki relatywnie prostej konstrukcji figurki malowało się ją prosto, przyjemnie i szybko.

I jeszcze jedna ciekawostka: rzymscy gladiatorzy byli nazywani zgodnie ze stylem uzbrojenia. Dimachaerus znaczy tyle co "dwumajchrowy" czyli uzbrojony w dwa noże/ krótkie miecze. Nazwa pochodzi zaś z greki. 

   Dodałem ten model do mojej kolekcji z intencją wzmocnienia nim bandy wyznawców Mitry, do gry "Broken Legions". Jak tylko wszystkich 7 członków bandy będzie w stanie nadającym się do cieszącej oko potyczki, zabiorę się do recenzji tej gry. 

Dlatego dziś tylko zdjęcia antycznego wojownika.







A na koniec - niniejsze zdjęcia stanowią spoiler tekstu, który ukaże się w najbliższy czwartek. Będzie o grze, w której gladiatorzy odgrywają główną rolę... Co to może być za tytuł, domyślacie się?

A jako bonus: figurki gladiatorów innej firmy:

Tak  wyobrażają sobie gladiatorki rzeźbiarze z El Viejo Dragon. Albo i nie wyobrażają sobie. Wiedzą jak ktoś taki wyglądał by na prawdę, ale wiedzą też, że sex sells.

sobota, 4 marca 2017

Horda wściekłych Galów!

Spora część recenzji na tym blogu powstaje na bazie kompilacji informacji dostępnych w sieci. Tak jest prościej i szybciej. 

Ale nie wszystkie. Jeśli chodzi o zrecenzowane figurki, każdą jedną z nich miałem w dłoni, z każdym zestawem zapoznałem się bezpośrednio. Tak też było z celtyckimi wojownikami wydanymi przez firmę Warlord Games.

Jeśli chcecie dowiedzieć się o nich czegoś więcej, zapraszam do recenzji. A dziś pochwalę się (jeśli w ogóle jest się czym chwalić...) efektami pracy malarskiej. Przed wami - szarżująca horda Galów! 

Poddajemy się!!!


Jak się łatwo domyślić, barbarzyńcy ci zostali przygotowani z myślą o wystąpieniu w grze "Hail Caesar". Stąd taki a nie inny sposób przytwierdzenia ich do podstawek. Po fakcie wiem jednak, że był to bardzo średni pomysł. Już lepiej dać ich pojedynczo na klasyczne, battllowe kwadraciki, a potem ustawiać na trayach o odpowiednim rozmiarze.

Poniżej zobaczycie zdjęcia wszystkich podstawek oddziałowych. Jak widać, oprócz wiadomości dostarczonych przez historyków, nie mogłem nie wykorzystać w malowaniu popkultury. I jak do tej pory każdy, kto dostrzegł te nawiązania, był zadowolony. Zapraszam więc do oglądania.











I na koniec dwa słowa o wczorajszym pokazie "Hail Casear" w Sklepie FGB. Trafiło się kilku zainteresowanych, udało się stoczyć jedną bitwę szkoleniową. Tego typu spotkania będą odbywać się cyklicznie. Gdy zainteresowani zamienią się w graczy, na pewno postaram się urozmaicić rozgrywkę. Zamiast zwykłej nauki zasad - scenariusz. Najbliższy kolejny raz - 7 kwietnia. O czym nie omieszkam przypomnieć :)



poniedziałek, 20 lutego 2017

Rajtarzy z arkebuzami i szwedzcy dowódcy

Przed wami istotna innowacja na niniejszym blogu - zdjęcia pomalowanych figurek. Tego typu contentem stoi większość zgromadzonych na Wrotach blogów, więc i ja nie będę gorszy. Postanowiłem posłuchać rad Maniexa, który to zasugerował taki właśnie krok oraz podpowiedział, jak robić lepsze zdjęcia. Już wiem, że z tym drugim miał rację. Mam więc nadzieję, że liczba wyświetleń też podskoczy. Szczególnie czwartkowych, podstawowych wpisów, które będą się ukazywać jak do tych czas.

Dziś pierwsze foty za płoty - szwedzcy (z okresu potopu szwedzkiego) dowódcy i rajtarzy z arkebuzami, wyprodukowani przez firmę Wargamer, przeznaczeni do systemu "Ogniem i Mieczem". To są na prawdę fajne figurki, ale jakość wykonania mogłaby być dużo lepsza. Więcej napiszę o nich w odpowiedniej recenzji. A dziś - zdjęcia.







czwartek, 19 stycznia 2017

TO przybyło zza morza Bałtyk!!! Recenzja zestawu "Podjazd królestwa Szwecji".






Podobno wizerunek ładnej dziewczyny potrafi znacząco zwiększyć sprzedaż. Wiedzą to i producenci części samochodowych i materiałów budowlanych. Zaczynają też wiedzieć wydawcy gier figurkowych. Niestety tego typu pomysły nie zostały jeszcze wystarczająco wprowadzone do "Ogniem i mieczem". Oto źródło grafiki.




       Jakiś czas temu kupiłem, wziąłem na warsztat a potem zrecenzowałem zestaw "Krajowa piechota szwedzka". Sęk w tym, że zakup ten zrobiłem pod wpływem impulsu. Akurat była promocja, figurki wpadły mi w oko a spróbować "Ogniem i Mieczem" w praktyce planowałem już od dawna. A zatem ochoczo zabrałem się do skrobania, malowania i sklejania. A w tzw. międzyczasie zacząłem poznawać system od strony mechaniki, rozpytywałem się starych zagończyków z forum poświęconego tej grze odnośnie rzeczy, które warto kupić - by otrzymać grywalną jednostkę.

        I wtedy okazało się, że zabrałem się do zakupów od niewłaściwej strony. Gra ta bowiem ma bardzo nietypowy system konstrukcji rozpisek (więcej napiszę o nim w recenzji) i niestety - nie da się zagrać na początek każdą figurką, którą się kupiło. Tak prysły marzenia o (prędkim) wystawieniu do bitwy karnych i mężnych szeregów muszkieterów i pikinierów. Musiałem rozejrzeć się za konnicą. Producent (firma Wargamer, jakby ktoś nie wiedział) oferuje wiele różnych opcji zakupu. Jest tego tyle wariantów (w dodatku ta sama jednostka może mieć różne wyposażenie i różne statystyki) że łatwo jest się w nich pogubić.
Postanowiłem skorzystać z podpowiedzi i kupiłem zestaw określany mianem startowego: "Podjazd królestwa Szwecji". A dziś napiszę wam, co z tego zakupu wynikło, i czy warto go powtarzać.


Raport zwiadowców.


          Pudełka z figurkami do "Ogniem i Mieczem" mają to do siebie, że są bardzo ładne. Od strony wizualnej spokojnie stają w szranki z produkcjami zachodnich wydawnictw (czy to producentów figurek historycznych, czy fantastycznych) i spokojnie biją je na głowę estetyką designu czy klimatem obrazka na froncie. Nie inaczej jest z "Podjazdem królestwa Szwecji". Jak widzicie - całość wygląda zacnie i bojowo.


Tak to wygląda na żywo. Dla tych, którzy nie dowierzają opisom.





       W centrum mamy zdjęcie z pomalowanymi figurkami, które czekają na nas wewnątrz opakowania. Zrobienie fajnej fotki modelom w skali 15 mm to trudna sprawa. Z daleka rozmywają się szczegóły - z bliska zaś widać niedoskonałości rzeźby i malowania. Tutaj wybrano ten większy wariant, dzięki czemu widać liczne zastępy konnych, troszkę piechoty, działko regimentowe i oficera z obstawą. Żołnierze ci zostali cyknięci na dopracowanej, klimatycznej makiecie. Całość fotografii od razu zachęca do rozstawienia figsów na stole i zagrania. Do tego mamy jeszcze logo systemu, herb szwedzki, ramkę - i w rogu obrazek z hipsterem, który nosił brodę, zanim to było modne. A tak na prawdę to wojak z formacji, której niestety nie uświadczymy w środku: rajtar opancerzony. Tak więc - nie dajcie się zmylić. Ten rodzaj uzbrojenia znajdziecie w innym pudełku. Ale o tym pod koniec.

       Jeśli nasyciliśmy już swą potrzebę napawania się fajnym opakowaniem, to pora zerwać błonę dziewiczą folii i sięgnąć do środka. A tam, w kartonowej obwolucie upchnięto dwa tekturowe pudełka. Znajdziemy w nich łącznie:


- 15 koni dla dragonów (czyli konnej piechoty... czyli muszkieterów przemieszczających się na końskim grzbiecie)

- 15 dragonów w pozycji "na jeźdźca" - czyli gotowi do przyklejenia do siodła

- 15 stojących dragonów

- 15 koni rajtarskich

- 12 rajtarów w pozycji bojowej, czyli jeździeckiej

- 3 członów "grupy dowodzenia" (oficer, muzyk i chorąży)

- figurka działka regimentowego (koła, laweta, trzy wersje luf)

- 2 pieszych artylerzystów (do nich zestaw akcesoriów armatnich)

- arkusik z samoprzylepnymi sztandarami

- sztywny drut służący za drzewce do sztandaru

- 10 plastikowych podstawek o wymiarach 3 na 4 cm (podstawki do przyklejenia na nich trójki jeźdźców)

- 5 plastikowych podstawek o wymiarach 2 na 4 cm (na tych z kolei pełnić ma służbę po trzech piechurów).

- pojedyncza plastikowa podstawka o wymiarach 4 na 4 cm (przeznaczona na stanowisko lekkiej artylerii wraz z obsługą).


    Jak widać, Szwedzi przybywają do nas w sporej grupie. W dodatku trafił mi się bonusowy pieszy dragon. Aby wyrobić sobie bardziej konkretne wyobrażenie o masie figurek dostęnych w pudełku, popatrzcie proszę na zdjęcia grupowe:


Tutaj część dragońska, oficerska i artyleryjska.

A tu rajtarzy.

       Wydawać by się mogło, że mając ten zestaw mamy już wszystko, co jest nam potrzebne do rozpoczęcia pracy modelarsko - malarskiej z figurkami, a później do grania. Może i tak... ale mi brakowało jednej rzeczy: instrukcji bądź jakiegokolwiek opisu komponentów. Wyobraźmy sobie taką sytuację (wyjątkowo mało możliwą), że "Podjazd..." kupił ktoś słabo obeznany w tematyce. Ktoś, kto nie bardzo wie, czym różni się dragon od rajtara. I po zakupie ma dwie możliwości - pozyskać tę wiedzę skądinąd, albo po prostu zgadywać. Tym bardziej, że żołnierzyki nie różnią się za bardzo wyglądem czy wyposażeniem. No i trzeba potem wiedzieć, które konie są przydzielone do której formacji. Dzięki wspomnianemu wyżej forum i jego użytkownikom upewniłem się że rumaki z pistoletami w olstrach (czyli przy szyi) są dla rajtarów. A te objuczone różnymi szpejami - dla dragonów. Dragoni zaś to ci, którzy przewiesili przez plecy broń długą.

     Dla uzupełnienia całości obrazu dodam, że oficjalna cena zestawu to 195 zł. To na pewno taniej, niż gdyby kupować jego poszczególne elementy w blisterach. Ale przy odrobinie starań możliwy jest też pewnie tańszy zakup.


Szwed z bliska.

    Skoro figurki zostały już policzona i uporządkowane, można zacząć zabawę. A w zasadzie: żmudną, precyzyjną pracę polegającą na przygotowaniu metalowych ludków do malowania. W tym wypadku będzie ona jeszcze bardziej żmudna niż zazwyczaj.

       Ludzki zostały wykonane w skali 15 mm, a to oznacza, że w praktyce pojedynczy piechur nie jest większy niż 2 cm. A to oznacza, że każdy szczegół jest tyciuteńki. I w praktyce odróżnienie linii zgrzewu od właściwej części modelu nastręcza wiele trudności. Dodatkowo potęgowanej przez optyczną specyfikę materiału (czytaj: wszystko się świeci i niewiele widać). A jeśli chcemy te mankamenty wygładzić z dużą dokładnością, to nie zrobimy tego szybko. Używając tylko pilniczka - ryzykujemy starcie bądź wygładzenie jakiegoś fragmentu rzeźby. Skalpel modelarski może zaś nie wystarczyć w przypadku niektórych większych nadlewek. 
W którymś momencie dłubania postanowiłem odpuścić sobie perfekcjonizm. Jeśli figurki będą używane w trakcie gry, wystąpią w większych formacjach, to mało kto będzie chciał szukać drobnych defektów. Które na pewno byłyby bardziej widoczne w większej skali.


Dragoni z "Podjazdu..." pomalowani przeze mnie. Unoszą pałasze do uderzenia... ale walka wręcz, gdy są na koniach, to wyjątkowo kiepski pomysł zgodnie z zasadami gry.


     Kolejna trudność to wystające, cienkie części - najczęściej rapiery. Albo dzierżone w dłoni, albo spoczywające w pochwach. Większość z nich po wyciągnięciu modeli z torebeczek jest nieco odgięta. Możemy je zostawić w takim stanie (co oczywiście wygląda słabo) albo też je wyprostować. I tą czynność trzeba przeprowadzić z najwyższą ostrożnością i delikatnością. Mało rzeczy łamie się tak łatwo, jak te właśnie elementy.

     O ile modele ludzi jeszcze ujdą (wad nie jest dużo, a rzeźba wystarczająco dokładna), to zdecydowanym kopytem Achillesa, jeśli chodzi o ten zestaw, są koniki. Zdaję sobie sprawę, że odlać precyzyjnie szczegółową figurkę konia w takiej skali i to w dodatku z jednego kawałka metalu to znaczące wyzwanie dla projektanta i odlewnika. Ale w tym wypadku nie do końca udało się stawić mu czoła. Wierzchowce nie mają jakichś braków czy znaczących ubytków; od pierwszego spojrzenia widać, że to koń. Ale też każdy z czworonogów ma dziwne nogi. Regułą jest ich grubość (większa, niż wskazywałyby to proporcje figurek) i luka w odlewie po wewnętrznej stronie nogi. Do tego linie zgrzewu ulokowane w pobliżu pasów mocujących siodło są trudne do usunięcia. Osobiście rekomenduję rozwiązanie takie, jako napisałem wyżej: usunąć najbardziej widoczne wady, a resztę zignorować. I tak raczej nikt ich nie zauważy. No chyba, że malujesz figurkę na konkurs.

       Ponarzekałem na jakość odlewu, ale teraz chcę pochwalić rzeźbę. Jak już oszlifujemy modele i pokryjemy je podkładem, to okazuje się, z jak wielką precyzją i znawstwem tematu zostały zaprojektowane. Szczególnie elementy rzędu końskiego; żaden istotny detal nie został opuszczony. I dzięki temu możemy poszerzyć swą wiedzę nt jeździectwa. Podobnie żołnierze. Na miarę skali zadbano o dokładne przedstawienie stroju, fryzur i broni. Szczególnie dobrze pod tym względem wyglądają oficerowie. A jeśli można się do czegoś przyczepić, to pozy niektórych dragonów na koniach. Paru z nich ma ręce opuszczone wzdłuż ciała, są przygarbieni jakby jechali na własną egzekucję. Albo walczyli, oprócz wojsk Rzeczypospolitej, z ciężkim kacem.


Żeby nie było, że nie maluję - oto owoc mojej pracy z rajtarami z recenzowanego zestawu. Oddział został uzupełniony jedną podstawką rajtarów z arkebuzami - dla zachowania symetrii. Prawie nie różnią się od zwykłych.


      Dlatego malowanie ich to spora frajda. Wraz z postępami pracy wyłaniają się kolejne detale. Ostateczny efekt jest bardzo zadowalający - przynajmniej dla mnie. Gdy oddział w całości pomalowany stoi na blacie, możemy poczuć się, jakbyśmy patrzyli z lotu ptaka na sporą grupę zawziętych, doświadczonych wojaków. 

    Tylko jeszcze jedna rada: zanim weźmiecie się do malowania, poszukajcie jakichś informacji co do tego, jakich kolorów używać - i z jakich elementów składało się odzienie jeźdźców. Jak już wspomniałem, opakowanie niewiele nam pomoże w tym względzie. Zdjęcie na froncie jest zbyt małe, a ludziki na nim zbyt jednolicie umundurowane. Znów więc odsyłam do tego opracowania, wielce pomocnego w kwestii doboru odpowiednich kolorów: do Merkuriusza Polskiego nr 2.


A jeśli nie mam ochoty na szwedzkich żołdaków?


    W przypadku figurek do historycznych systemów bitewnych zawsze istnieje problem ze znalezieniem alternatywnych zastosowań. Nie inaczej jest z "Podjazdem...". Rajtarzy i dragoni szwedzcy (a właściwie - ze szwedzkiej armii) nie będą udawać z powodzeniem średniowiecznych rycerzy, ani napoleońskich kirasjerów ani tym bardziej ułanów z kampanii wrześniowej. Dodatkowo specyficzna skala mocno utrudnia konwertowanie. 
Na szczęście nie oznacza to, że figurki z tego zestawu mogą tylko i wyłącznie pracować na sukces Karola X Gustawa w grze "Ogniem i mieczem".

     Pierwszą alternatywą jest wykorzystanie ich w innych grach dotyczących bitew z XVII -go wieku, dopuszczających taką skalę, np. "Pike & Shotte". 

    Oprócz tego żołnierzyki mogą wystąpić w innych armiach. Moda i wyposażenie tego typu formacji z XVII-wiecznej Europie zachodniej było dość zunifikowane. Dlatego tak samo wyglądający żołnierze (nawet identycznie pomalowani) mogą służyć w innych armiach z tego rejonu i tego okresu: Cesarstwa Niemieckiego, Danii, Wolnego Miasta Gdańska, Brandenburgii itp. Mało tego - żołnierze ci często przechodzili na stronę wroga (np po przegranej bitwie). A do tego inne państwa (np. Rzeczpospolita, Moskwa) starały się formować własne jednostki tego typu. Stąd figurki z tego zestawu przydadzą się w wielu różnych armiach. 


Broda, czapa obita futrem, podstępne, zdradzieckie wejrzenie i nahaj w pięści. To musi być rusek! Obrazek zapożyczony z bloga będącego kopalnią rzetelnej wiedzy nt XVII-to wiecznej wojskowości - bloga Kadrinaziego.


Jesteście gotowi do boju?! 


   Jak do tej pory sporo napisałem o figurkach samych w sobie. Na koniec chciałbym poruszyć kwestię ich użyteczności w grze. 

    Zacznijmy od tego, czy w ogóle możemy wystawić, to co mamy w pudełku i rozegrać bitwę? Teoretycznie tak. Oczywiście w domowym zaciszu, na mocy dżentelmeńskiej umowy możemy w daną grę zagrać czym chcemy - smokami czy pingwinami z Madagaskaru. Natomiast w starciu z przeciwnikiem, którego widzimy pierwszy raz na oczy, poleganie na wspólnej wersji zasad (w tym zasad konstruowania rozpiski) jest czymś, co znacznie upraszcza proces grania. I taką możliwość daje nam właśnie "Podjazd królestwa Szwecji". Ale jeśli zagramy tylko i wyłącznie nim - będzie to niestety gra do jednej bramki. I to naszej.

    W tej grze, przy konstruowaniu rozpiski, trzeba oprzeć się na schematach zawartych w oficjalnych podręcznikach. Na ten moment królestwo Szwecji dysponuje kilkoma różnymi podjazdami - czyli mobilnymi siłami wykonującymi zadania pomocnicze na rzecz całej armii. 
Działko regimentowe. Co by nie mówić, to "Ogniem i mieczem" jest realistyczną grą. Jeden strzał z małej armatki przeciwko ok 150 żołnierzom ma umiarkowaną skuteczność. 

     Dość popularnym rozwiązaniem jest tzw. podjazd gen. Horna, opisany w dodatku "Armie Ogniem i Mieczem. Tom 1". Zawiera on możliwość wystawienia sporej ilości rajtarów (w różnych konfiguracjach doświadczenia i uzbrojenia). Podobną możliwość daje też "Podjazd szwedzki" opisany w podręczniku "Potop". I na koniec mamy "Oddział wydzielony". To ostatnie to zdecydowanie najmniej efektywna formacja, jeśli chodzi o rozgrywanie potyczek pomiędzy podjazdami. Zgodnie z opinią weteranów "Ogniem i mieczem" (potwierdzoną niestety osobistymi doświadczeniami) w małej skali starcia o zwycięstwie decyduje walka wręcz kawalerii. Piechota i lekka artyleria mogą sobie wyglądać fajnie, ale nie zdziałają zbyt wiele.

  I okazuje się, że z figurek zawartych w recenzowanym zestawie możemy wystawić zaczątek tylko tej ostatniej formacji (oddziału wydzielonego). A więc nie należy nastawiać się na życzliwość Wiktorii. Zamiast tego trzeba planować kolejne zakupy. W tym miejscu zasugeruję następujące zestawy:





- "Regiment rajtarów". Ma tą zaletę, że nie ma w nim nieprzydatnej armatki i średnio przydatnej dragonii. Tylko sami rajtarzy w znaczącej liczbie. I do tego dwóch oficerów. 



- Albo "Regiment konnej gwardii Karol X Gustawa". Rajtarów jest tu minimalnie mniej (10 podstawek zamiast 12 zawartych w "Regimencie rajtarów". Braki liczebnościowe nadrabiają znacznie lepszym opancerzeniem i wyposażeniem, oraz bardziej liczebną kadrą dowódczą. 

Kończę więc zachętą do rozwagi przy zakupach. Przede wszystkim - nie powtarzajcie mojego błędu, i zacznijcie od podręcznika. Pomoże to uniknąć rozczarowania związanego z wystawieniem jednostek skazanych na porażkę


W zależności od perspektywy: brutalny atak na prawdziwą wiarę, albo sekularyzacja skarbów zgromadzonych przez pazerny kler. Przystępując do gier bitewnych, możesz poczuć się jak XVII wieczny władca, stojący przed dylematem: wspierać armię czy kościół? Ty zaś możesz wybrać: Dać kopertę księdzu po kolędzie czy kupić figurki?