Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królestwo Szwecji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królestwo Szwecji. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lutego 2017

Rajtarzy z arkebuzami i szwedzcy dowódcy

Przed wami istotna innowacja na niniejszym blogu - zdjęcia pomalowanych figurek. Tego typu contentem stoi większość zgromadzonych na Wrotach blogów, więc i ja nie będę gorszy. Postanowiłem posłuchać rad Maniexa, który to zasugerował taki właśnie krok oraz podpowiedział, jak robić lepsze zdjęcia. Już wiem, że z tym drugim miał rację. Mam więc nadzieję, że liczba wyświetleń też podskoczy. Szczególnie czwartkowych, podstawowych wpisów, które będą się ukazywać jak do tych czas.

Dziś pierwsze foty za płoty - szwedzcy (z okresu potopu szwedzkiego) dowódcy i rajtarzy z arkebuzami, wyprodukowani przez firmę Wargamer, przeznaczeni do systemu "Ogniem i Mieczem". To są na prawdę fajne figurki, ale jakość wykonania mogłaby być dużo lepsza. Więcej napiszę o nich w odpowiedniej recenzji. A dziś - zdjęcia.







czwartek, 19 stycznia 2017

TO przybyło zza morza Bałtyk!!! Recenzja zestawu "Podjazd królestwa Szwecji".






Podobno wizerunek ładnej dziewczyny potrafi znacząco zwiększyć sprzedaż. Wiedzą to i producenci części samochodowych i materiałów budowlanych. Zaczynają też wiedzieć wydawcy gier figurkowych. Niestety tego typu pomysły nie zostały jeszcze wystarczająco wprowadzone do "Ogniem i mieczem". Oto źródło grafiki.




       Jakiś czas temu kupiłem, wziąłem na warsztat a potem zrecenzowałem zestaw "Krajowa piechota szwedzka". Sęk w tym, że zakup ten zrobiłem pod wpływem impulsu. Akurat była promocja, figurki wpadły mi w oko a spróbować "Ogniem i Mieczem" w praktyce planowałem już od dawna. A zatem ochoczo zabrałem się do skrobania, malowania i sklejania. A w tzw. międzyczasie zacząłem poznawać system od strony mechaniki, rozpytywałem się starych zagończyków z forum poświęconego tej grze odnośnie rzeczy, które warto kupić - by otrzymać grywalną jednostkę.

        I wtedy okazało się, że zabrałem się do zakupów od niewłaściwej strony. Gra ta bowiem ma bardzo nietypowy system konstrukcji rozpisek (więcej napiszę o nim w recenzji) i niestety - nie da się zagrać na początek każdą figurką, którą się kupiło. Tak prysły marzenia o (prędkim) wystawieniu do bitwy karnych i mężnych szeregów muszkieterów i pikinierów. Musiałem rozejrzeć się za konnicą. Producent (firma Wargamer, jakby ktoś nie wiedział) oferuje wiele różnych opcji zakupu. Jest tego tyle wariantów (w dodatku ta sama jednostka może mieć różne wyposażenie i różne statystyki) że łatwo jest się w nich pogubić.
Postanowiłem skorzystać z podpowiedzi i kupiłem zestaw określany mianem startowego: "Podjazd królestwa Szwecji". A dziś napiszę wam, co z tego zakupu wynikło, i czy warto go powtarzać.


Raport zwiadowców.


          Pudełka z figurkami do "Ogniem i Mieczem" mają to do siebie, że są bardzo ładne. Od strony wizualnej spokojnie stają w szranki z produkcjami zachodnich wydawnictw (czy to producentów figurek historycznych, czy fantastycznych) i spokojnie biją je na głowę estetyką designu czy klimatem obrazka na froncie. Nie inaczej jest z "Podjazdem królestwa Szwecji". Jak widzicie - całość wygląda zacnie i bojowo.


Tak to wygląda na żywo. Dla tych, którzy nie dowierzają opisom.





       W centrum mamy zdjęcie z pomalowanymi figurkami, które czekają na nas wewnątrz opakowania. Zrobienie fajnej fotki modelom w skali 15 mm to trudna sprawa. Z daleka rozmywają się szczegóły - z bliska zaś widać niedoskonałości rzeźby i malowania. Tutaj wybrano ten większy wariant, dzięki czemu widać liczne zastępy konnych, troszkę piechoty, działko regimentowe i oficera z obstawą. Żołnierze ci zostali cyknięci na dopracowanej, klimatycznej makiecie. Całość fotografii od razu zachęca do rozstawienia figsów na stole i zagrania. Do tego mamy jeszcze logo systemu, herb szwedzki, ramkę - i w rogu obrazek z hipsterem, który nosił brodę, zanim to było modne. A tak na prawdę to wojak z formacji, której niestety nie uświadczymy w środku: rajtar opancerzony. Tak więc - nie dajcie się zmylić. Ten rodzaj uzbrojenia znajdziecie w innym pudełku. Ale o tym pod koniec.

       Jeśli nasyciliśmy już swą potrzebę napawania się fajnym opakowaniem, to pora zerwać błonę dziewiczą folii i sięgnąć do środka. A tam, w kartonowej obwolucie upchnięto dwa tekturowe pudełka. Znajdziemy w nich łącznie:


- 15 koni dla dragonów (czyli konnej piechoty... czyli muszkieterów przemieszczających się na końskim grzbiecie)

- 15 dragonów w pozycji "na jeźdźca" - czyli gotowi do przyklejenia do siodła

- 15 stojących dragonów

- 15 koni rajtarskich

- 12 rajtarów w pozycji bojowej, czyli jeździeckiej

- 3 członów "grupy dowodzenia" (oficer, muzyk i chorąży)

- figurka działka regimentowego (koła, laweta, trzy wersje luf)

- 2 pieszych artylerzystów (do nich zestaw akcesoriów armatnich)

- arkusik z samoprzylepnymi sztandarami

- sztywny drut służący za drzewce do sztandaru

- 10 plastikowych podstawek o wymiarach 3 na 4 cm (podstawki do przyklejenia na nich trójki jeźdźców)

- 5 plastikowych podstawek o wymiarach 2 na 4 cm (na tych z kolei pełnić ma służbę po trzech piechurów).

- pojedyncza plastikowa podstawka o wymiarach 4 na 4 cm (przeznaczona na stanowisko lekkiej artylerii wraz z obsługą).


    Jak widać, Szwedzi przybywają do nas w sporej grupie. W dodatku trafił mi się bonusowy pieszy dragon. Aby wyrobić sobie bardziej konkretne wyobrażenie o masie figurek dostęnych w pudełku, popatrzcie proszę na zdjęcia grupowe:


Tutaj część dragońska, oficerska i artyleryjska.

A tu rajtarzy.

       Wydawać by się mogło, że mając ten zestaw mamy już wszystko, co jest nam potrzebne do rozpoczęcia pracy modelarsko - malarskiej z figurkami, a później do grania. Może i tak... ale mi brakowało jednej rzeczy: instrukcji bądź jakiegokolwiek opisu komponentów. Wyobraźmy sobie taką sytuację (wyjątkowo mało możliwą), że "Podjazd..." kupił ktoś słabo obeznany w tematyce. Ktoś, kto nie bardzo wie, czym różni się dragon od rajtara. I po zakupie ma dwie możliwości - pozyskać tę wiedzę skądinąd, albo po prostu zgadywać. Tym bardziej, że żołnierzyki nie różnią się za bardzo wyglądem czy wyposażeniem. No i trzeba potem wiedzieć, które konie są przydzielone do której formacji. Dzięki wspomnianemu wyżej forum i jego użytkownikom upewniłem się że rumaki z pistoletami w olstrach (czyli przy szyi) są dla rajtarów. A te objuczone różnymi szpejami - dla dragonów. Dragoni zaś to ci, którzy przewiesili przez plecy broń długą.

     Dla uzupełnienia całości obrazu dodam, że oficjalna cena zestawu to 195 zł. To na pewno taniej, niż gdyby kupować jego poszczególne elementy w blisterach. Ale przy odrobinie starań możliwy jest też pewnie tańszy zakup.


Szwed z bliska.

    Skoro figurki zostały już policzona i uporządkowane, można zacząć zabawę. A w zasadzie: żmudną, precyzyjną pracę polegającą na przygotowaniu metalowych ludków do malowania. W tym wypadku będzie ona jeszcze bardziej żmudna niż zazwyczaj.

       Ludzki zostały wykonane w skali 15 mm, a to oznacza, że w praktyce pojedynczy piechur nie jest większy niż 2 cm. A to oznacza, że każdy szczegół jest tyciuteńki. I w praktyce odróżnienie linii zgrzewu od właściwej części modelu nastręcza wiele trudności. Dodatkowo potęgowanej przez optyczną specyfikę materiału (czytaj: wszystko się świeci i niewiele widać). A jeśli chcemy te mankamenty wygładzić z dużą dokładnością, to nie zrobimy tego szybko. Używając tylko pilniczka - ryzykujemy starcie bądź wygładzenie jakiegoś fragmentu rzeźby. Skalpel modelarski może zaś nie wystarczyć w przypadku niektórych większych nadlewek. 
W którymś momencie dłubania postanowiłem odpuścić sobie perfekcjonizm. Jeśli figurki będą używane w trakcie gry, wystąpią w większych formacjach, to mało kto będzie chciał szukać drobnych defektów. Które na pewno byłyby bardziej widoczne w większej skali.


Dragoni z "Podjazdu..." pomalowani przeze mnie. Unoszą pałasze do uderzenia... ale walka wręcz, gdy są na koniach, to wyjątkowo kiepski pomysł zgodnie z zasadami gry.


     Kolejna trudność to wystające, cienkie części - najczęściej rapiery. Albo dzierżone w dłoni, albo spoczywające w pochwach. Większość z nich po wyciągnięciu modeli z torebeczek jest nieco odgięta. Możemy je zostawić w takim stanie (co oczywiście wygląda słabo) albo też je wyprostować. I tą czynność trzeba przeprowadzić z najwyższą ostrożnością i delikatnością. Mało rzeczy łamie się tak łatwo, jak te właśnie elementy.

     O ile modele ludzi jeszcze ujdą (wad nie jest dużo, a rzeźba wystarczająco dokładna), to zdecydowanym kopytem Achillesa, jeśli chodzi o ten zestaw, są koniki. Zdaję sobie sprawę, że odlać precyzyjnie szczegółową figurkę konia w takiej skali i to w dodatku z jednego kawałka metalu to znaczące wyzwanie dla projektanta i odlewnika. Ale w tym wypadku nie do końca udało się stawić mu czoła. Wierzchowce nie mają jakichś braków czy znaczących ubytków; od pierwszego spojrzenia widać, że to koń. Ale też każdy z czworonogów ma dziwne nogi. Regułą jest ich grubość (większa, niż wskazywałyby to proporcje figurek) i luka w odlewie po wewnętrznej stronie nogi. Do tego linie zgrzewu ulokowane w pobliżu pasów mocujących siodło są trudne do usunięcia. Osobiście rekomenduję rozwiązanie takie, jako napisałem wyżej: usunąć najbardziej widoczne wady, a resztę zignorować. I tak raczej nikt ich nie zauważy. No chyba, że malujesz figurkę na konkurs.

       Ponarzekałem na jakość odlewu, ale teraz chcę pochwalić rzeźbę. Jak już oszlifujemy modele i pokryjemy je podkładem, to okazuje się, z jak wielką precyzją i znawstwem tematu zostały zaprojektowane. Szczególnie elementy rzędu końskiego; żaden istotny detal nie został opuszczony. I dzięki temu możemy poszerzyć swą wiedzę nt jeździectwa. Podobnie żołnierze. Na miarę skali zadbano o dokładne przedstawienie stroju, fryzur i broni. Szczególnie dobrze pod tym względem wyglądają oficerowie. A jeśli można się do czegoś przyczepić, to pozy niektórych dragonów na koniach. Paru z nich ma ręce opuszczone wzdłuż ciała, są przygarbieni jakby jechali na własną egzekucję. Albo walczyli, oprócz wojsk Rzeczypospolitej, z ciężkim kacem.


Żeby nie było, że nie maluję - oto owoc mojej pracy z rajtarami z recenzowanego zestawu. Oddział został uzupełniony jedną podstawką rajtarów z arkebuzami - dla zachowania symetrii. Prawie nie różnią się od zwykłych.


      Dlatego malowanie ich to spora frajda. Wraz z postępami pracy wyłaniają się kolejne detale. Ostateczny efekt jest bardzo zadowalający - przynajmniej dla mnie. Gdy oddział w całości pomalowany stoi na blacie, możemy poczuć się, jakbyśmy patrzyli z lotu ptaka na sporą grupę zawziętych, doświadczonych wojaków. 

    Tylko jeszcze jedna rada: zanim weźmiecie się do malowania, poszukajcie jakichś informacji co do tego, jakich kolorów używać - i z jakich elementów składało się odzienie jeźdźców. Jak już wspomniałem, opakowanie niewiele nam pomoże w tym względzie. Zdjęcie na froncie jest zbyt małe, a ludziki na nim zbyt jednolicie umundurowane. Znów więc odsyłam do tego opracowania, wielce pomocnego w kwestii doboru odpowiednich kolorów: do Merkuriusza Polskiego nr 2.


A jeśli nie mam ochoty na szwedzkich żołdaków?


    W przypadku figurek do historycznych systemów bitewnych zawsze istnieje problem ze znalezieniem alternatywnych zastosowań. Nie inaczej jest z "Podjazdem...". Rajtarzy i dragoni szwedzcy (a właściwie - ze szwedzkiej armii) nie będą udawać z powodzeniem średniowiecznych rycerzy, ani napoleońskich kirasjerów ani tym bardziej ułanów z kampanii wrześniowej. Dodatkowo specyficzna skala mocno utrudnia konwertowanie. 
Na szczęście nie oznacza to, że figurki z tego zestawu mogą tylko i wyłącznie pracować na sukces Karola X Gustawa w grze "Ogniem i mieczem".

     Pierwszą alternatywą jest wykorzystanie ich w innych grach dotyczących bitew z XVII -go wieku, dopuszczających taką skalę, np. "Pike & Shotte". 

    Oprócz tego żołnierzyki mogą wystąpić w innych armiach. Moda i wyposażenie tego typu formacji z XVII-wiecznej Europie zachodniej było dość zunifikowane. Dlatego tak samo wyglądający żołnierze (nawet identycznie pomalowani) mogą służyć w innych armiach z tego rejonu i tego okresu: Cesarstwa Niemieckiego, Danii, Wolnego Miasta Gdańska, Brandenburgii itp. Mało tego - żołnierze ci często przechodzili na stronę wroga (np po przegranej bitwie). A do tego inne państwa (np. Rzeczpospolita, Moskwa) starały się formować własne jednostki tego typu. Stąd figurki z tego zestawu przydadzą się w wielu różnych armiach. 


Broda, czapa obita futrem, podstępne, zdradzieckie wejrzenie i nahaj w pięści. To musi być rusek! Obrazek zapożyczony z bloga będącego kopalnią rzetelnej wiedzy nt XVII-to wiecznej wojskowości - bloga Kadrinaziego.


Jesteście gotowi do boju?! 


   Jak do tej pory sporo napisałem o figurkach samych w sobie. Na koniec chciałbym poruszyć kwestię ich użyteczności w grze. 

    Zacznijmy od tego, czy w ogóle możemy wystawić, to co mamy w pudełku i rozegrać bitwę? Teoretycznie tak. Oczywiście w domowym zaciszu, na mocy dżentelmeńskiej umowy możemy w daną grę zagrać czym chcemy - smokami czy pingwinami z Madagaskaru. Natomiast w starciu z przeciwnikiem, którego widzimy pierwszy raz na oczy, poleganie na wspólnej wersji zasad (w tym zasad konstruowania rozpiski) jest czymś, co znacznie upraszcza proces grania. I taką możliwość daje nam właśnie "Podjazd królestwa Szwecji". Ale jeśli zagramy tylko i wyłącznie nim - będzie to niestety gra do jednej bramki. I to naszej.

    W tej grze, przy konstruowaniu rozpiski, trzeba oprzeć się na schematach zawartych w oficjalnych podręcznikach. Na ten moment królestwo Szwecji dysponuje kilkoma różnymi podjazdami - czyli mobilnymi siłami wykonującymi zadania pomocnicze na rzecz całej armii. 
Działko regimentowe. Co by nie mówić, to "Ogniem i mieczem" jest realistyczną grą. Jeden strzał z małej armatki przeciwko ok 150 żołnierzom ma umiarkowaną skuteczność. 

     Dość popularnym rozwiązaniem jest tzw. podjazd gen. Horna, opisany w dodatku "Armie Ogniem i Mieczem. Tom 1". Zawiera on możliwość wystawienia sporej ilości rajtarów (w różnych konfiguracjach doświadczenia i uzbrojenia). Podobną możliwość daje też "Podjazd szwedzki" opisany w podręczniku "Potop". I na koniec mamy "Oddział wydzielony". To ostatnie to zdecydowanie najmniej efektywna formacja, jeśli chodzi o rozgrywanie potyczek pomiędzy podjazdami. Zgodnie z opinią weteranów "Ogniem i mieczem" (potwierdzoną niestety osobistymi doświadczeniami) w małej skali starcia o zwycięstwie decyduje walka wręcz kawalerii. Piechota i lekka artyleria mogą sobie wyglądać fajnie, ale nie zdziałają zbyt wiele.

  I okazuje się, że z figurek zawartych w recenzowanym zestawie możemy wystawić zaczątek tylko tej ostatniej formacji (oddziału wydzielonego). A więc nie należy nastawiać się na życzliwość Wiktorii. Zamiast tego trzeba planować kolejne zakupy. W tym miejscu zasugeruję następujące zestawy:





- "Regiment rajtarów". Ma tą zaletę, że nie ma w nim nieprzydatnej armatki i średnio przydatnej dragonii. Tylko sami rajtarzy w znaczącej liczbie. I do tego dwóch oficerów. 



- Albo "Regiment konnej gwardii Karol X Gustawa". Rajtarów jest tu minimalnie mniej (10 podstawek zamiast 12 zawartych w "Regimencie rajtarów". Braki liczebnościowe nadrabiają znacznie lepszym opancerzeniem i wyposażeniem, oraz bardziej liczebną kadrą dowódczą. 

Kończę więc zachętą do rozwagi przy zakupach. Przede wszystkim - nie powtarzajcie mojego błędu, i zacznijcie od podręcznika. Pomoże to uniknąć rozczarowania związanego z wystawieniem jednostek skazanych na porażkę


W zależności od perspektywy: brutalny atak na prawdziwą wiarę, albo sekularyzacja skarbów zgromadzonych przez pazerny kler. Przystępując do gier bitewnych, możesz poczuć się jak XVII wieczny władca, stojący przed dylematem: wspierać armię czy kościół? Ty zaś możesz wybrać: Dać kopertę księdzu po kolędzie czy kupić figurki?






czwartek, 20 października 2016

Gott mit uns! - recenzja zestawu Krajowa Piechota Szwedzka


   
Na tym kadrze jest wszystko, co znajdziemy w pudełku: pikinierzy, muszkieterzy, male działko i grupa dowodzenia. Generatorów dymu jednak nie dołączono.

       W ramach poszerzania bitewniakowych horyzontów postanowiłem po raz kolejny bliżej zapoznać się z systemem "Ogniem i Mieczem". Mój pierwszy kontakt z tą grą, dawno, dawno temu, na jednym z pierwszych konwentów Avangarda był mało udany. Prezentacja była zagmatwana, system gry jakiś dziwny... I tak sobie odpuściłem, mimo zainteresowania bitwami XVII wieku.

Na szczęście autorzy nie odpuścili sobie i wytrwale ulepszali swoje dzieło. W efekcie – mamy dziś w pełni rozwinięty system. Na pewno napiszę o nim więcej, gdy tylko pomaluję figurki, kupię podręczniki, zagram w niego i wreszcie lepiej go poznam.

W ostatnim okresie "Ogniem i Mieczem" przypomniało o sobie. Wyzwolony z okowów WFB mogłem przetrzeć długo zamknięte oczy i rozejrzeć się po bitewniakowym światku. I tak wysłuchałem podcastu 3d6, traktującego o "OiM" – który wypadł na tyle dobrze, że postanowiłem skorzystać z okazji, jaka pojawiła się na Warszawskich Targach Książki – i spróbować zagrać raz jeszcze.

Tym razem było znacznie, znacznie lepiej. Widać, że Wargamer nabrał doświadczenia również na polu introgameingu (nieładny, angielski wyraz. Ale alternatywą jest "gra wstępna"). Wszystko było naszykowane, czytelnie opisane – a grę prowadził bardzo sympatyczny i ogarnięty Tomek (zobaczcie sami jak znakomicie sobie radzi ze swoją robotą!) Po takim doświadczeniu, jedyne, co powstrzymało mnie przed kupnem całego zestawu niezbędnego do gry – to fakt, że właśnie byłem na początku mozolnego malowania armii kartagińskiej do Hail Caesar. Niemniej jednak, wielce zachęcony – nabyłem pudełeczko piechoty szwedzkiej. Każda armia zaczyna się bowiem od pierwszej figurki.

Na razie więc – więcej o modelach. Oczywiście jeśli ktoś już miał do czynienia z tym systemem, poniższy tekst będzie dla niego mało odkrywczy. Przygotowałem go raczej z myślą o tych, którzy zjedli zęby na skali 28 mm. I którzy chcieliby teraz spróbować czegoś innego - w innym klimacie i innych proporcjach.


Oto pudełko z zestawem w całej swej okazałości.


        Samo pudełko jest niewielkie i w pierwszej chwili można zachodzić w głowę – jakim cudem mieszczą się w nim aż 43 figurki? Możliwe jest to z dwóch powodów. Po pierwsze – są one wykonane w skali 15 mm. A więc są znacznie mniejsze od typowych 28 mm – zwłaszcza tych w skali heroic. Wojak w tej skali sięga do wysokości uda figurce przedstawiającej człowieka np w WFB. Zachowuje przy tym (mniej więcej) właściwe proporcje. Po drugie – zostały odlane z metalu. A dzięki temu, dostajemy tylko figurki, bez zajmujących przestrzeń ramek. Są one spakowane w woreczki strunowe – w jednym: strzelcy, drugim – pikinierzy. A czym jest pikinier bez piki? Te wykonano z odpowiednio przyciętych kawałków twardego acz cienkiego drutu i spakowano osobno. Trzeci zawiera armatę wraz z załogą, a czwarty coś w stylu grupy dowodzenia. Dla bezpieczeństwa obłożono to wszystko gąbką. Do tego odpowiednie podstawki: dla piechoty plastikowe o wymiarach 2 na 4 cm. Dla grupy dowodzenia jedna: 3 na 4 cm. I jako wspólna podstawka dla armatki, artylerzystów i ich sprzętu – kwadracik 4 na 4 cm. I jako wisienka na torcie – arkusik z naklejkami reprezentującymi sztandar w trzech wersjach.


Zresztą - co ja wam będę pisał. Zobaczcie sobie sami. Nie sfotografowałem podstawek i sztandarów.


        Pierwsze wrażenie (osoby nawykłej do plastików i większej skali) nie jest najlepsze. Figurki są bowiem maciupeńkie – a w dodatku lśnią niemal niczym srebro. A przez to – trudno dostrzec, co dokładnie przedstawiają. Konkretnie – szczegóły ubioru, twarzy wyposażenia są rozmyte i trudno rozpoznawalne. Można rozwiązać ten problem w bardzo prosty sposób. Wystarczy mianowicie nałożyć podkład, i już widać lepiej. Albo pomalować je washem (inkiem, shade'em lub bardzo rozwodnioną farbą). 

       Każdy wie, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę – a każdy figurkowiec wie, że przed położeniem podkładu trzeba usunąć nadlewki. W tym celu producent zaleca stosowanie pilnika i skalpela. Pilnik znakomicie sprawdził się przy wyrównywaniu spodu podstawek. Sam zaś metal jest na tyle miękki, że skalpel odcina jego nadmiar jeszcze łatwiej, niż gdyby miał ciąć plastik. Ale – co konkretnie odciąć? Co jest nadlewką, a co częścią figurki? Co syfem powstałym przy procesie produkcji, a co zamierzonym przez rzeźbiarza sznurkiem, piórkiem, kawałkiem futra? Jak mocno trzeba docisnąć ostrze, by nie usunąć czegoś, co jest potrzebne? Jak do tej pory pomagała mi dokładność, cierpliwość, delikatność i skupienie wzroku. Ale nie było to wcale łatwe i szybkie zadanie. Szczęście w nieszczęściu – figurki są niewielkie i nie ma tego skrobania dużo. Ostatecznie powiem wam o jeszcze jednej metodzie: nie przejmujcie się za bardzo, że coś zepsujecie. Figurki są małe, zaś w trakcie gry, gdy będziecie patrzyć na stół bitwy z wysokości - drobne mankamenty nie będą istotnym problemem.

           Już można by trząchać puszką z podkładem – ale zostają jeszcze rapiery i pałasze. Każdy jeden majcher obrabianej przeze mnie figurki był wygięty. W transporcie? W produkcji? Czort wie. Sęk w tym, że sztych ma być wyprostowany. A że są to drobniutkie elementy – wcale nie jest trudno je urwać na amen. Przyklejać zaś te drobinki to jeszcze większa katorga. A więc – ostrożność, ostrożność i jeszcze raz ostrożność! A z wyposażeniem artylerzysty (wyciorem, lontem i ubijaczem) jest jeszcze gorzej...

         Wobec opisanej powyżej specyfiki figurek możecie się domyślić, że nie zalecam konwersji. Zabiegi takie, jak zamiana główek, rąk czy modyfikowanie postawy ciała są oczywiście możliwe... Ale jeśli nie masz wielkiego doświadczenia, precyzyjnego uchwytu i odpowiednich narzędzi, to prędzej zepsujesz ludki,niż je urozmaicisz. Bardziej bezpieczne zabiegi to doklejanie bród, wąsów i płaszczy z greenstuffu. I tu przyda się zegarmistrzowska precyzja, ale ryzyko destrukcji jest znacznie mniejsze.


Albo w ogóle dajcie sobie spokój z miniaturkami (?) i poszalejcie w skali 1:1. Takimi jak te z muzeum wojskowości ze Sztokholmu. Tak mniej więcej wyglądali żołnierze odzwierciedleni za pomocą figurek z omawianego zestawu.


            Potem tylko trzeba przykleić piki do rąk pikinierom – i już można podkładować. Banał. Oczywiście może być tak, że nie wszędzie podkład dotrze. W tym wypadku zalecam taki, który da się nałożyć pędzelkiem. 
Samo malowanie też było dla mnie ciekawym doświadczeniem, biorąc pod uwagę moje ubogie wcześniejsze doświadczenia z bitewniakami historycznymi. Choćby taka kwestia jak dobór kolorów. Na pudełku widać jednolite granatowo - niebieskie umundurowanie z białymi detalami. Niczym z parady na Dzień Milicjanta. Ale w rzeczywistość była znacznie bardziej kolorowa. Dowiedziałem się o tym z tego źródła. Okazuje się, że autorzy i fani gry zadali sobie trud dowiedzenia się, nie tylko tego, jakie były zarządzenia dotyczące żołnierskich ciuszków, ale też napisali, co z ich realizacji wynikło. W efekcie powstał poradnik, który dostarcza czytelnikom nie tylko wiedzy modelarskiej, ale też bardzo konkretnych wskazówek malarskich (np: jaką farbą malować kolor bazowych na pończochach?).


A w dodatku klimatycznie wygląda. Na szczęście autor powstrzymał się przed stylizowaniem tekstu na staropolszczyznę. Albo napisania go po łacinie lub szwedzku.

         Przeczytaliśmy poradnik, wiemy co i jak, pędzel w dłoń i do boju! Samo malowanie było ciekawym doświadczeniem. Wbrew małym rozmiarom, figurki obfitują w detale. Takie jak prochownice, pasy, bandolety z przygotowanymi ładunkami. Każdy malarz musi określić, jak bardzo chce się przyłożyć do pracy. Jaki efektowny wygląd chce uzyskać, ile czasu jest gotów poświęcić. Jeśli macie skilla, cierpliwość i ambicję, to z pewnością osiągnięcie więcej, niż ten, kto przygotował figurki do zdjęcia na okładkę zestawu. Ale kolor bazowy pociągnięty rozcieńczonym Nuln Oil też będzie ok.
Oto przykład bardzo fajnego malowania. W wykonaniu skromnego człowieka ukrywającego się pod pseudonimem Corsarii. Więcej jego prac znajdziecie tutaj.

A tu już nie tak ładna praca, ale za to moja własna. I można zobaczyć wszystkie figurki z pudełka.

     Recenzję figurek staram się kończyć podaniem kilku pomysłów na ich alternatywne wykorzystanie. W tym wypadku mocne osadzenie figurek w realiach historycznych, i określona skala sprawiają, że krajowa piechota szwedzka najlepiej sprawdzi się jako zamiennik innej europejskiej piechoty z XVII-go wieku. Nie koniecznie szwedzkiej (ale na pewno w stylu zachodnioeuropejskim) i niekoniecznie krajowej. Dopóki nie zostanie wydana figurkowa wersja rpga Monastyr, to szwedzcy żołnierze z tego zestawu będą mogli występować głównie w grach historycznych. Ewentualnie - w roli ofiar czaru "Zmniejszenie", albo liliputów walczących z Guliwerem w skali 54 mm.

             No i to by w zasadzie było na tyle w tym temacie. Do tej pory z ostrożnością podchodziłem do innych skal, ale mój pierwszy raz, który przeżyłem właśnie ze szwedzkimi żołdakami był bardzo udany. Pomalowanie figurek dało mi sporo satysfakcji. Jeśli do tej pory kusiła was możliwość zapoznania się zarówno z tą linią miniaturek, jak i z grą - zachęcam. Figurki nie są idealne, ale fajnie wyglądają na stole, i stwarzają wrażenie całkiem licznego oddziału za umiarkowane pieniądze. Zaś sama gra może być jeszcze lepsza. O czym mam nadzieję wam napisać, gdy tylko dokładniej ją poznam.