B Będąc już nie tak młodym figurkowcem, napotkałem - nie pamiętam dokładnie kiedy - wzmiankę o grze "Dust". Jakiś tekst w sieci, czy stolik na konwencie. Był tam chyba czołg na sześciu pancernych nogach i kilkuosobowe oddziały Niemców i Amerykanów. To wystarczyło, bym skierował uwagę gdzie indziej. Już sama druga wojna średnio mi podchodzi, a jeśli jeszcze zaserwuje się ją w wersji weird war, to jakby okrasić kaszankę kiszonym śledziem dla smaku. Rozumiem, że zombi-naziści z księżyca podbijają klimat... Ale ich potworność nie polegała na tym, że byli undeadami albo cyborgami. A ten właśnie nurt popkultury wyjątkowo chętnie pomija to, co w wojnie jest naprawdę straszne. I zmienia ją w strzelankę rodem z Pegasusa. A więc - poczułem opór, którego wówczas nawet nie chciałem przełamywać.
I tak minęło kilka lat. Próbowałem odnaleźć się w "Warhammerze Fantasy Battle". A gdy już szczęśliwie umarł, zacząłem rozglądać się po świecie gier figurkowych w poszukiwaniu tytułu, na który będę mógł przelać swoje uczucia. I gdzieś tam znów zamajaczył "Dust". Tym razem poświęciłem grze więcej uwagi. Zaintrygowały mnie nietypowe kości, zgrabne karty jednostek... Ale najlepsze wrażenie zrobił na mnie system poruszania jednostek. Przy bliższym oglądzie gra okazała się być bowiem miksem planszówki (określone pola, na których znajdują się figurki) i bitewniaka (występowanie rzeczonych). A gdy już zabrałem się za blogowe zgłębianie różnorodności tego rodzaju rozrywki, tym bardziej doceniłem rewolucyjność zastosowanego rozwiązania. Im bardziej zawikłane zasady dotyczące poruszania się i widoczności oddziałów, tym dłużej trwa gra i tym więcej trudności oraz frustracji przysparza. Odwołanie się do klasycznej planszy jest znakomitym rozwiązaniem, co widać na przykładzie lightowego "Warhammer Underworlds, Shadespire", jak i "To the Strongest!". W dodatku jeden z kumpli zainteresował się "Dustem"... Trzeba było przysiąść fałdów i coś napisać.
![]() |
| Atak na fabrykę szkołę pilotów maszyn kroczących pod Mannheim (1946, koloryzowane.) |
I tak minęło kilka lat. Próbowałem odnaleźć się w "Warhammerze Fantasy Battle". A gdy już szczęśliwie umarł, zacząłem rozglądać się po świecie gier figurkowych w poszukiwaniu tytułu, na który będę mógł przelać swoje uczucia. I gdzieś tam znów zamajaczył "Dust". Tym razem poświęciłem grze więcej uwagi. Zaintrygowały mnie nietypowe kości, zgrabne karty jednostek... Ale najlepsze wrażenie zrobił na mnie system poruszania jednostek. Przy bliższym oglądzie gra okazała się być bowiem miksem planszówki (określone pola, na których znajdują się figurki) i bitewniaka (występowanie rzeczonych). A gdy już zabrałem się za blogowe zgłębianie różnorodności tego rodzaju rozrywki, tym bardziej doceniłem rewolucyjność zastosowanego rozwiązania. Im bardziej zawikłane zasady dotyczące poruszania się i widoczności oddziałów, tym dłużej trwa gra i tym więcej trudności oraz frustracji przysparza. Odwołanie się do klasycznej planszy jest znakomitym rozwiązaniem, co widać na przykładzie lightowego "Warhammer Underworlds, Shadespire", jak i "To the Strongest!". W dodatku jeden z kumpli zainteresował się "Dustem"... Trzeba było przysiąść fałdów i coś napisać.
