Tyle się dzieje w figurkowym świecie, że aż trudno mi wybrać temat do czwartkowego wpisu. Co tydzień dowiaduję się o co najmniej dwóch tytułach wartych uwagi, a przecież te stare też się rozwijają. A do tego jakże barwny folklor i amatorska socjologia związana z tym hobby. W efekcie niektóre tematy spadają na dół listy.
Dziś (nie bez związku z rozmową z Bartkiem) postanowiłem wrócić do tematu gry, którą kupiłem już jakiś czas temu. Zazwyczaj wejście w każdy bitewniak jest poprzedzone długą deliberacją. A ile to kosztuje? Czy będę miał z kim grać? Jakie figurki trzeba pomalować? Ile trzeba poświęcić na ogranie się i naukę zasad? Nie jest to wcale taka prosta sprawa. W tym jednak wypadku nie miałem żadnych wątpliwości. Poznajcie system o najniższych (szeroko rozumianych) kosztach wejścia: "Dragon Rampant".
Nie pierwszy raz opis tego tytułu pojawi się w polskiej blogosferze. "Dragon Rampant" został już zrecenzowany na łamach "Wojny w miniaturze" (o tutaj). Wracam do tego tematu, bo warto, by o tej grze było jak najgłośniej. Różni się on bowiem tym od innych bitewniaków, że już po pierwszym przeczytaniu podręcznika, jeśli tylko masz w domu jakiekolwiek figurki (a nawet nie figurki - wystarczą ludziki lego, ludki z jajka - niespodzianki i zabawkowe dinozaury) - możesz zacząć granie. I nie będzie to wcale bieda - bitewniak czy granie śmietnikiem, ale realizacja idei przekazywanej przez podręcznik.
