Parę dni przed ogłoszeniem tematu niniejszej edycji Karnawału Blogowego dostałem smsa od Dumnego Puchacza, mojej prawej i lewej bitewniakowej ręki. Zaproponował on, by napisać o pewnej starej grze. Bez wątpienia przeszła już ona do annałów figurkowej historii. I gdyby ową historię porównać do muzeum, to tytuł, o którym dziś przeczytacie, nie byłby raczej ozdobą kolekcji. Już prędzej podpierałby nogę pod szafką na środki czystości.
![]() |
| Nikt nie spodziewa się inkwizytora - bimbrownika! Źródło. |
Pora cofnąć się w przeszłość o około 16 lat i zapoznać z jednym z bardziej nietrafionych pomysłów w dziedzinie gier bez prądu.Grą "Inqiusitor"
In the grim darkness of far past...
W roku 2001, gdy ukazał się "Inquisitor" firma Games Workshop była niczym Imperium Człowieka z Warhammera 40.000. Zdecydowanie dominowała we wszechświecie gier figurkowych. I w tamtych czasach, pewna swej roli, decydowała się na różnego rodzaju eksperymenty wydawnicze. A to "Mordheim", a to "Epic", a to "Warmaster". A nawet gry historyczne. Jednym z wyjątkowo śmiałych kroków było wydanie gry, o której będę dziś pisał.
Co wyjątkowego jest w "Inquisitorze"? Tytuł ten miał stanowić unikalny koktajl figurkowych gier bitewnych i klasycznych gier fabularnych. Każdy z graczy miałby pod kontrolą jednego lub kilku bohaterów, którzy byliby reprezentowani przez poszczególne figurki. Postacie te nie miałyby po prostu wyrżnąć się do nogi, lub zająć określone miejsca na stole, lecz raczej wykonać zadania. Zaś pieczę nad rozwojem wypadków, nad treścią i przebiegiem owej misji sprawował mistrz gry. Rola jego miałaby być podobna do tej pełnionej w popularnych w owym czasie rpgach.
