czwartek, 7 grudnia 2017

Tylko dla chłopców? Płeć i bitewniaki.


    Spośród typowo męskich hobby i aktywności (takich jak ustawki, myślistwo, publiczne zalewanie się w trupa itd.) poczesne miejsce zajmują gry bitewne. Ten rodzaj zabawy jest bowiem uprawiany prawie wyłącznie przez mężczyzn. Wystarczy spojrzeć na jakiekolwiek zdjęcie grupowe, przedstawiające np. uczestników dowolnego turnieju.  W 99% przypadków będą to właśnie faceci.

   Oczywiście wielu mogłoby na to odpowiedzieć: "Kiedyś widziałem dziewczynę grająca w jednym sklepie", "Przecież jest Skavenblight!" albo "Dziewczyna kolegi powiedziała, że chciałaby malować High Elfy." Wszystkie te incydenty są jednak malutkimi wysepkami w oceanie testosteronu, jaki opływa kontynenty i wyspy gier bitewnych. Odkąd zacząłem się interesować bitewniakami - przeciwnikami zawsze byli faceci. Jeśli poznawałem jakieś nowe środowisko (grupę graczy, fanów określonego systemu) - zazwyczaj poznawałem mężczyzn. Tylko dwa razy w życiu kierowałem ludzikami przeciw miniaturowym wojskom dowodzonym przez kobietę. I w jednym z tych dwóch przypadków nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jej motywacja do zabawy nie jest autoteliczna. Celem (w moim odbiorze) było raczej podtrzymanie więzi z chłopakiem (dużo bardziej wciągniętym w hobby), niż samodzielne zbieranie, malowanie i dowodzenie figurkową armią.

Czy może być coś bardziej męskiego? I zarazem (w pewien sposób) figurkowego?

    W zasadzie temat ten można by zbyć obojętnością, z jaką na co dzień traktuje się inne prozaiczne oczywistości. Po prostu: bitewniaki są dla mężczyzn, komedie romantyczne i golenie nóg - dla kobiet. Tylko znów spokoju nie daje fenomen popularności nowoczesnych gier planszowych. To hobby jeszcze kilkanaście lat temu też tkwiło w głębokich piwnicach, ale obecnie wygodnie mości się w mainstreamie. W dużej mierze sukces tego gatunku rozgrywki został zbudowany dzięki aktywnym zaangażowaniu kobiecej publiczności. W planszówkach, oprócz projektantów, recenzentów i graczy mamy też projektantki, recenzentki i graczki. I to nie jako rzadkie wyjątki - lecz jako pełnoprawne i aktywne kreatorki tego fandomu. Sytuacja zupełnie odmienna od gier bitewnych... Oraz planszowych historycznych gier wojennych.



Opiniotwórcza blogerka planszówkowa - to coś normalnego. Czy możliwe jest powtórzenie tej sytuacji w bitewniakach? Nie uprzedzajmy faktów...

  Czemu więc jest tak jak jest? Czemu zamiana planszy na makietę, żetonów na figurki działa na kobiety jak woda święcona na diabła? Czy możliwa jest zmiana tego stanu rzeczy? Jeśli tak - to co trzeba w tym celu zrobić? Co można by dzięki niej stracić, a co zyskać? Zapraszam do kwadransa niezajmowania się poważnymi sprawami.



Trzeciorzędne cechy płciowe?

    Zacznijmy od posłuchania głosu kobiety, która sama aktywnie działa na polu figurek - i również dostrzega zagadnienie będące tematem dzisiejszego wpisu. Parę miesięcy temu Astrid, na łamach bloga wojnacja.blogspot.com wskazywała, że gry bitewne nie są drastycznie odmienne od planszowych. I pokazywała, że mogą dać dużo satysfakcji. Zresztą: otwórzcie sobie tego linka i przeczytajcie sami. 

   Autorka wpisu wymienia kilka potencjalnych przyczyn zniechęcających kobiety do zabawy w figurki. Pierwsza z nich to hipoteza o stereotypowych rolach płciowych. Zgodnie z nimi tematyka gier bitewnych (czyli bitwy, duże lub małe) nie pasuje do tego, czym prawdziwa kobieta powinna się interesować i zajmować. Gdyby ten nakaz kulturowy miał rzeczywiście dużą siłę, kobiety powinny stronić od takich zajęć jak sporty walki, służba wojskowa, rekonstrukcje wojsk historycznych. Zaś te, które się na to odważą, musiałby chyba być obrzucane wyzwiskami i zgniłymi pomidorami. Tak zaś nie jest. Wydaje mi się wręcz, że nałożenie munduru czy stanięcie do bezpośredniej walki jest nagradzane raczej podziwem i uznaniem niż odrzuceniem. A przynajmniej w moim środowisku nigdy nie spotkałem się z reakcją: "Kobiety do dzieci, kuchni kościoła, a nie do wojska!".

Nadają się do wojska tak samo jak faceci. Albo może nawet i lepiej.

   Kolejny powód to wysoki próg wejścia. Bitewniaki nie wchodzą łatwo. Trzeba je odnaleźć, nauczyć się ich, wydać kasę, poświęcić czas na malowanie figurek. Oczywiście, tak właśnie działa to hobby. Ale kobiety, tak samo jak mężczyźni, są zdolne do długotrwałego, systematycznego wysiłku, związanego z zajmowaniem się hobby. Jeśli macie w swoim otoczeniu na przykład pasjonatkę biegania, to sami widzicie ile czasu i starań (oraz pieniędzy) może ona zaangażować. W tym czasie miałaby już ze dwie w pełni pomalowane armie... A zatem kobiety już teraz mogą być bardziej wkręcone w bardzo różne zainteresowania. Tylko z jakiegoś powodu nie są nimi bitewniaki.

   A może to niechęć i dyskryminacja w środowisku obecnych fanów? Według Astrid może ona polegać na kwestionowaniu autentyczności zaangażowania potencjalnej bitewniakowczyni przez figurkowych samców (jak sam uczyniłem to na początku tekstu) albo na traktowaniu jej z wyższością, pobłażliwością - czy wręcz lekką pogardą. Gdyby takie sytuacje miały miejsce, to tylko emocjonalna masochistka chciałaby w nich tkwić. Albo przynajmniej osoba o grubej skórze, gotowa przejść etap freblówki by potem uzyskać status pełnoprawnego członka (a w zasadzie członkini) społeczności.
Z odpowiedzią na ten argument mam kłopot. Z jednej strony mógłbym odrzec: "Nigdy nie widziałem czegoś takiego, dziewczyny grające w figurki były traktowane z życzliwością i normalnie." Ale wiem też, że bardzo trudno dostrzec i uznać tą dyskryminację, która nas nie dotyczy. Zresztą sam, wchodząc do zupełnie nowego grona muszę się oswoić z dopiero co poznanymi ludźmi. Proces ten z samej swej natury nie zawsze jest komfortowy.

Mina pana po prawej: "To się dzieje naprawdę???"


   Każde z tych wyjaśnień nie wydaje się w pełni tłumaczyć, dlaczego kobiety stronią od figurek. Od siebie dodałbym, że panie mają w większości wszystkie kompetencje potrzebne do zabawy w bitewniaki. Spokojnie mogłyby pomalować figurki co najmniej na średnim poziomie. Wszak spędzają co najmniej kilkanaście minut codziennie z podkładami, lakierami, cieniami.
Podobnie - dobrze przyswajają sobie różne reguły i zasady. Widać to w planszówkach, kiedy jedno tłumaczenie wystarczy niekiedy nie tylko do tego, by graczka zrozumiała mechanikę gry, ale też umiała od razu ją efektywnie zastosować - i wygrać.  
Jeśli zaś chodzi o unikanie konfliktu, rzekomą wrodzoną kobiecą łagodność - też nie widać tego za bardzo nad planszą. Panie potrafią kalkulować swoje ruchy równie bezbłędnie jak bezwzględnie. Ale owo podejście nie przekłada się na ogół na owego mitycznego babskiego focha.  Kobiety rozumieją, że to tylko gra tak samo dobrze, jak mężczyźni.

  Oczywiście mam swoje wyjaśnienie małej popularności gier bitewnych wśród kobiet. I jestem świadomy tego, że po części jest ono powiązane z mą osobistą koncepcją mówiącą o tym, jakie są kobiety, i jacy są mężczyźni. Zresztą koncepcja to zbyt mocne słowo - tak naprawdę chodzi tu o wyobrażenia, złudzenia i uproszczenia. Natura ludzka jest zbyt złożona i zróżnicowana, by dało się kilkoma twierdzeniami opisać trafnie jakąkolwiek zbiorowość. Dlatego gdy ktokolwiek: feministka, ksiądz, czy profesor psychologii zaczyna mówić: "Kobiety są...", mówi nie o nich, a o swoich własnych przekonaniach na ich temat. I nie jestem tutaj wyjątkiem.

   Zastrzeżenie mamy za sobą, pora na wskazanie przyczyn.

Gry i zabawy nietowarzyskie.

    Bitewniaki wymagają dużego zaangażowania, ale oferują małą stopę zwrotu. To znaczy, że można malować ludziki, grać nimi do upadłego i nawet zdobywać wysokie miejsca w turniejach. Ale jedyna korzyść, jaką wyniesie się z tej aktywności to czysta satysfakcja. Hobby jest zbyt niszowe, i zbyt wymagające, by móc przy jego pomocy integrować się z nowo poznanymi ludźmi.

   Wyobraźmy sobie sytuację, gdy naszą hipotetyczną bohaterkę odwiedza w domu paczka znajomych. Jest akurat zimowe, niedzielne popołudnie. Pogoda słaba, rozmowa jakoś się nie klei. Może by więc ożywić towarzystwo jakąś grą? Nap przykład jednym z najprostszych i najpopularniejszych systemów zarazem: "Age of Sigmar". Tak się szczęśliwie składa, że w domu jest nie tylko kilka pomalowanych armii, ale też odpowiedni stół, makiety i "Generals Handbook", w którym napisano, jak rozegrać starcie z udziałem kilku graczy. Pada propozycja, goście się uprzejmie zgadzają. Wyobraźcie sobie tą sytuację, gdy nikt z nich wcześniej nie miał żadnego doświadczenia z bitewniakami. Samo tłumaczenie zasad (prościutkich! tylko cztery strony!) potrwa co najmniej godzinę. A i tak wiele rzeczy trzeba będzie dopowiedzieć w praniu. Potem ustawienie - i rozpoczyna się znój odmierzania odległości, obliczania wyników, poznawania zasad dotyczących własnych i cudzych jednostek... Trudno mi uwierzyć, że tego typu doświadczenie będzie kojarzyło się gościom z mile spędzonym czasem i zachęci ich do ponownego spróbowania zabawy. Mogłoby być inaczej, gdyby wcześniej mieli już jakieś doświadczenia z grami figurkowymi.

   A teraz cofnijmy taśmę do sytuacji wyjściowej. Ale scenariusz ulega zmianie - na stole ląduje "Dixit" albo "Ticket to ride". I już cały wieczór upływa inaczej, nawet jeśli goście grali wcześniej tylko w Chińczyka. 
Ja wiem! Krzysiek!

   A zatem - gry bitewne nie mają takiej wartości rozrywkowej i integracyjnej, jak gry planszowe. Trudno o taki tytuł, który będzie dostarczał podobnej radości rodzicom i ich pociechom w wieku przedszkolnym. Równie ciężko znaleźć bitewniaka, w którego da się zagrać z marszu w towarzystwie rodziców czy dalszych i starszych krewnych.

   Choć obecnie sytuacja staje się nieco bardziej komfortowa, coraz łatwiej o grę, która jest połączeniem bitewniaka oraz planszówki. Na przykład "Warhammer Underworld. Shadespire" spokojnie można zaproponować osobom, które do tej pory były zadowolone z planszówek. Szczególnie, gdy dysponuje się kilkoma podstawkami i bandami :). Nadal jednak figurki wydają się być ryzykownym rozwiązaniem, gdy chcemy od czasu do czasu pocieszyć się naszym hobby w gronie innym, niż podobni nam obsesjonaci. 

Podobno dla kobiet ważne są relacje społeczne, mają dbać o dobre samopoczucie różnych osób, negocjować. Nie wiadomo, czy to stwierdzenie jest prawdziwe. Lecz gdyby takie było, to bitewniaki nie pomogą we wspólnej, bezpretensjonalnej zabawie z wieloma ludźmi na raz.

Wstydliwe zabawy.


   Kolejna sprawa to prestiż i aprobata społeczna. Niektórzy twierdzą że kobietom bardzo zależy na tym drugim, choć nie stronią od pierwszego. Z tego właśnie powodu miałyby szczególnie chętnie prezentować innym wyidealizowaną stronę własnej osoby. Eksponują to, co najbardziej akceptowane i chwalone w danej społeczności i jednocześnie kryją mniej uznaną część swojego charakteru. 

   I znów - nie wszystkie kobiety tak robią, nie zawsze. A nawet jeśli tak się dzieje, to może to wynikać z konieczności dopasowania się do wymagań narzuconych po społu przez tradycję i współczesny marketing. Tak czy inaczej: tej tendencji nie po drodze z grami bitewnymi.

   Nadal jest to dość niszowa rozrywka. I gdyby opowiedzieć o niej zupełnym laikom, to reakcje mogłyby być różne. Część ludzi okazałaby życzliwe zainteresowanie, mała grupka mogłaby wystosować dość ostrą krytykę ("Stara baba, a bawi się laleczkami"). Większość jednak najprawdopodobniej przyjęłaby rzecz ze zdystansowaną obojętnością. Oto dziwne hobby, o którym nic nie wiem - i w sumie nie chcę się dowiadywać. Mała szansa, że pani grająca np w "Dropfleet Commander" i chwaląca się tym rodzinie i przyjaciołom zdobędzie punkty popularności i reputacji na karcie swej własnej postaci.


To nie są znajomi, których chciałabyś przedstawić swoim znajomym.

   Wyobraźmy sobie scenkę, jaka co poniedziałek rozgrywa się w tysiącach biur, urzędów i innych zakładów pracy. Koleżanki opowiadają sobie o minionym weekendzie.


- Byłam na bardzo rozwijającym wykładzie o optymalizacji zarządzania czasem wolnym, wieczorkiem parę sesji e-learningowych z hiszpańskim. A wieczorkiem standard... analizowałam oferty lokat i funduszy. - zwierza się biznesowa Beata. Jej koleżanki myślą z podziwem "Chciałabym być tak zorganizowana i wytrwała jak ona".


- Znów byliśmy u rodziców. Marysia i Antoś bawili się z Józiem i Jasiem - a Ania, moja siostra znów jest w ciąży! Mama zrobiła swoją szarlotkę i oglądaliśmy filmy i zdjęcia z najnowszego USG. Marcin z tatą wypróbowali nowe przepisy na grilla, było pysznie... Aż żal było wracać - snuje wspomnienia rodzinna Renata. Reakcje pokoju: "Chciałabym mieć tak udaną rodzinę jak ona".


- Nie powinnam zaczynać weekendu od festiwalu degustacji piw wegańskich, ale Miguel tak namawia, że nie potrafię mu odmówić. No i tak trafiliśmy na koncert "Dead Boys", bandu doom dark disco polo, o którym pewnie nigdy nie słyszałyście... Niedziela to czilaut, zbawix i festiwal niemego kina sudańskiego - chwali się alternatywna Alicja. Jej koleżanki chciałby mieć tak ciekawe życie jak ona.


- W Katowicach był turniej bolta, postanowiłam wypróbować moich nowych Rumunów na piechocie. W pierwszej bitwie poszło dobrze, trafiłam na Francję. Ale potem zaczęły się schody, raz pancernych wehrmacht, raz klątwa nieprzyjazny kostek. Suma summarum - wywalczyłam 8 miejsce na 12, na pewno następnym razem wezmę coś z większą ilością ciężkiego sprzętu. - opowiada przejęta bitewniakowa Brygida. Jak łatwo się domyślić, koleżanki myślą już tylko o tym, jakie prezenty kupić na święta.


Nieświadomość nie zwalnia cię z udziału w wyścigu.


  Oczywiście gry bitewne to aktywność ani gorsza, ani lepsza od kibicowania piłkarzom, czytania książek, biegania czy amatorskiej gry na bębnach. Ale jest zbyt niszowa, wielu ludziom po prostu nieznana. Dlatego zajmując się nią, nie ma co liczyć na pochwałę innych, opartą choćby na szczątkowej wiedzy o różnych zaletach tego hobby. Więc po co zajmować się czymś, co wymaga poświęceniu dużej ilości czasu, wysiłku i pieniędzy - i nie dostać w zamian społecznej aprobaty, tego kluczowego (jak sądzę) zasobu? 


Brak korzyści dodatkowych. 


   Dorzucę do wywodu kolejną domniemaną właściwość kobiet: praktyczność, rzekomo większą niż u mężczyzn. Niektórzy twierdzą, że kobiety potrafią lepiej wykonywać na raz kilka czynności, mają bardziej podzielną uwagę i potrafią bardziej adekwatnie kalkulować zyski i straty. Oczywiście to kolejny stereotyp, na każdą perfekcyjną panią domu przypada co najmniej jedna nieporadna męczybuła. Niemniej jednak stereotypy nie biorą się z powietrza.


     A jak mają się do niego bitewniaki? Wszak i to hobby wymaga niezłego zorganizowania, rozplanowania zakupów, malowania. Potem trzeba się nakombinować w trakcie rozgrywki. Problem w tym, że z tą zabawą jest trochę jak ze strzelaniem do rzutków. Nabyte w jej trakcie doświadczenie nie bardzo przydaje się w innych sferach życia. No i nie daj żadnych korzyści dodatkowych. Jeśli biegasz - to oprócz samej czynności biegania możesz liczyć na lepszą sylwetkę, zwiększenie ogólnej wydolności fizycznej i być może lepsze zdrowie. Siedzisz w grupie rekonstrukcyjnej? Najeździsz się po kraju i świecie. A do tego jest szansa że wpadnie parę złotych z okazji występu na jeleniogórskim festynie piwa i chleba, czy czymś w tym stylu. No i kondycja fizyczna też raczej na plus.

Jak widać, planszówki też niosą ze sobą różne pożytki. Przynajmniej dla dzieci.


    Podobnie ma się rzecz z wieloma popularnymi pasjami i sposobami spędzania czasu. Zajmując się nimi, w konsekwencji odnosimy jakieś pożytki na innych polach. Na przykład mamy szansę sobie dorobić, popracować nad swoim zdrowiem, nawiązać przydatne znajomości. A w ostateczności: pochwalić się znajomym i nieznajomym, zyskując ich uznanie i podziw. W przypadku bitewniaków jest trochę gorzej. Jeśli dobrze malujesz figurki, to jest minimalna szansa na malowanie na zlecenie. Ale trudno nazwać to zajęcie opłacalnym. Jeśli chodzi o rozwój sieci kontaktów społecznych - patrz akapit "Gry aspołeczne". Ponadto wzrost wszelkich innych umiejętności związanych z grami figurkowymi przydaje się głównie w samych grach figurkowych. Jest to sztuka dla sztuki. I jeśli nie żywisz szczególnej pasji do tego typu zabawy, to możesz w pewnym momencie zacząć się zastanawiać, czy warto? 


Bo to złe gry są.  

    Ostatni powód, jaki przychodzi mi do głowy, nie jest związany z płcią fanów. Bo jakby nie patrzeć, populacja męskich fanów bitewniaków jest dużo mniejsza, niż męskich fanów planszówek. Więc może to nie wina chromosomów, tylko w samych grach jest coś na rzeczy?

    Co tu dużo mówić - nie są to najbardziej przystępne propozycje na rynku stołowej rozrywki bez prądu. Tygodnie tracenia wzroku i nerwów przy malowaniu, oswajanie się ze złożonymi zasadami, wydatki idące w tysiące. Gdyby zapytać o stereotyp gry bitewnej, to mógłby on wyglądać tak, jak poprzednie zdanie. A wszystko to dzięki niesłabnącej popularności WFB i ewentualnie WH40k... Jeśli ktoś ma tylko taką wiedzę na temat gier figurkowych, to pomimo życzliwego zainteresowania może jednak skłaniać się ku grom tańszym, szybszym, łatwiejszym do opanowania i popularniejszym. 
Tylko jeden obrazek nie jest prawdziwy :(

     

    Stereotyp ten (jak każdy) jest wybiórczy i przez to fałszywy, istnieją przecież proste i tanie gry bitewne. Niemniej jednak ich poważnym ograniczeniem jest monotonna tematyka. Czy to starożytność, czy kraina hobbitów i elfów, czy też może przełom XIX i XX wieku - w każdej jednej grze chodzi o to samo. Nazwa gatunku ("gry bitewne") wszystko nam wyjaśnia. Cały czas ustawiamy figurki na stole i patrzymy, która strona zrobi przeciwnikowi większe kuku. Czasami pojawiają się jakieś urozmaicenia: eskorta VIP lub zaopatrzenia, zdobywanie konkretnych punktów na mapie. Ale zawsze środkiem prowadzącym do sukcesu jest walka. Na mniejszą lub większą skalę. Na bomby atomowe albo na pałki i kamienie. Ale w mrocznym świecie gier bitewnych jest tylko wojna. 

    Podobno większość kobiet stroni od przemocy fizycznej, preferując zamiast tego werbalną i emocjonalną. Gdyby to była prawda, nie czułyby się chyba zbyt dobrze w grach skupionych tylko i wyłącznie na bezpośrednich starciach zbrojnych. Gdyby jednak spojrzeć na rzeczywistość, teza o pacyfizmie kobiet upada w konfrontacji z popularnością wśród nich np sportów walki. A zatem tematyka gier bitewnych nie jest wadą i barierą samą w sobie. Jest nią raczej nuda i brak alternatyw. A co za tym idzie - ograniczenie decyzyjności graczy. W większości planszówek istnieje co najmniej kilka sposobów na zdobycie punktów zwycięstwa. Do tego dochodzi nie raz element negocjacji, układów. 
Na tym tle bitewniaki są po prostu mało atrakcyjne. A już szczególnie dla kobiet.

Dosyć mamy tego, co jest.

    Jeżeli w opisanych powyżej powodach jest choć trochę prawdy na temat przyczyn, dla których dziewczyny a potem kobiety stronią od gier figurkowych, to jednocześnie stanowią one wskazówkę co do tego, jak należy zreformować gatunek, by stał się bardziej przystępny dla płci żeńskiej. 

   Same gry bitewne podlegają ewolucji (o której napiszę innym razem). Jednym z jej kierunków jest opracowywanie tytułów charakteryzujących się prostymi zasadami, mała ilością figurek potrzebnych do rozgrywki i dodatkowymi akcesoriami (żetony, karty) - które odpowiednio zagospodarowane mogą przechylić szalę zwycięstwa. Pisałem już o kilku takich pozycjach: "Project Z", "Warhammer Underworlds. Shadespire", "Wolsung SSG" czy "Test of Honour". Na pewno każda z nich jest bardziej przystępna, niż choćby "Age of Sigmar". A zatem - nadaje się do pokazania przedstawicielce płci przeciwnej (oraz przedstawicielowi płci tej samej). Nawet jeśli nie przypadnie jej/jemu do gustu, to przynajmniej pokaz nie będzie traumą i nie zajmie trzech godzin. A zatem - przyczyni się do wzmocnienia przekonania, że gry bitewne wcale nie muszą być ciężkie.


Im dłuższe włosy, tym lepiej turlają się kostki.

   Kolejne zadanie leży przed autorami gier i wydawcami - tworzyć takie tytuły, które urozmaicają bitewnikową sztampę. Może jakiś kooperacja lub multiplayer z negocjacjami? Na pewno da się napisać reguły, które wzbogacą walki figurek o jakieś fajne elementy. Najlepszym przykładem jest tutaj "Spartacus. A game of blood and treachery". Może tylko za dużo w nim negatywnej interakcji... Ale już w dodatkach do "Frostgrave" można znaleźć całe kooperacyjne kampanie.

   Być może pomocne byłoby umieszczenie w grze postaci kobiecych, które służą czemuś więcej, niż nacieszeniu oczu tradycyjnie męskiej publiczności. Takich, z którymi mogłaby się utożsamić potencjalna graczka: łączących w sobie pewną zwykłość i realizm z ponadprzeciętnymi przymiotami charakteru i umiejętności. Niekoniecznie ubranych w pancerze zwiększające ryzyko bycia zranioną. To już zadanie dla grafików i rzeźbiarzy.


Kto potrzebuje takich kobiecych kosmicznych marines? źródło.


    Ważną kwestią jest też pokazywanie gier bitewnych jako normalnej, popularnej rozrywki, którą zajmują się normalni, kulturalni i sympatyczni ludzie. Wiem, to trudne, ale wszyscy musimy się postarać. Czy to na konwentach, czy na profilach facebookowych, czy na jeleniogórskim festynie piwa i chleba. Tudzież w trakcie relacji z weekendu. Za każdym razem gdy wrzucasz zdjęcia z bitwy na swój profil, docierają one do dziesiątek ludzi. Którzy tym samym oswajają się z bitewniakami. 

Ale czy to się aby opłaca? 

    Czy jest sens walczyć o żeńską klientelę w bitewniakach? Czy nie jest to kolejny wysiłek równie męczący, jak i z góry skazany w najlepszym przypadku na minimalne powodzenie? Może gry bitewne powinny pozostać swego rodzaju ekskluzywnym klubem dla dżentelmenów, gdzie z równą pasją można rozprawiać o różnicach w armiach seleukidzkich i ptolemejskich, jak i śmiać się z dowcipów o blondynkach? 

      Moja odpowiedź jest następująca. Im więcej ludzi gra w gry figurkowe, tym więcej ludzi je projektuje, wydaje i sprzedaje. Im więcej ich powstaje, tym są one coraz lepsze i trafiają w coraz bardziej zindywidualizowane gusta. Im więcej ludzi gra w gry figurkowe, tym łatwiej o znalezienie przeciwnika. Albo o kupno używanej figurki z drugiej ręki. 
Tak czy inaczej - na wzroście rynku skorzystają wszystkie uczestniczące w nim strony: wydawcy, sprzedawcy, wreszcie miłośnicy gier. Dlatego warto zwiększać populację fanów. Na przykład kierując działania popularyzacyjne do środowisk nie kojarzących się do tej pory z tym rodzajem rozrywki. 


Czy jest coś pomiędzy tymi skrajnościami?



Może coś takiego? Dzielne panie w różnym wieku bronią się przed wikingami z narażeniem życia!
  
  W dodatku - to się może udać. W obecnych czasach sztywny podział zajęć na kobiece i męskie (oraz związane z nim potępienie za przekraczanie ról przypisanych własnej płci) wyraźnie słabnie. Coraz częściej widać kobiety przy figurkowych stołach, zarówno w znanych mi sklepach z bitewniakami, jak i na imprezach ogólnohobbystycznych. Może więc warto kuć żelazo, póki gorące? 

  

  

57 komentarzy:

  1. Po co się bronić przed wikingami, jak można (jako dziewczyna/kobieta grająca) samej dowodzić sagową bandą Shieldmaidens ! http://vminiatures.com/image/cache/data/vikings_7-770x600.png
    Szczerze nie wiem jak teraz pleć piękna stoi w bitewniakach ale za moich czasów grania ostrego turniejowego w WFB na początku lat 2000 były 3-4 panie na masterach (tak na 120-140 chłopa), @ grające Wampirami, jedna leśnymi elfami, a jedno miejsce dla różnych pojedynczych pań które się przewijały. Raz kieeeeeedyś w Krakowie z dziewczyną z Lizardmenami grałem jeszcze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Figurki widziałem, są bardzo fajne. Jednocześnie realistyczne - i bohaterskie. Ale czy "Saga" oferuje zasady dla shieldmaidenek? Czy też figurki można wystawić na zasadzie proksów?

      Teraz już chyba nie ma takich dużych turniejów, jak wtedy. A co za tym idzie, i uczestniczek mniej. Ale to nie tylko polska specyfika. Która stopniowo, po malutku ulega zmianie... Ale raczej nie ma co liczyć na 50% kobiet w bitewniakach.

      Usuń
    2. Zasady nie precyzują jaką płeć mają gwardziści/gwardzistki wodza (którego płci też nie określają), więc chyba można grać na standardowych zasadach.

      Usuń
    3. Niby tak... Ale chodziło mi o konkretne reguły poświęcone tej formacji: https://en.wikipedia.org/wiki/Shield-maiden

      Usuń
  2. Z tym "doom dark disco polo" to pojechałeś. Dobry wpis, dzięki! :)
    ps. Moja lepsza połowa na nieśmiałe pytanie czy na płaskich kartonikach pogra ze mną w nową Necromundę zrobiła minę jakbym właśnie oświadczył że bierzemy rozwód a ja już dzisiaj wyprowadzam się do świeżej 20.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mi przypomina tak zwaną technikę drzwi w twarz. Najpierw propozycja nie do przyjęcia, ale pozorna. A zaraz po niej właściwa. Na przykład: "Kochanie, co byś powiedziała na to, bym wyprowadził się do 20-letniej koleżanki?". A potem: "To może chociaż zagrasz ze mną w Necromundę"? Niebezpieczeństwo tylko takie, że może jednak zgodzić się na koleżankę ;)

      Usuń
    2. Tak czy siak win, win ;)

      Usuń
    3. Jestem w takim wieku, że chyba jednak wybrałbym figurki...

      Usuń
  3. Cały tekst dobry ale fragment "- W Katowicach był turniej bolta, postanowiłam wypróbować moich nowych Rumunów na piechocie. W pierwszej bitwie poszło dobrze, trafiłam na Francję. Ale potem zaczęły się schody, raz pancernych wehrmacht, raz klątwa nieprzyjazny kostek. Suma summarum - wywalczyłam 8 miejsce na 12, na pewno następnym razem wezmę coś z większą ilością ciężkiego sprzętu. - opowiada przejęta bitewniakowa Brygida. Jak łatwo się domyślić, koleżanki myślą już tylko o tym, jakie prezenty kupić na święta." kupił mnie na dobre. Po pierwsze formą a po drugie przekazem za nią idącym. Płeć piękna w bietwniakach to dla mnie jak opowieść o Yeti - ktoś coś gdzieś słyszał albo na turnieju w podsuwalskim podjazdowie podgórnym pojawiła się grająca w Infinity koleżanka kumpla który akurat wtedy był w zakopanym... Osobiście znam jedną grającą w AoS`a (nieregularnie) ale zdecydowanie odbiega od wszelkich stereotypów dotyczących kobiet. Wydaje mi się, że o ile faceci garną "swój do swego" i w tej grupie odmieńców czują się dobrze to kobiety tych swoich w bitewniakowym świecie nie mają co za tym idzie czują się wyalienowane w grupie bietwniakowych nerdów a z drugiej opowieści o walce węgierską piechotą z pancernym wehrmachtem nowych koleżanek w pracy/uczelni/szkole też im raczej nie przysporzą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę to tak, że z jakichś przyczyn facetom łatwiej się wkręcić w to hobby i autentycznie pasjonować figurkami, w wszystkich aspektach tego hobby (malowanie, wymyślanie rozpisek, fluff, granie, turnieje). Zastanawiałem się, czemu kobiety nie grają. Ale pytanie o to, czemu faceci grają, jest jeszcze lepsze. Być może wizerunek społeczny nie jest dla nich tak ważny? Chyba jednak nie... Mam parę pomysłów, pewnie za jakiś czas wrócę do tematu.

      Usuń
    2. Myślę że kobietom łatwiej jest się wkręcić w malowanie figurek. Znam kilka które malują i to bardzo ładnie, ale nie grają.

      Usuń
    3. A to w takim razie Panie Well of Eternity polecam wybranie się na General's War do Warszawy ;) Myślę, że można już śmiało powiedzieć, że mamy stałą reprezentację płci pięknej składającą się z niezerowej liczby osób! Z których wszystkie to Pana fanki, które uczyły się grać Sylvanethami z bloga wellofeternity ;)

      Usuń
    4. Mandos - im dokładniej wczytuję się w komentarz, tym bardziej wydaje mi się, że niezerowa liczba osób równa się jeden ;)

      Usuń
    5. To prawda, ale za to jakie aktywne i grające jeden!

      Usuń
    6. Niezerowa liczba fanek rozbawiła mnie niemal tak jak relacja Brygidy :D

      Usuń
    7. Znać w Mandosie talent marketingowca. Myślę, że dałby radę z układaniem haseł do reklam kredytów ;)

      Usuń
  4. Ja się tradycyjnie czepnę jednego detalu: jeśli ktoś chce propagować bitewniaki grą typu Age of Sigmar to niech sobie od razu odpuści. I nie chodzi tu o mój prywatny hejt do tej gry (który generalnie nigdy nie istniał), chodzi o to że pewne gry lepiej się nadają do wciągania ludzi spoza niszy a nie które gorzej, a gry ze stajni GW nigdy się do tego nie nadawały. Jedynie strona wizualna mogła zrobić wrażenie, ale już po 2 turze osoby sceptyczne sobie odpuszczały. Te zasady po prostu nie są stworzone do tego by sprzedawać wargaming jako hobby. Pomyśl sobie o ile inny odbiór może mieć gra np. w Dragon Rampant (i nie, nie chodzi tu o moją sympatię do tych zasad). Same zasady są proste, część decyzyjności zostaje zdjęta z barków graczy za pomocą rzutów, więc i porażka jest inaczej odbierana, a przede wszystkim łatwiej graczy wciągnąć w historię odtwarzaną na stole. Zamiast jakichś specyficznych armii z wymyślonego uniwersum mówisz im że grają w Grę o Tron albo Wikingów i już połowę roboty masz za sobą. "W tym oddziale masz swojego Ragnara, to jest Twoj dowódca, a ten oddział gdzie jest ta figurka podobna do Rollo to są Bellicose Foot, czyli tacy berserkerzy, widzisz mają gołe klaty więc mają słaby pancerz ale za to mocno biją".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie wciągnięto w WFB pokazując jedną bitwę. Uniwersum w ogóle nie znałem, przejrzałem trochę rulebook i wydało mi się wspaniałe. Dobrze zarysowany klimat każdej armii, mroczna atmosfera, niesamowite modele, czego chcieć więcej?

      Za to we wkręcanie ludzi 20+ w AoS to bym się rzeczywiście nie bawił. Wstyd by mi było choćby za te modele.

      Usuń
    2. Jak napisałem już nie raz: uważam AoS za dość skomplikowany system. Dlatego pokazywanie go zupełnym laikom raczej blokuje dostęp nowych adeptów, niż go zwiększa. Dragon Rampant nadaje się lepiej do pokazów. Dwoje ludzi, którzy nigdy wcześniej nie mieli do czynienia, szybko pykną sobie partyjkę, nie pogrzebanie toną zasad specjalnych. W dodatku łatwiej tu o multiplayera. Ale jest mnóstwo jeszcze prostszych tytułów. Np "Test of honour". Czy właśnie "Warhammer Underworlds Shadespire". A AoS przywołałem jako przykład dość popularnego systemu. Który jednak nie ma szans na zdobycie choć 5% popularności popularnej planszówki.

      Usuń
  5. Od rana się zastanawiałem jak będzie z frekwencją komentarzową w tekście bądź co bądź o kobietach :D Słusznie też zgadłem, że większość wpisów jest o Yeti ;)

    Wracając jednak do tematu to moja osobista jest tu naprawdę ciekawym przypadkiem, który w bitewniaki jest dobry, ale mimo to nie przepada za nimi i woli planszówki, w które też jest dobra. Długo próbowałem rozpracować tą zagadkę i wyszło na to, że gry bitewne są mocno po drugiej stronie lekkich i abstrakcyjnych euro-gier ze zbieraniem punkcików i w miarę pasjansowym wygrywaniem. Okazuje się więc, że rzeczona zwyczajnie nie lubi gier mocno konfliktowych z większą ilością negatywnej interakcji... a trudno o więcej negatywnej interakcji niż u nas ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A na facebooku były nawet dwa komentarze od kobiet! Więc może nie tyle "o yeti" co "o Łemkach". Gdzieś tam są, w niewielkiej ilości.

      Co do gier euro - ileż tam jest negatywnej interakcji! Na przykład "Splendor" albo "7 cudów świata - pojedynek". Można sobie dosrywać i szkodzić na wiele sposobów. Ale owe posunięcia nie są ubrane w fabułę mordowania się i ranienia. W abstrakcyjnym układzie gry, wykonując jakieś posunięcie staram się zdobyć przewagę nad przeciwnikiem i pozbawić go pewnych możliwości działania. W bitewniaku będzie do tego dorobiona historyjka o zmasakrowaniu wrogiego regimentu. W pasjansowej grze euro - o zbudowaniu ogrodów lub zaproszeniu do pałacu ważnego arystokraty. Ale sens jest bardzo podobny.

      Usuń
    2. No i właśnie chyba o tę percepcję się rozchodzi zasadniczo. Kobiety nie czują zgrzytu jeśli coś ubiorą w ładne słówka. Dla faceta to raczej jeden pies więc nie widzi sensu w ciuciubabce i oszukiwaniu samego siebie :-)

      Usuń
    3. No moja w Splendor ciśnie konkretnie nawet gdzieś tma ostatnio coś wygrała... ale też wynika to z tego, że planszówki nawet turniejowo są dużo bardziej casualowe - z 16 uczestników chyba może jeszcze tylko jedna czy dwie osoby rozważały w ogóle blokowanie/podbieranie kart przeciwnika a reszta grała może trzeci, może piąty raz ;) Za to za bitewnych czasów nawet jak trafiała na świeżaka to i tak miał już przynajmniej kilkanaście gier na kącie ;)

      No i ta interakcja negatywna to też nie porównujmy... blokowanie kart w Splendorze to ledwo ma jakiś delikatny odpowiednik bitewny... nawet powalanie w Wojnacji jest bardziej agresywne ;) Żeby mówić o podobnym poziomie "interakcji" to trzeba by wprowadzić możliwość przynajmniej niszczenia "kopalni" przeciwnika ;)

      DW

      Usuń
    4. Oprócz blokowania kart jest jeszcze blokowanie żetonów, wybieranie kart "w ciemno" (a rzeczywistości - zgodnie z prawdopobieństwem). Nie znam jeszcze dodatku, ale tam wprowadzono jakiś wątek militarny.
      I chętnie bym poszedł na jakiś turniej bitewniaka, gdzie ludzie grali do tej pory trzy - pięć razy (czyli tyle, co ja :)).

      Usuń
  6. Dobry tekst! W moim otoczeniu od jakiegoś czasu przewijają się wargamerki, mam nadzieje ze ich liczba wzrośnie, bo zauważyłem ze ich obecność łagodzi obyczaje co poniektórych facetów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiający komentarz... Z jednej strony "łagodzenie obyczajów" może wyjść na dobre grającym. Jakoś tak głupio rzucać figurkami o podłogę i wykłócać się o oczko na kostce przy dziewczynie. Ale z drugiej - może właśnie bitewniaki mają być enklawą bezpretensjonalnego, radosnego schamienia? Nie wiem. Jedno i drugie jest chyba potrzebne.

      Usuń
    2. To działa nie tylko na nerdów przesiadujących po sklepach. Wpuść dziewczynę w pokoju pełnego programistów. Nic tylko wziąć popcorn i obserwować :-)

      Usuń
    3. Akurat z gościem, który efekt swojej wielogodzinnej pracy rozwala o podłogę faktycznie niekoniecznie chciałabym grać. Jednak chyba nie jest aż tak źle, bo bitewniakowcy zazwyczaj jednak dbają o swoje figurki jak o własne dzieci... Chyba, że po prostu mam szczęście i na takich ludzi jeszcze nie trafiłam. :P

      Usuń
    4. Też sam się nie spotkałem. Ale w czasach, gdy grywałem jako nastolatek, kłótnie o interpretacje zasad potrafiły być dość ostre. Na pewno byłyby bardziej stonowane, gdyby gdzieś przy stole znajdowała się dziewczyna.

      Usuń
    5. Ee we mnie kolega cisnął kiedyś dredem chaosu ��
      Nijlor

      Usuń
    6. Za dawnych lat były tylko metale....

      n.

      Usuń
    7. Ja widziałam rzucanie, ale to nie ze mną była bitwa. I też gość nie rzucał w przeciwnika, tylko o stół.

      Usuń
  7. Dobry tekst. I to z wielu powodów. To co mi się podoba w Twoich felietonach, to fakt, że nie stawiasz nigdy z góry upatrzonej diagnozy, a starasz się ugryźć problem z każdej możliwej strony prowokując czytelnika do chwili zastanowienia przy okazji przemycając sporo mądrych własnych obserwacji. Tyle słodzenia. Co do meritum, najbardziej chyba trafiła do mnie część, która odnosiła się do social ladder. I to nie tylko w kwestii kobiet! W swoim życiu przewinęło mi się kilka osób (kolegów), którzy byli mega zajarani ludzikami, erpegami i takimi klimatami, ale nie potrafili się przełamać żeby się skusić na wejście w hobby. Woleli np nurkowanie, klub palaczy cygar, cokolwiek, co stałoby się furtką do awansu społecznego i możliwością spotkania kogoś kto pociągnie ich w górę. Bitewniaki nijak w tym nie pomogą. Z drugiej strony znam kilku gości, którzy mimo ekstrawaganckich hobby dali się wkręcić. Prawdopodobnie jest to kwestia tego, jak bardzo ktoś ma wysrane na akceptację swojego otoczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za bardzo miłe słowa :) Mam nadzieję pisać w taki sposób, by móc na nie stale zasługiwać.
      I odniosę się do przykładu kolegi, o którym piszesz. Smutno mi się zrobiło, gdy pomyślałem, że ktoś rezygnuje z własnej pasji, bo nie zapewnia ona uznania otoczenia. Sądzę, że jak się lubi siebie samego, szanuje własne zainteresowania i preferencje, to faktycznie łatwiej znosić ewentualne wyrazy dezaprobaty. Ale to już nie kwestia gier (czy innych hobby), ale domu :(

      Usuń
  8. Hmmm co do tej monotonii... W sumie każde hobby polega na tym, że wciąż robisz coś od nowa i od nowa. Są bardziej i mniej zróżnicowane zajęcia. Jeden lubi skok na bungee, drugi szachy albo dzierganie na drutach. Niezależnie od płci. Jeśli ktoś czyta książki, to bierze jakąś, czyta, kończy, bierze następną itd. Ok, zmienia się fabuła, zmieniają się bohaterowie. Tylko, że ja bym przyrównała fabułę do różnych taktycznych sytuacji na stole, a bohaterów do różnych rozpisek, które mają różne właściwości, mocne i słabe punkty, a w ogóle to można je zmieniać. Już nie mówiąc o tym, że co system to inne zasady, a więc zmienia się świat przedstawiony. Inny przykład - ktoś dba o sylwetkę, ćwiczy w domu, idzie na siłownię itp. Pula ćwiczeń, które są skuteczne, bezpieczne i wykonalne dla szarego człowieka też jest ograniczona, nie mówiąc o wykonywaniu iluś tam takich samych powtórzeń.
    A że trzeba dużo pieniędzy wydać... Niby tak, ale jakby policzyć ile niektóre kobiety potrafią wydać na ciuchy, kosmetyki, kosmetyczki, fryzjerów to by się z tego cała armia do Warhammera uzbierała. xD Oczywiście nie mówię, że kobieta grająca w bitewniaki musi chodzić jak kocmołuch, ale wszystko zależy od priorytetów i zorganizowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Gdybyś nie kupował tych ludzików, stać by Cię było na mercedesa!
      - A ty kupujesz?
      - Nie!
      - To gdzie Twój mercedes?

      Usuń
    2. Jak to gdzie? Na półce z innymi pojazdami czekającymi na pomalowanie ;)

      Choć prawda jest taka, że zanim kupiłem mercedesa na makietę do NST to ten jedyny modern za jaki się zabrałem, umarł niestety śmiercią mocno ostateczną.

      Usuń
    3. NST to bardziej postapo... Swoją drogą system opowiadał o świecie po zagładzie. I sam został światem po zagładzie... Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie kasa, którą władowałem w figurki i nawet porządnie nie pograłem. A makietę robiłem z koparki-zabawki :)

      Usuń
  9. A mi się wydaje, że powód jest bardziej prozaiczny. Faceci po prostu nigdy tak do końca nie dorośleją i tylko wartość zabawek się zwiększa. Świetny tekst.
    P.S. Który z tych sześciu obrazków, prawdy o wargamingu, jest nieprawdziwy? Jak dla mnie wszystkie są do bólu prawdziwe!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś jest na rzeczy... Ale idea czy obserwacja rodzi nowe pytania: czemu nie dorośleją? Czemu kobiety dorośleją? Co to jest dorosłość? Co obie grupy zyskują dzięki temu, a co tracą?

      Nieprawdziwy obrazek to oczywiście ten "What I think I do" :)

      Usuń
    2. Może What society things I do powinno mieć taki sam obrazek co What my mom thinks I do... :)

      Usuń
    3. Patrz a ja się właśnie tak czuję ;)

      Usuń
    4. Ja zgadłem, że ten nie :P

      Usuń
    5. What I think I do jest jak najbardziej prawdziwe!
      Mnóstwo graczy wkręca się w swoje bitwy do tego poziomu. To też fajna część hobby.

      Usuń
    6. Tak! Lecz w moim przypadku na jedną epicką szarżę przypada pięć przypadków wplątania się zastawioną przez wroga zasadzkę, nieskutecznego ostrzału i nieudanej aktywacji kluczowej jednostki :)

      Usuń
  10. Quality wpis :) Moja wieczorna herbatka upłynęła właśnie na nim. Sporo trafnych spostrzeżeń!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że wpis był na tyle poważny, że nie spowodował zadławienia. Swoją drogą komentarz przypomina mi o wieczornym piwie.

      Usuń
  11. Wreszcie sobota i mogę coś napisać. No, aż w nocy spać nie mogłam! ;)

    Na samym początku pragnę powiedzieć to, co już pewnie wszyscy i tak wiedzą: że początki figurkowego hobby mogą mieć spokojnie źródło w chęci podtrzymania więzi z chłopakiem. U mnie też tak było. Jeśli to tylko to, to szybko wygaśnie. Ale jeśli jest szansa wkręcić dziewczynę na serio, może kiedyś i ona będzie wysepką na morzu testosteronu, zupełnie autonomiczną hobbystycznie? ;)

    Wszyscy chyba wiedzą, jak daleko mi do feminizmu, ale choć do skrajności przeciwnej mi na tej osi bliżej, to nie sądzę, by większość kobiet lubiła tkwić w schematach. Tak jak i ja nie lubię. Jestem i do dzieci, i do kuchni, i do kościoła, w każdej z tych przestrzeni jestem sobą, ale mam jeszcze coś poza, na tyle, na ile starcza czasu. Inaczej w wolnym czasie mogłybyśmy tylko przechadzać się po ukwieconym ogrodzie w długiej, powiewnej sukni, z warkoczem do pasa i wiankiem na głowie. Od czasu do czasu - fajnie, ale tak zawsze i wszędzie tylko to?

    Próg wejścia w cokolwiek z zaangażowaniem musi być wysoki. Gdyby tak nie było, mielibyśmy hobby na pięć minut. Są osoby, które tak robiły z figurkami, ale na ogół we wczesnej młodości, mając do dyspozycji bogatych rodziców ;)

    Co do dyskryminacji, to trudno mi się wypowiedzieć. Grałam turniejowo tylko w Mordheim, gdzie prawie wszyscy się znali. W cztery oczy rzadko można się spotkać z dyskryminacją. Prędzej w internecie, gdzie łatwo schować się za avatarem z kucykiem pony. Tam owszem, bywali „obrońcy męskości”, czyli osobnicy, którzy nie chcieli ingerencji kobiet w „swoje” hobby. Może chodziło o „radosne schamienie”, które poruszyliście w komentarzach. Nie wiem. Wkurzało mnie to, jednak po latach zmusiło do refleksji i pomyślałam sobie, że może w ich związkach działo się nie najlepiej i potrzebowali ucieczki? Nie podejmuję się jednak diagnozowania przez internet. W każdym razie nasze turnieje wyglądały raczej przyjaźnie dla kobiet. Jednak od czasu do czasu i na turniejach pojawiały się osobniki z innego świata (sorry, ale na ogół z WFB). Jeden wpadł na pomysł, że zabawne byłoby mnie trzepnąć bacikiem w tyłek. Serio. #MeToo
    Trzeba pamiętać, że dyskryminacja może też być pozytywna, i również może męczyć. Nadmierne komplementowanie kobiety w hobby za sam fakt, że tu jest, nadskakiwanie, usilne próby zatrzymania... najlepiej byłoby wrzucić na luz i po prostu traktować koleżankę normalnie. Większość z nas wchodzi w hobby mając już faceta i nie trzeba nam kolejnego :)

    Co do „gier nietowarzyskich” - i prawda, i nie. Z jednej strony tłumaczenie całej gry i standardowa bitwa zupełnie nie pasują do wieczoru z paczką znajomych niewkręconych w figurki, z drugiej – można zawsze mieć na podorędziu miniscenariusz na jedną makietę i pięć figurek. Jako wprowadzenie. Do tego skrót zasad. Ale nawet to nie ma sensu, jeśli ktoś interesuje się tym tylko grzecznościowo. Może my, kobiety, lepiej wyczuwamy, kto pyta z autentycznym zainteresowaniem, a kto tylko chce odhaczyć uprzejmość i przejść do innego tematu? Chociaż warto przełamywać i swoje schematy myślowe. Może ktoś zechce tylko posłuchać, może nigdy nie zagra, ale też warto wtedy pogadać. U nas niedawno na rodzinnym przyjęciu (akurat tuż po warsztatach malarskich, więc nawet figurkę miałam przy sobie) ogół gości zainteresował się naszym hobby. Mimo to rozmowa okazała się całkiem przyjemna. Oni nie zaczną grać, ale choć na chwilę nie trzeba było lawirować z dala od tematów polityki i religii. My pogadaliśmy o czymś, co lubimy, a wszyscy uniknęli wysypki i bólu brzucha. Win-win.
    (CDN)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do wstydliwych zabaw, to ech, niestety... problem dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Mężczyźni jedynie mają nieco większe społeczne przyzwolenie na „niedorastanie”, którego rzekomym dowodem miałoby być posiadanie hobby innego niż prowadzenie szkoleń biznesowych. Bo nic to, że w domu facet zachowuje się jak kolejne dziecko swojej żony, a nie jej mąż, grunt, że praca jest, a po pracy też jakiś „godny” relaks. To ja już wolę niedorosłego od figurek, przynajmniej mogę się z nim zestarzeć i nie mam ochoty go zatłuc łopatą (przepraszam, trochę mi się agresor włącza na wspomnienie niektórych mądrych tekstów, co niby jest przejawem dojrzałości). Czy kobiety przejmują się bardziej opinią innych? Nie wiem. Kobiety narzucają sobie nawzajem większą presję. Nawet jak facet narzuca presję kobiecie, to w 9 przypadkach na 10 robi to z winy swojej matki ;) Na mój rozum każdej po pewnym czasie powinien się przepalać bezpiecznik i od tego momentu powinna mieć wyrąbane na opinie innych, ale pewnie jednej uda się to mniej, drugiej bardziej. W każdym razie hobby figurkowe nie musi powodować niezręcznej ciszy. Należy zmienić taktykę i pozbyć się wstydu. Mówić o tym normalnie. Mnie koleżanki z parafialnych spotkań mam zapamiętały lepiej po pierwszym spotkaniu dzięki temu ciekawemu szczegółowi mojego życia ;) (a wiecie, jak to na każdym pierwszym spotkaniu gdziekolwiek, weź zapamiętaj imiona wszystkich nowych osób + jeszcze ich dzieci...).

      Korzyści dodatkowe? A gablotki pełne figurek? Kolekcja, która cieszy oko? Makiety? No, można postawić w witrynce ślubny serwis od ciotki Klotki, ale kto nie wolałby armii Wood Elves? Choć fakt, że rozwój umiejętności nie przekłada się na korzyści w codziennym życiu. Nadal nie umiem szyć ani robić na drutach :( I nie mam na to czasu, bo bitewniaki zawsze zabierają więcej. (Ale moją słabością jest też to, że w nocy śpię. Albo usiłuję.)

      Wieczna wojna w grach to nie problem. Może faktycznie brak alternatyw bywa męczący. Chciałoby się czasem pograć kooperacyjnie. Chociaż kobiety też rywalizują. Inaczej niż mężczyźni. Moim zdaniem możliwość spersonalizowania armii/ bandy pod siebie byłaby sporą szansą. Już nie mówię o większej liczbie kobiecych postaci, ale po prostu o jakieś cechy szczególne, które przychodzą z czasem, rozwoje, „hodowanie” sobie postaci. Kampanijne granie w Mordheim dawało pewną namiastkę tego. Jeden bohater był ślepy na jedno oko, drugi kulawy, ale niczego się nie bał, trzeci miał paskudne blizny, a czwarty nienawidził wszystkich niziołków. To już coś innego niż masa takich samych ludków. Skoro licytujemy się, której dziecko ma więcej zębów i wcześniej zaczęło chodzić, to możemy policytować się, której dowódca ma fajniejsze rozwoje. Nawet nie musi być już to koniecznie babska postać (choć wielu by to pomogło). Kooperacja wcale nie jest mocną stroną wielu kobiet, wierzcie mi ;)

      Jest jeszcze jedna rzecz. Ośmielę się ją poruszyć. Czy pytaliście kobiety robiące w figurkach, czy ONE chciałyby mieć w tym hobby więcej koleżanek? Bo to, że mężczyźni się będą starać, to jedno. Od tych nielicznych kobiet wcale mniej nie zależy. To nie jest do końca tak, że każda, która ma to samo hobby, będzie dla drugiej najlepszą psiapsiółą. Może nawet stać się wrogiem (patrz: rywalizacja). Może niektóre z nas wcale nie chcą przełamania swego monopolu, utraty poczucia wyjątkowości? Poznałam kilka dziewczyn w tym hobby i niektóre bardzo polubiłam. Ale inne... no nie da się lubić wszystkich. Jako że aktywnie nie gram, to i nie mam teraz osobiście zdania na ten temat (a nawet nie mam nic przeciwko innym kobietom, bo spotkam je pewnie najwyżej w internecie, a i to pewnie w małym stopniu), ale może jest coś, o czym Wasze grające dziewczyny (siostry, kumpele), Wam nie mówią, ale o czym myślą, kiedy czasem nie mogą w nocy spać. To tak zostawiam dla refleksji ;)

      Uff, wyszło długo, a w połowie w ogóle skasowało mi komentarz i pisałam od nowa, więc jestem dumna, że jednak się udało ;)

      Usuń
    2. Sama masa tekstu sprawiła, że mnie zatkało! Toż to niemal drugi wpis! Ale bardzo za niego dziękuję, wszak jedyny sposób, by dowiedzieć się, co ułatwia, a co utrudnia kobiecie zajmowanie się figurkami, to zapytać.

      Oczywiście nie odniosę się do całości, ale niektóre punkty rozjaśniły mi kilka kwestii.

      Dyskryminacja pozytywna to też dyskryminacja. Nie wiem, jakbym się czuł, gdyby jakieś środowisko traktowało mnie „na specjalnych zasadach” tylko dlatego, że jestem ładny, mam śliczną fryzurę i seksowną sylwetkę... Warto założyć, że kobieta przychodząca grać w figurki przychodzi właśnie grać w figurki, a nie być adorowana. I to właśnie jej dać: rozgrywkę na luzie lub z napinką. A ewentualne flirty odłożyć do czasu wspólnego wyjścia na oglądanie kolekcji znaczków.

      Rozmowa o figurkach z niewkręconymi ludźmi jako normalny temat. Jestem za, to jest genialne! Jak do tej pory, kiedy opowiadałem o hobby ludziom nie mającym o nim zielonego pojęcia, zawsze spotykałem się z życzliwością i zainteresowaniem. Dlatego warto powiedzieć coś więcej, a od czasu do czasu pokazać skrawek klimatu: makietę, figurki, jakieś proste zasady. Nawet nie po to, by wkręcać rozmówcę, ale po to, by miał on szansę poznać naszą pasję – a co za tym idzie, jakąś część nas samych.

      Zajmując się różnicami między kobietami a mężczyznami, między tym co dojrzałe a niedojrzałe nieuchronnie trzeba wyjść poza temat samych figurek. I tym sposobem wpływamy we mgłę... Piszesz o dojrzałości, presji... Trochę trudno mi o generalizację. Raczej mam wrażenie, że każdy człowiek jest inny. Różnią się nie tylko między sobą, ale stają się (prawie) innymi ludźmi w zależności od sytuacji w jakiej się znajdą, towarzystwa z jakim przestają...

      Gry kampanijne – to jest akurat fajna rzecz, niezależnie od płci. Problem robi się wtedy, gdy po kilku bitwach dowódca mojej bandy ma problemy z nerkami i nadciśnienie, podczas gdy młodzik z bandy przeciwnika: magiczny miecz i pancerz podskórny :) Czyli odwieczny problem kuli śnieżnej... Ale zgadzam się, że dodanie fabuły do starć mogłoby je uczynić atrakcyjniejszymi dla kobiet. Dlatego mówię: „Frostgrave” z dodatkami.

      No i ostatni akapit – znów jest coś na rzeczy. Może gdzieś w środku dziewczyny zajmującej się figurkami tkwi potrzeba bycia kimś nietypowym, wyjątkowym. Może ma właśnie dosyć schematów, a nawet ceni sobie pewną oryginalność? To może powiedzieć tylko ona sama – o ile jest tego świadoma, i zdecyduje się mówić...

      W sumie moje postrzeganie bitewniakowego hobby jako zdominowanego przez facetów nie jest w stu procentach adekwatne, skoro pod tekstem pojawiły się aż dwie wypowiedzi kobiet, i to bardzo rozbudowane. Dziękuję!

      Usuń
  12. Bardzo dobry artykuł - kilka innych już przeczytałem, ale ten jest pierwszym, który komentuję ;) Można uznać, że ładny temat temu sprzyja :P

    Ja w swojej przygodzie z bitewniakami miałem szczęście zagrać w niemal każdym z bitewniaków z jakąś przeciwniczką - zarówno w WH40K, jak i w LotRze, a ostatnio w Infinity (choć nie bezpośrednio przeciw Pani, ale drużynowo). Tak czy inaczej spotykałem niewiasty w tych różnych bitewniakach, ale zawsze były to wyjątki potwierdzające testosteronową regułę.
    Moja żona, która regularnie oklepywała moich konfrontacyjnych Wolfenów Alchemikami w zaciszach domowych, na turniejach nie chciała nigdy grać. Choć ogarniała zasady różnych bitewniaków, czasem lepiej od graczy, a i zazwyczaj była i jest ze mną na wyjazdowych turniejach i turla kostkami (czasem przez to mocno na nią narzekano :P), czy też pomaga organizacyjnie jako sędzia techniczny na dużych turniejach pomorskich.
    Sama odmawiała gry głównie z tego względu, że nie ciągnęło jej do tego typu rozrywki. I nie lubi przegrywać ;)

    Rozmawialiśmy zresztą nie raz na temat kobiet i ich hobby i sugerowała też, że panie rzadziej miewają takie hobby, którym się mogą naprawdę poświęcać. Nasze zainteresowanie wymaga jednak sporej ilości energii i czasu. Może to i racja, że to faceci częściej mają jakieś pasje.
    Myślę, że z czasem będzie się to zmieniać, bo i równouprawnienie sporo poprawia w tym względzie - nie powinno być tak, że facet pracuje i po fajrancie jest wolny, weekend ma cały na granie, natomiast jego partnerka jeszcze gotuje, sprząta itp. I piszę to jako facet :P Myślę (mam nadzieję?), że podział obowiązków i pewne odciążanie kobiet może wpłynąć pozytywnie na rozwój ich zainteresowań.
    Zobaczymy za kilkadziesiąt lat :P


    PozdRawiam

    KędzioR_vo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jakoś nie wyszło to wprost z tekstu, ale też jestem za taką wizją równouprawnienia. Jeśli kobieta nie lubi gotować, prać czy sprzątać, nie musi tego robić. Może albo uzgodnić sprawę ze swoim chłopakiem /mężem, by oboje byli zajęci pracami domowymi w odpowiadającym im stopniu. Albo, jeśli budżet pozwala, jeść na mieście czy kupować jedzenie na wynos. Najlepiej zaś by było, by oboje zarabiali na tyle dużo, by mogli sobie pozwolić i na hobby (niekoniecznie figurki) oraz na zlecanie innym prac domowych (i godziwe płacenie za nie). Niby myślenie życzeniowe, ale 250 lat temu zniesienie pańszczyzny też wydawało się niemożliwe ;)

      Jeśli chodzi o pasje kobiet, to moim zdaniem takie zjawisko też występuje. Tylko że są to pasje bardziej aprobowane społecznie: sport, muzyka, film, rękodzieło, sztuka.

      Usuń
  13. Świetny post. Czytałem z wielka przyjemnością :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Znakomity post, widać, że poparty poważnymi przemyśleniami.

    Pzdr, LordD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem, czy takimi poważnymi? Brakuje tu oparcia się na badaniach, odniesienia do teorii. Ot, takie luźne rozważania przy piwku. Tylko bez piwka :(

      Usuń