czwartek, 5 kwietnia 2018

Misjonarze bitewniaków. O popularyzowaniu gier figurkowych.

   
    Po przedstawieniu kilku gier pora wrócić do tego, co bitewniakowe pogranicza oferują w szerokim zakresie: do domorosłej socjologii, psychologii i marketingu dotyczących gier bitewnych. Pisałem już o progu wejścia, dziś chciałbym powrócić do tego tematu, ale spojrzeć na niego od przeciwnej strony. 
    
    To że gry bitewne wymagają od swych użytkowników większego zaangażowania niż seriale czy planszówki - każdy wie. W zasadzie, gdy wziąć pod uwagę, ile trzeba wydać pieniędzy, ile trzeba się namęczyć z tymi ludzikami, a potem jeszcze wkuwać zasady, często równe złożoności kodeksom i ustawom... Aż dziw bierze, że ktokolwiek chce się brać za gry bitewne. A jednak, wbrew temu wszystkiemu, ludzie angażują się w to hobby. Mozolą się z zakupami, by później przepędzać dni na malowaniu - i by wreszcie zagrać. Dlaczego to robią? Jak są do tego zachęcani?

     Musiałem odpowiedzieć na to pytanie sam sobie. A najłatwiej to zrozumieć, gdy dostrzeże się, co było moim własnym magnesem ciągnącym mnie do ludzików. I chyba wiem... To była obietnica. Kiedy tak patrzyłem, jako nastoletni szczyl na te zdjęcia kolorowych figurek, na grafiki przedstawiające potwory z piekła rodem gromione przez muskularnych herosów z wielkimi mieczami, odzianymi w futrzane majteczki - wierzyłem, że ja też mogę się przenieść do świata mocy i magii. Że wszystkie te przygody, walki i cuda mogą przydarzyć się i mi. Niczym bohaterowie "Trzech stygmatów Palmera Eldritcha": pobawię się odpowiednimi laleczkami i dzięki temu przeniosę się do ich świata. Obietnice tą najbardziej kusząco składały zdjęcia bitew. Wymyślone miniaturowe pola, wioski i lasy były areną, na której śmiertelny bój toczyły armie rycerzy, orków i szkieletów. Ogromne smoki ziały ogniem, a z palców czarnoksiężników strzelały błyskawice. Jak można było mieć kilkanaście lat i się tym nie zajarać? O ileż bardziej atrakcyjne są fikcyjne konflikty fikcyjnych państw i stworzeń niż konfrontacja z wyzwaniami codzienności, tak zwanym życiem prywatnym, rodzinnym i zawodowym? 

To była miłość od pierwszego wejrzenia...


   Oczywiście gry figurkowe to eskapizm w klasycznym tego słowa znaczeniu. Ale eskapizmem jest spora część kultury: obrazy, muzyka, książki, mity... Bez nich życie byłoby monotonne, a wszelka ekscytacja związana równałaby się osobistemu ryzyku. Nie po to ludzkość weszła w erę ponowoczesną. 

   Gdy jednak zdjąć z bitewniaków całą tą otoczkę klimatu, powiedzieć prawdę o tym, że z gier tego rodzaju można cieszyć się w pełni (piękne makiety, pomalowane figurki, dobre opanowanie zasad) dopiero po miesiącach wysiłku... Wtedy wielu ludzi odpadłoby w przedbiegach. Samo zaś hobby zwiędło by i zmarniało, dołując do poziomu popularności mongolskich śpiewów gardłowych. 
By tak się nie stało, konieczne jest ciągłe składanie opisanej wyżej obietnicy. Nie można ustawać w kuszeniu pięknymi rysunkami i jeszcze lepszymi modelami. Nie wolno ustawać w stwarzaniu wrażenia, że każda partia gry figurkowa to jedna z pięciu najbardziej ekscytujących i euforyzujących rzeczy na świecie. W przeciwnym wypadku bitewniaki zanikną zarówno jako biznes, jak i gałąź ludzkiej aktywności. 



   I dziś będzie właśnie o tym popularyzowaniu. Nie będę apelował "Niech nas zobaczą z naszymi ludzikami i miarkami", bo nie jestem pewien, czy gry bitewne to rzeczywiście najlepsze, co spotkało świat od czasu antybiotyków i przemysłowej produkcji żywności. Osobiście oczywiście uwielbiam figurki i myślę o nich dużo (być może za dużo), ale nie ubóstwiam ich na tyle, by ustawowo zmuszać na przykład do "Bolt Action" całą młodzież uczącą się w szkołach średnich. Choć na pewno wsparcie z publicznego budżetu pomogłoby hobby, tak jak pomaga tysiącom innych dziedzin życia i biznesów. 

Zamiast tego przyjrzę się fenomenowi popularyzowania gier bitewnych. Kto się tym konkretnie zajmuje? Z jakich środków korzysta? Jakie osiąga rezultaty? Jaki ma w tym interes? Lupy w dłoń, zaczynamy analizę!

Megakorporacja i firmy garażowe.
Międzynarodowy koncern i tylko jedno piętro biurowca? Toż to Pol - Janex!

  Spośród wielu tak zwanych podmiotów zaangażowanych w figurkowe hobby wydawcy mają najbardziej oczywisty powód, by prowadzić działania marketingowe i popularyzacyjne. Opracowanie prostych, emocjonujących ale też realistycznych i zbalansowanych zasad, oraz wyprodukowanie klimatycznych i dynamicznych, ale tanich figurek, tylko po to, by potem zamknąć się w domu i czekać na nabywców, to prosty sposób na biznesowe samobójstwo.
Dlatego właśnie wydawcy muszą aktywnie popularyzować swoje produkty. W przeciwnym razie zmuszeni będą żyć z pisania książek kucharskich, albo z jeszcze gorszych rzeczy...

  Klasyczne kanały reklamowania produktów: telewizja, radio, gazety wyjątkowo nie sprzyjają zachęcaniu potencjalnych klientów do gier bitewnych. Koszt ogłoszenia w tych mediach jest wysoki, a w dodatku trafią one w większości do ludzi, którzy z różnych względów nie wejdą w to hobby. Pewnym wyjątkiem są magazyny specjalistyczne. Na przykład "White Dwarf" albo "Wargames Illustrated" (lub bardziej nowocześnie "Beasts of War"). Reklamy na łamach tych magazynów z pewnością dotrą do potencjalnie zainteresowanych. Szkopuł tylko w tym, że prasa papierowa jest w odwrocie. Coraz mniej ludzi kupuje gazety, skoro te same informacje można uzyskać przez internet. W dodatku szybciej, więcej, za darmo i z komentarzami publiczności. 

    Internet wydaje się być idealnym rozwiązaniem dla kogoś, kto chce wypromować swoją grę. Można zrobić na przykład kampanię na kickstarterze, zamieścić w niej chwytające za serce filmiki, obrazki podkręcające emocje, przychylne recenzje i opinie, oraz obietnice jeszcze większej ilości zabawy za tą samą cenę! Gdy ma się już gotowy produkt, można wrzucać informacje o nim na własną stronę, na odpowiednie fanpage'e na fb, na fora.I nie tylko informacje. Równie dobrze - albo nawet lepiej - przyciągną graczy filmiki, grafiki, zdjęcia. A to wszystko za bardzo małe pieniądze? Czyżby idealne narzędzie marketingowe?

A tu jeszcze jedna możliwość: kampania promocyjna kampanii kicstarterowej.


   Oczywiście nie do końca. Z mojego punktu widzenia ma ono dwa podstawowe ograniczenia. Pierwsze wynika ze sposobu w jaki ludzie korzystają z sieci. W teorii pozwala ona na dostęp do niemal nieskończonej ilości informacji, opinii, idei ze wszystkich dziedzin, z całego globu. W praktyce jednak typowy użytkownik, dysponujący ograniczoną ilością czasu porusza się w ramach tak zwanego bąbla informacyjnego. Odwiedza regularnie kilkadziesiąt stron, od których oczekuje konkretnego rodzaju kontentu. Z rzadka zapuszcza się w nieuczęszczane na ogół rejony. Proces regularnego poszerzania zakresu odwiedzanych stron postępuje powoli... W efekcie może być tak, że spora część potencjalnych fanów danej gry figurkowej nigdy nie dowie się o jej istnieniu. Weźmy na ten przykład bitewniaka w którym gra się jaskiniowcami; Fredem Flinstone'm i kolegami, ale na poważnie. Czy na sali jest ktoś, kto chciałby zagrać w polowanie na mamuta i czystki rasowe, których ofiarą padną neandertalczycy? Jeśli tak: to jaki system by się do tego nadawał? 
Oczywiście takowy istnieje, tylko mogliście o nim nie słyszeć. Nawet jeśli interesujecie się figurkami. A to wszystko właśnie przez ów poznawczy terytorializm. W jego ramach łatwo dotrzeć za pomocą internetu lub czasopism do ludzi, którzy już siedzą w figurkach, i zachęcić ich do własnych produkcji. Trudniej natomiast dotrzeć do tych, którzy z figurka bitewniakami nie mieli do tej pory nic wspólnego.

   Drugi minus internetu (z punktu widzenia wydawcy), to brak pełnej kontroli nad przekazem. Przygotowując filmik czy fotostory możemy się natrudzić, nastarać - ale w rezultacie stworzyć sugestywną obietnicę fantastycznej przygody (o której pisałem powyżej). A tu przyjdzie jeden z drugim, Damian z Matim, i kilkoma głupimi komentarzami zniszczą nasze arcydzieło marketingu. Śmieszek puści mema ze space marines'ami i nosaczem, koneser napisze, że "Beyond the Gates of Antares" ma lepszą i szybszą mechanikę, a handlarz wystawi ofertę swoich używanych modeli. I precyzyjnie skonstruowany przekaz zostaje mocno zanieczyszczony. To bardzo niemiła sytuacja, szczególnie gdy zależy nam na sprzedaży naszego produktu. Można oczywiście nie stwarzać możliwości komentowania albo stosować cenzurę. Ale te działania są skuteczne jedynie na krótką metę, prędzej czy później wykwitnie jakieś forum wymiany myśli, którego nie będziemy w stanie kontrolować. A na nim pojawią się wypowiedzi zniechęcające do wydawanych przez nas tytułów.

Nakręciliście się na IronJawz? Bo ja tak średnio. źródło.


   Na ile jednak taka sytuacja szkodzi lub pomaga popularyzacji figurkowego hobby jako całości? Z braku rzetelnych (lub jakichkolwiek innych) badań muszę zdać się na swe wrażenia. Osobiście lubię śledzić różne przekazy różnych wydawców. A czytanie komentarzy sprawia, że owo śledzenie jest jeszcze przyjemniejsze. Z niektórymi się zgadzam, z innymi nie. Ale zawsze odnoszę wrażenie, że społeczność żyje, i jest zaangażowana w to, co dzieje się w figurkowym światku. A skoro ludziki budzą takie emocje - to pewnie rzeczywiście są czymś poruszającym, i warto się z nimi skontaktować, gdy ma się ochotę na małą i tymczasową ucieczkę od codzienności.

   Wydawcy gier bitewnych mogą uczynić dla popularyzowania hobby znacznie więcej, niż umieszczanie w sieci obrazków, filmików i zdjęć. Nie siląc się na wymyślanie metod występujących bardzo rzadko (np. ustawiony skandal: "Doda podaje prezydentowi kawałek tortu, a do pośladków ma przylepionych stormcastów! Cała Polska o tym mówi!") wskażę na dwie dość często stosowane. Wydaje się, że przynoszą one pewne pozytywne efekty.

   Pierwsza opcja to projektowanie atrakcyjnych produktów. Przy czym chodzi mi tu o atrakcyjność na pierwszy rzut oka. O tym, że zasady są dobre (lub słabe), a malowanie modeli to czysta przyjemność (lub koszmar) okaże się dopiero po zakupie i po kilku tygodniach użytkowania. Żeby w ogóle do tego doszło, najpierw musi dojść do zakupu. Starter, podręcznik czy pudełko z figurkami musi wyglądać jak milion dolarów i wołać do dzieciaka ukrytego w każdym z nas: "Psst! Chcesz przeżyć epicką przygodę?". Stąd właśnie te wszystkie kozackie grafiki, wielkie pudła, tomiszcza wielkości encyklopedii elektryzujące loga i błyszczący lakier. W zasadzie taka forma sprzedaży jest zbędna, a nawet generuje dodatkowe koszty (artyści - graficy i rysownicy, kłopotliwe opakowania). Mimo to występuje ona dość często, i jest stosowana w pewnym zakresie nawet w blisterach. Odejście od tego zwyczaju jest rzadkością w świecie gier figurkowych. 

Czy to działa? Myślę że tak. Kolorowe opakowanie przykuwa wzrok klienta, obrazki od razu wkręcają w klimat systemu. Co prawda intensywnych bodźców wizualnych jest dziś mnóstwo, a co za tym idzie, siła oddziaływania poszczególnego obrazka słabnie. Ale szare czy srebrne figurki pakowane w woreczki strunowe wyglądają mało zachęcająco, podobnie podręczniki w formacie zwykłej książki i z burą okładką.

Jak widać, nie warto odstawiać konia, który wygrywa gonitwy.


   Druga metoda popularyzacji gier bitewnych to prezentowanie ich na różnego rodzaju imprezach. Najbardziej oczywistym krokiem jest wystawienie się na konwencie poświęconemu właśnie bitewniakom. Ale jeszcze lepszym pomysłem jest przygotowanie pokazu na evencie poświęconemu szeroko rozumianej fantastyce i grom. Czy wreszcie obecność na imprezach bardzo odległych tematycznie o gier bitewnych, a jednocześnie takich, które od biedy można by skojarzyć z tym hobby. Na przykład na targach książki, wydarzeniach modelarskich czy rekonstruktorskich. Oczywiście wydawcy nie są w stanie obstawić każdych jednych Dni Międliszewa czy Świąt Kartofla. Tego rodzaju firmy to najczęściej kilkanaście osób, które mają sporo rzeczy do ogarnięcia. Na występy na wyjeździe nie zawsze wystarczy zasobów ludzkich.
A przecież nic bardziej wciągającego w figurkowy świat, niż widok stołu zastawionego makietami i pięknie pomalowanymi figurkami! Nie ma bardziej efektywnej metody nauki zasad niż tłumaczenie ich na żywo przez eksperta. Podczas takiej prezentacji można pokazać potencjalnym hobbystom to, co w danym systemie najlepsze i jednocześnie odsunąć na bok mankamenty (np pracochłonność przygotowania figurek). W dodatku mogą zobaczyć ją ludzie, którzy nigdy wcześniej nie słyszeli o tego rodzaju rozrywce. 

   Oczywiście tego typu przedsięwzięcie ma swoją istotną wadę. Wymaga poświęcenia dużych ilości czasu - samo obstawianie imprez fantastycznych to przepracowanie połowy weekendów w roku. Tymczasem bezpośredni efekt komercyjny bywa skromny. Figurki i makiety robią na obserwatorach duże wrażenie. Ale niekiedy onieśmielają. Ktoś patrzący na pięknie pomalowane modele może pomyśleć: "To nie dla mnie, nie dałbym rady tak ładnie pomalować tych figurek. No i nie mam cierpliwości...". W efekcie ktoś taki może się zniechęcić i nawet nie spytać o bejcę.
Wydaje mi się, że występy na tego typu imprezach mogą generować potencjalnych fanów i graczy. Czyli osoby, które w danym momencie nie kupią startera i zestawu farbek, ale w ogóle dowiedzą się, że gry figurkowe istnieją. W sprzyjających okolicznościach może zechcieć poszukać większej ilości informacji, a wreszcie wejść w swój pierwszy system. Tylko nie zawsze dzieje się to od razu po ujrzeniu prezentacji. 

Pokaz gry bitewnej na imprezie plenerowej. Dzieci lgną, one szukają... Ciekawe ile z nich dziś siedzi w figurkach? źródło.


Sklepy cytadelowe.

    Nie tylko wydawcy mają żywotny interes w tym, by gry figurkowe były maksymalnie popularne. Zależy też na tym sprzedawcom. W tym momencie nie będę precyzyjnie oddzielał roli właściciela sklepu od człowieka za ladą. W tej branży to często jedna i ta sama osoba. Podobnie jak wydawca, tak i sklepikarz dąży do tego, by gry bitewne (figurki, podręczniki, dodatki i akcesoria) były jak najbardziej popularne. A co za tym idzie: sprzedawały się, generując przychód z marży.

   Sprzedawcy dysponują jednak innymi narzędziami. Oczywiście mają dostęp do sieci - i oczywiście korzystają z niego. Za pomocą profili informują o wydarzeniach mających miejsce na terenie sklepu (turniejach, eventach, promocjach, premierach itp.). Nie mogą jednak zaprezentować własnych produkcji, muszą wystawiać to, co wypuści spod swych skrzydeł wydawca, a najczęściej różni wydawcy.

Czasami warto dostrzec, że poza Warszawą też są sklepy. Ten obrazek pokazuje, że sklep jest zdany na aktualną ofertę wydawniczą.


   I tu zaczyna się pierwsze wyzwanie: wystrój sklepu. Z jego pomocą można zachęcić klientów do hobby. Nie chodzi mi tu bynajmniej o odremontowane wnętrze oraz czyste ściany i podłogi. Choć te oczywiście też nie zawadzą... Mam raczej na myśli ekspozycję figurek w warunkach docelowych. Czyli wystawienie kilku stołów z makietami i figurkami gotowymi do stoczenia szybkiej potyczki. Im lepsze makiety, im ładniej pomalowane modele - tym większy ich potencjał kuszący. Warto też ustawić małe dioramki na wystawie, by nawet przypadkowi przechodnie mogli zahaczyć na nich oko. Jak już wspomniałem, sądzę że właśnie takie widoki: stół z makietami i walczące figurki najbardziej zachęcają do hobby.
Skorzystanie z tej metody promocji gier niesie ze sobą pewne ograniczenia. Stoły używane do gier są na ogół duże, powierzchnia użytkowa tego rodzaju sklepów na ogół mała. No i w sytuacji, gdy w danym sklepie prowadzi się sprzedaż kilku różnych systemów, utrzymanych w różnym klimacie, stołów może być zbyt mało, by móc prezentować wszystkie gry jednocześnie. Wtedy pozostaje mieć na podorędziu zestaw odpowiednich makiet, modeli, mat - oraz zręczne ręce, by móc to wszystko szybko podmienić wedle potrzeb.

   Jednak nawet marmurowe posadzki oraz modele i tereny na poziomie 9,5 w skali CMoN nie są wszystkim, co może zrobić sprzedawca, by zmienić potencjalnego klienta w klienta realnego. Moim zdaniem bardzo ważną rzeczą jest udzielenie takiemu nowicjuszowi wszelkiej pomocy w wejściu w hobby. Czyli poznanie jego potrzeb odnośnie gier figurkowych: czy woli systemy historyczne, czy raczej fantasy? Armie idące w setki modeli, czy też skirmishe? Ile czasu i pieniędzy jest w stanie poświęcić na hobby? Jakie są jego ambicje malarskie? Mając tą wiedzę, można zaproponować system najlepiej dopasowany do tych potrzeb - co z kolei wzmocni zaufanie klienta do sprzedawcy. I zwiększy prawdopodobieństwo, że nowy hobbysta nie porzuci swej nowej pasji zbyt prędko.

Figurki drogie, bo to system z wyższej półki.

  I tu może pojawić się konflikt pomiędzy popularyzowaniem gier a rachunkiem ekonomicznym. Sprzedawca może mieć dylemat: widzi, że nastolatkowi, który go odwiedza, na początek w zupełności wystarczyłaby do zabawy na przykład "Wojnacja" albo "Gaslands". Ale na półce zalegają zestawy "Start Collecting!" do "Age of Sigmar"... I co tu zrobić? W jakim kierunku obrócić jego figurkowy popęd? Popularyzowanie gier to jedno, ale przecież trzeba zarobić na czynsz i pensję. 
Nie potrafię powiedzieć, co należy wybrać w takie sytuacji. Oczywistym dla mnie jest, że sklep prowadzi się po to, by sprzedawać zakupiony wcześniej towar. Zresztą szersza działalność informacyjna spoczywa w rękach innej grupy - o której napiszę później. Na razie chcę tylko zaznaczyć, że taki dylemat funkcjonuje. Sprzedawca jest zmotywowany nie do tego, by zaproponować klientowi najbardziej odpowiadający mu system - ale do tego, by zaproponować najbardziej odpowiadający z będących obecnie na stanie sklepu. Miejmy więc nadzieję, że asortyment na półkach jest szeroki i różnorodny.

   Kolejna rzecz mogąca poprawić popularność gier bitewnych, to coś, co nazwałbym serwisem pozakupowym. Czyli wsparciem dla nowego fana, który jest na początku swej drogi hobbystycznej. I może z niej łatwo zawrócić, biorąc pod uwagę to, jak wiele wysiłku trzeba włożyć w przygotowanie modeli i pierwsze partie. To co zazwyczaj robią sprzedawcy, to udostępniają miejsce do grania i instruktaż. Coraz częściej słychać też o organizowaniu warsztatów poprawiających umiejętności malarskie czy sesjach wspólnego malowania figurek. Tego typu działania nie przynoszą bezpośredniego dochodu - ale pośredni, moim zdaniem, już tak. Początkujący bitewniakowiec ma świadomość, że zawsze może liczyć na pomoc. Że zakupione ludziki nie muszą zbierać kurzu w szafie, bo jest miejsce, gdzie można się umówić na granie.

   Sęk w tym, że takie wsparcie może być wykorzystywane przez bardziej zaawansowanych fanów. Oczywiście nic w tym złego (jeśli za priorytet uznać przyciąganie do hobby zupełnie nowych osób) tak długo, jak jest miejsce i uwaga dla tych, którzy dopiero zaczynają.

Friendly Local Game Store - istniej naprawdę! źródło.

   Czy sprzedawca figurek może zrobić coś jeszcze? Niektórzy wyruszają ze swymi stoiskami na konwenty (podobnie jak wydawcy), prowadzą aktywną politykę informacyjną w internecie (podobnie jak wydawcy) czy organizują eventy z myślą o nowych fanach. I nie chodzi mi tu tylko o szkolenia, ale też np. o promocje na starter. Do tego udostępnianie stołów i makiet. To chyba wszystko. No może jeszcze taki detal, jak umiejscowienie sklepu. Najlepiej by był on w miejscu, obok którego przechodzi mnóstwo ludzi; im więcej ich, tym więcej może zaczepić oko na figurkach a następnie zainteresować się bardziej. Ale lepsza lokalizacja to wyższe koszty czynszu. A te mogą być niemożliwe do opłacenia, gdy dochód czerpie się z gier bitewnych.

Sól tego hobby.

    Powyższe dwie grupy zapewne siedzą w figurkach z pasji, ale oprócz tego mogą liczyć na pewien umiarkowany zarobek. Natomiast fani poświęcają swój czas, pieniądze, narażają się na konflikty z otoczeniem i urazy fizyczne tylko po to, by zadośćuczynić swej wielkiej acz nieraz trudnej miłości do miniaturowych ludzików. I też, na swój specyficzny sposób przyczyniają się do tego, że o bitewniakach dowiaduje się coraz większa grupa ludzi.

    Fani są jednak grupą niejednorodną. Mniejszość to fani zaangażowani. Ludzie, którym bardzo się chce. Niespełnieni społecznicy, którzy miast walczyć o instalację sygnalizacji świetlnej na przejściu dla pieszych czy miski z wodą dla psów, zrzeszają się w kluby, organizują konwenty, turnieje, czy prowadzą blogi.
Tego typu działania mogą odgrywać kolosalną rolę popularyzacyjną. Najlepszym przykładem niech będą tutaj "Gry Bitewne w Sukcesji". Połączone siły łódzkich fanów doprowadziły do tego, że bitewniaki weszły z buta w tak zwaną przestrzeń publiczną. Przez cały weekend ludzi odwiedzający centrum handlowe mogli oglądać. To przykład bardzo spektakularnej i nietypowej (ze względu na miejsce i formę) akcji. Ale jest ich więcej, do niektórych można się tak przyzwyczaić, że się ich nie zauważa. Chodzi mi tu o wszystkie stanowiska na konwentach. Na przykład "Gladius" został w dużej mierze zorganizowany właśnie siłami fanów. W trakcie takich wydarzeń miłośnicy danej gry równie chętnie jak wydawcy czy sprzedawcy nauczą jej zasad. A oprócz tego poinformują o tak zwanej scenie: gdzie można się umówić na granie, z kim, jak wyglądają turnieje, na jakie strony warto wchodzić. Oraz mogą podpowiedzieć, jak najkorzystniej kupić figurki. 

Chłopczyku, powtarzaj za mną: "Krew dla boga krwi! Czaszki do tronu czaszek! Śmierć fałszywemu imperatorowi!"


  I tu zachodzi interesujący paradoks, powiązany poniekąd z motywacją fanów (nie tylko zaangażowanych). Teoretycznie nie zależy im na zarobku; poświęcają swój czas i energię grze, którą lubią. W praktyce jednak, tak jak wszyscy, i oni są homo oeconomicus. Co prowadzi ich do działań, które mogą ułatwiać nowym adeptom rozpoczęcie figurkowej przygody, ale jednocześnie utrudniać prowadzenie biznesu wydawcom i sprzedawcom. Chodzi mi o zwykłą sprzedaż używanych figurek. Korzystając z rynku wtórnego znacznie łatwiej wejść i utrzymać się przy ulubionym systemie. Ale przez jego istnienie zmniejsza się sprzedaż nowych modeli, co z kolei sprawia, że mniej pieniędzy można przeznaczyć np na marketing. Dość to zawikłane... I ciężko jednoznacznie określić wpływ tego zjawiska na wzrost lub spadek globalnej popularności hobby. Pod tym względem ma ono swoje plusy i minusy...

  Oprócz animowania środowiska miłośników danego systemu (czy też gier bitewnych wogóle) fani (ci zaangażowani, będący lokalnymi sławami jak i ci, którym wystarczają rozgrywki w domowym zaciszu) są chodzącą reklamą hobby. Wystarczy, że po prostu nie będą go ukrywać. Tylko mówić o nim, tak jak mówi się o zainteresowaniu filmami, podróżami, bieganiem czy crossfitem. Jeżeli jesteś bardzo młodym fanem - być może uda ci się wkręcić kolegów ze szkoły. Ale i dorosły może zrobić to i owo, by narodowi postronni bitewniaki znali. Na przykład Maniex z bloga Maniexite chwalił się prowadzeniem introgamingu dla znajomych z pracy. 
Jeśli ludzie z zewnątrz zobaczą, że jesteś wkręcony w figurki i daje ci to dużo radości, to raczej nie potraktują tego jako dowodu na bycie zdziecinniałym nerdem i fanem kucyków pony. Raczej - przy obecnej szerokiej tolerancji dla różnych nietradycyjnych zajęć i zainteresowań - zaciekawią się na tyle, by poznać choć trochę szczegółów. A od wiedzy do działania jest już bliżej, niż gdyby punktem startowym była całkowita ignorancja w dziedzinie gier bitewnych. 


A historii tej koszulki i tak byś nie zrozumiał... Niemniej jednak opowiem.



Sky is the limit?

   Wymieniłem wyżej kilkanaście metod i działań prowadzących do zwiększania popularności gier bitewnych. Obecnie stanowią one kombinację informowania i marketingu internetowego z osobistą interakcją pomiędzy mocno zaangażowani w hobby, a ludźmi, którzy dopiero mogą stać się bardziej lub mniej aktywnymi fanami.
Nie istnieje żaden Wszechświatowy Komitet Centralny gier bitewnych. A skoro nie istnieje to nie koordynuje działań promocyjnych. Wydaje mi się nawet, że nie są prowadzone bardziej zaawansowane badania marketingowe, sprawdzające, jak efektywny był ten lub inny sposób na zwiększenie populacji fanów. Co więcej: można patrzyć na całość rynku bitewniaków jako na pole konkurencji pomiędzy wydawcami i sprzedawcami o to, kto przyciągnie do swych towarów największą ilość zaangażowanych (tzn. chcących płacić) fanów. I taki punkt widzenia jest uzasadniony. 

   Lecz na wyższym poziomie ogólności wszystkie strony starają się uczynić hobby coraz bardziej różnorodnym, coraz bardziej atrakcyjnym, coraz lepiej dopasowanym do indywidualnych potrzeba graczy. Autorzy, sprzedawcy i fani tak popularnych gier jak "X-Wing" czy "Warhammer 40k" zachęcając nowych ludzi do owych tytułów, budują potencjalną bazę fanów dla bardziej niszowych produkcji lub konwencji (np. wojen napoleońskich w skali 20 mm). Wszak nie jest niczym dziwnym, że zaangażowani miłośnicy jednej gry, nawykli do specyfiki figurkowego hobby prawdopodobnie spróbują nowego systemu, zamiast porzucać ludki i farbki i wejść na przykład w fotografię podwodną.

   Brak ogólnej koordynacji jeśli chodzi o design i popularyzację sprawia, że w efecie rozwój gier bitewnych przypomina ewolucję. Ale nie tą z pokemonów, tylko znaną z przyrody. W jej efekcie powstają gatunki (czyli gry) coraz lepiej dopasowane do swoich nisz (czyli grup klientów). 


Dla każdego się coś znajdzie. Nawet dla miłośników niebieskich żab. A to tylko fragment oferty!


   Jednak, jakby się nie starać, nie puszczać reklam w telewizji i nie sponsorować drużyn piłkarskich: popularność gier bitewnych ma swój limit. Nie jest to hobby dla każdego. Na ten przykład: gra w golfa. Słyszeli o niej chyba wszyscy, a tymczasem zawodników w naszym kraju (nawet amatorów) jak na lekarstwo. Po prostu: i przesuwanie po stole pomalowanych ludzików i wbijanie piłeczki do dziury w ziemi za pomocą specjalistycznej maczugi zachwyci tylko specyficzną grupę ludzi. Kiedyś może wezmę się za portret psychologiczny (potencjalnego) bitewniakowca, dziś poprzestanę na stwierdzeniu, że do długotrwałego zajmowania się tym hobby trzeba mieć pewne wewnętrzne predyspozycje. 

   Gdzie znajduje się górna granica ludzi gotowych do wejścia w figurki? Jak można ją przesuwać? Przy dzisiejszej technice komunikacyjnej zakładam, że została ona prawie osiągnięta. Jeśli kogoś wogóle ciągnie do złożonych, współczesnych stołowych gier bez prądu, to już pewnie o bitewniakach słyszał. A przy możliwościach, jakie daje internet, nic prostszego nad ściągnięcie zasad i materiałów (tak, jak w przypadku "Wojnacji") i zamówienie figurek. 
Nawet gdyby była to prawda, to wcale nie uważam, że można sobie odpuścić nawracanie zbłąkanych duszyczek na drogę plastiku, pędzla i kostki. Dzięki wysiłkom wszystkich wymienionych stron to hobby nie stoi w miejscu. Może nie wszystkie nowe pomysły posuwają naprzód rozwój gier bitewnych, ale czasami wjechanie w ślepą uliczkę też jest potrzebne, choćby po to, by wiedzieć że to właśnie ślepa uliczka. Tak czy inaczej: świeżą krew trzeba wabić czymś atrakcyjnym. Na przypływie nowych hobbystów korzystają zarówno hobbyści starzy, jak i ich dealerzy czy hurtownicy.

ps. Istnieje jeszcze jeden sposób na zwiększenie popularności zabawy, opisany tutaj. 





   












27 komentarzy:

  1. Jak zwykle czytało się rewelacyjnie Gervaz. Ja wraz ze swoimi znajomymi zaczynaliśmy w czasach kiedy internetów po domach nie było (ok. sąsiad z 4 piętra czasami na chwile odpalał modem) a o grach bitewnych wiedzieliśmy tylko tyle że są niebotycznie drogie. Będąc w jednym ze sklepów w Katowicach chyba nazywał się ONO dostaliśmy broszurkę z WFB i tak się zaczęło. Fakt faktem iż w hobby wskoczyliśmy dopiero po kilku latach od pierwszej konfrontacji z grami bitewnymi... ze względów finansowych:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz jest łatwiej. Są startery, zestawy po obniżonych cenach, rynek wtórny. No i praca dająca konkretny, stały dochód :)

      Usuń
  2. Fajny tekst :) aczkolwiek w tym zdaniu "Tego rodzaju firmy to najczęściej kilkanaście osób, które mają sporo rzeczy do ogarnięcia. Na występy na wyjeździe nie zawsze wystarczy zasobów ludzkich." wyrażasz bardzo głęboką wiarę w świat wargamingowy :D Większość firm z branży to liczba osób, którą jest w stanie pokazać na palcach jednej ręki drwal z wieloletnim stażem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A więc jest jeszcze trudniej, niż myślałem. Zresztą skromna siedziba GW powinna dać do myślenia... Albo Twój komentarz nt. dojazdu braci Perry na Salute. Jednym słowem - ciężki kawałek chleba.

      Usuń
    2. GW ze swoim pałacem jest jedno, reszta firm nawet tych wydawać by się mogło rozpoznawalnych, to garażowe projekty...

      Usuń
    3. Tylko że ta rozpoznawalność to rzecz bardzo względna i ograniczona. W naszym getcie WArlord Games to duża firma. Ale ludzie nie będący fanami gier bitewnych mogli o niej nie słyszeć.

      Usuń
  3. Chyba łapię się do którejś z opisanych wyżej grup, tej ostatniej, fanowskiej. Nie mogąc brać udziału w turniejach, zacząłem je... organizować :) Do tego liczne pokazy gdzie się tylko dało, bo zwyczajnie sprawia mi to radość. A wkręcić się można wszędzie: byłem już kilkakrotnie w pasażu centrum handlowego, w szkołach (jedno będzińskie liceum zaprosiło mnie właśnie po raz kolejny na swoje dni otwarte), na imprezach plenerowych. Nie wiem, jaki jest tego efekt 9choć parę osób udało się zarazić), ale dla mnie dużo funu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już zrobiłeś całkiem sporo! O to właśnie mi chodzi, bez takich działań to hobby nie tylko nie pociągnie, ale na dłuższą metę może nie przeżyć. Za dużo teraz atrakcyjniejszych alternatyw. Nawet nie chodzi mi o gry na komputery/telefony - ale o planszówki z figurkai w stylu "Blood Rage" albo "The Others: 7 Sins".

      Usuń
  4. "Pożyczyliście" nasze zdjęcie ;) Trochę jesteś w błędzie z myśląc, że granica została osiągnięta jeśli chodzi o bitewniaki. Ostatnio np. zgłasza się do nas cała masa firm szkoleniowych która chce na swoich szkoleniach pokazywać gry figurkowe. Uważają, że mogą one nauczyć ludzi innego myślenia, strategii, zarządzania itp. Nowych tematów związanych z propagowaniem hobby jest coraz więcej. My zaczynamy od podstaw, a więc szkoły i gimnazja. Tam robimy dzieciakom warsztaty modelarskie, malowanie i sklejanie oraz podstawy prostych gier. I to działa bardzo dobrze. Oprócz tego ważne jest budowanie społeczności wokół konkretnego miejsca. Niestety w Polsce bardzo dużo firm zamiast jakością konkuruje ceną. To powoduje, że porządne firmy propagujące hobby, przegrywają z tanimi sklepami internetowymi. Niektórzy Wydawcy, jak np Games Workshop wprowadzili specjalne zabezpieczania. Sklepy stacjonarne z miejscem do grania otrzymują wyższe rabaty dzięki temu są w stanie konkurować z discountami masowo pojawiającymi się na rynku. Nie wszyscy Wydawcy mają jednak na to baczenie. Często skutkuje to tym, że klienci chcą kupować najtaniej w internecie a grać w sklepie który jest ładny i ma do tego odpowiednio przygotowane miejsce :) Gry figurkowe może nie są aż takim boomem jak planszówki w ostatnich latach ale też i są to gry skierowane do innego odbiorcy.Z roku na rok ludzi zajmujących się wargamingiem przybywa. Wydawców i sklepów nie! (wyłączając jakieś produkcje pseudo bitewniaków na KS) Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że do sprzedaży czy produkcji tego typu gier potrzebna jest ogromna wiedza i czas. Stworzenie nowego tytuły to długi i bardzo kosztowny proces. Sprzedaż bitewniaków i propagowanie hobby wymaga dużej specjalizacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano pożyczyłem... Cały czas wspominam o FGB i Wargamerze, a to przecież nie jedyne sklepy w Polsce, które robią coś dobrego dla figurkowego hobby. Działania, które prowadzicie - zwłaszcza te w szkołach - robią na mnie niesamowite wrażenie. W ogóle uważam że gry bitewne to znakomite zajęcie dla dzieci, szczególnie gdy jest dopasowane do ich możliwości. Wyrabia umiejętności manualne, rozwija wrażliwość estetyczną, uczy korzystania z przepisów i reguł, wspomaga naukę praktycznej matematyki i jeszcze rozwija umiejętności społeczne. W zasadzie można by zrobić z tego przedmiot w szkole :) Co do konkurowania cenami... moim zdaniem to nie wina wydawców, ale ogólnej sytuacji finansowej państwa. Po prostu ludzie są biedni i liczą każde 20 złotych... Postawa taka nie jest mi wcale obca, choć dziś robię zakupy właśnie w sklepach stacjonarnych.
      No i ten ostatni fragment, dotyczący wymagań związanych z efektywnym propagowaniem bitewniaków. Znów się zgadzam w stu procentach. By jednak mogły się wykształcić tego typu kompetencje, liczba fanów musi być znaczna.

      Usuń
  5. Przeczytałem z przyjemnością. Ja zaczynałem podobnie, ale jednak dużo później i sporo z tych rzeczy mnie ominęło, wszystko od początku zamawiałem przez internet i ciągle ubolewałem że nie ma w okolicy sklepu z takimi produktami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać z komentarzy (również na fb) taki sklep to potężna baza dla rozwoju bitewniakowego hobby. Ale osoba go prowadząca musi nastawić się na kilka lat popularyzacyjnej orki na ugorze i niewielkich zysków (lub wręcz strat). Całkiem dobre (legendarne wręcz) sklepy, prowadzone przez bardzo zaangażowanych ludzi w Warszawie padły. Cytadela, Faber i Faber, Rivendell, Stary Świat, Altdorf... Nie dziwię się, że ktoś kto myśli o utrzymaniu siebie i rodziny może zrezygnować z takiego pomysłu na biznes. Nawet jeśli prywatnie kocha to hobby.

      Usuń
  6. Tekst jak zawsze świetny, to teraz pozostaje czekać na "portret psychologiczny" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomysł już mam, energię też - potrzebuję tylko czasu :)

      Usuń
  7. Nie szykujesz może jakiejś recenzji systemu skirmishowego o Piratach? Może "Blood & Plunder"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałem nic takiego w planach. I jestem ostrożny z obiecywaniem, od kiedy obiecałem recenzję "rogue Stars" i nie mogę jej dokończyć. Z jednej strony od początku maja będę miał znacznie więcej czasu, z drugiej zaś szykuję naprawdę duży projekt - więc nic potrafię przewidzieć z regularnością pisania i treścią artykułów.

      Usuń
    2. Nie mówię, że takiej recenzji nie będzie. Mówię: "nie wiem kiedy".

      Usuń
  8. Nic dodać, nic ująć. Każdy producent i wydawca powinien przeczytać Twój tekst!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komplement. Ale myślę, że wydawcy nie tylko wiedzą to wszystko co sobie wymyśliłem w międzyczasie w ciągu dwóch tygodni - ale mają też bardziej konkretne i precyzyjne dane. Z tego co wiem, to problemem nie jest z ich strony brak wiedzy, energii czy pomysłów - ale zasobów finansowych i osobowych, by wdrożyć szerokie działania promocyjne.

      Usuń
  9. Bardzo fajnie się czytało super post, może kiedyś będzie dofinansowanie z UE do gier bitewnych albo publicznego budżetu to by się działo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Merytoryczne uzasadnienie takiego wniosku dałoby się stworzyć w kwadrans. Potrzeba tylko powołać fundację/stowarzyszenie - i starać się o takie dotacje. To mimo wszystko pewniejsza kasa niż kickstarter.

      Usuń
  10. Tekst bardzo ciekawy, chociaż można by go było nieco bardziej "skompresować" ;) Najbardziej na Twoim blogu podoba mi się jednak to, że pod artykułami wywiązuje się ciekawa i kulturalna dyskusja.

    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wniosek o kompresję jak najbardziej słuszny, ale kiedy palce latają mi po klawiaturze, czuję się jakbym był młodszy i bardziej produktywny! Stąd właśnie taka objętość. A dyskusja "pod" jest nierzadko bardziej inspirująca od samego tekstu, przynajmniej dla mnie.

      Usuń
  11. Gdy wspominam, co konkretnie przyciągnęło mnie niegdyś do tego hobby, wychodzi mi, że była to chyba w pierwszej kolejności inspirująca kombinacja obejrzanych - w dawnych broszurach GW oraz na wystawach sklepowych - figurek, makiet i dioram.

    Wszystko to padło na podatny grunt epoki przejściowej początkującego nastolatka - z jednej strony schyłek zabawy zabawkami, które trzeba było czymś zastąpić 😛, a z drugiej - kiełkujące powoli, co najmniej od początku podstawówki, zainteresowanie fantastyką.

    Jak zawsze dziękuję za ciekawy felieton!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczynałem mniej więcej w tym samym wieku... I zupełnie nie wziąłem pod uwagi motywacji polegającej na chęci przedłużenia dzieciństwa. A przecież ma to olbrzymi sens! Nie jest przecież tak, że starzejesz się i rezygnujesz z hobby, tylko na odwrót. Rezygnujesz z hobby i dlatego się starzejesz :)

      Usuń
    2. Trafnie to ująłeś!

      Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, działałem chyba trochę podświadomie, ale po latach widzę, że na pewno aspekt "przedłużenia dzieciństwa" nie pozostawał bez znaczenia w czasach początku mojej przygody z tym hobby.

      Usuń