czwartek, 19 października 2017

Bitewniakowe Brajanki. Jak zrobić sobie partnera do grania?

 
Disclaimer: Drodzy czytelnicy, w poniższym tekście znajdą się zdania i idee, które mogą budzić wasz niesmak, zażenowanie czy oburzenie. Teraz napiszę jasno i wyraźnie: nam nie traktuję ich wszystkich poważnie; spora część to tylko żarty i jajcowanie. Ale ten blog nie jest reklamą banku, nie musi podobać się każdemu. Jeśli byliście tu już kilka razy, wiecie czego się spodziewać. Jeśli to wasza pierwsza wizyta: take it or leave it.
       
    Gry bitewne to hobby, które stawia przed swymi fanami mnóstwo barier. Wyobraźmy sobie hipotetycznego (Choć nie do końca! pozdro Bartek!) bohatera, który od wczesnej młodości był wkręcony w różne gry figurkowe. I do dziś wcale mu nie minęło. Nadal cieszą go ludziki, cieszy go granie i jest skory do poznawania coraz to nowych tytułów. Niestety! Zawierucha życiowa rzuciła go do miasteczka w którym owszem, są atrakcyjne obiekty turystyczne, ale brakuje prężnego środowiska bitewniakowców. Albo jakiegokolwiek. 
Co robić w tej sytuacji? Dojeżdżać po 100 kilometrów do najbliższego dużego miasta? Namawiać do figurek przypadkowych znajomych z roboty? A może rzucić hobby i przestawić się na coś bardziej dla ludzi, na przykład tanie wina pod sklepem?

     Ale nawet, jeśli mieszkasz w Warszawie i grasz w "Age of Sigmar", to i tak siedzisz w bardzo niszowym hobby. Oczywiście dasz radę ustawić spotkanie i partyjkę, ale i tak potencjalnych ludzi, chętnych do grania w to co ty, wtedy kiedy ty i w miejscu ci odpowiadającym jest mało. A kiedy ciągnie cię do takich niszowych gier jak np. "Deus Vult" czy "Jugula" - to jesteś bracie w czarnej dupie... Sytuacja wydaje się być bez wyjścia. Przecież nie zaczniesz nagabywać ludzi w autobusie czy na ulicy, pytać ich czy nie chcieliby może spróbować gier bitewnych? Można oczywiście udać się do klubu czy lokalnego sklepu, wejść na forum czy facebookowy profil. Jednak dogadywanie się co do spotkania i gry (szczególnie niepopularnej) zawsze jest procesem trudnym. Nigdy też nie ma się gwarancji sukcesu.



Od kołyski w szacunku dla HC wychowany.


    Na szczęście istnieje jeszcze jedno rozwiązanie. Kosztowne, czasochłonne, drastyczne, czasami niebezpieczne, zmieniające całe dotychczasowe życie. Ale mimo to  niepozbawione wielu zalet. Zawsze można zrobić sobie nowego człowieka, którego przeznaczeniem jest dotrzymanie wam towarzystwa w trakcie figurkowych potyczek. 




Dziecko z rodziny figurkowej. 


    W ostatnich czasach, wraz z mocniejszym usadowieniem się naszej ojczyzny w zachodnim kręgu kulturowym można zaobserwować przywiązywanie znacznie większej wagi do kwestii wychowywania dzieci. Oczywiście głównie widać to w mediach. Kto słyszał kilkanaście lat temu takie terminy jak quality time? Mniej czy bardziej bezpośrednio artykułowane jest twierdzenie, zgodnie z którym wczesne lata życia (od momentu zapłodnienia (albo i wcześniej) do nastoletniości determinują to, czy dziecko będzie miało w przyszłości szczęśliwe życie, czy też nie. A wszystko to w atmosferze chwytających za serce filmików, z poruszającą do głębi muzyką. Gdyby traktować ten przekaz poważnie (a tak na ogół jest), rodzice powinni ofiarować dziecku uważną obecność, współtowarzyszyć w ważnych i mniej ważnych chwilach, zapewniać zdrową, zbilansowaną dietę, wspierać jego zdolności i zainteresowania, ale też wyznaczać zdrowe granice i stwarzać przestrzeń do swobodnego rozwoju i poznawania świata. A jeśli potem dorosłe dziecko, zamiast zostać Janem Kulczykiem, nie skończyło studiów, słucha zespołu Coma i pija piwa przemysłowe - to znaczy drogi rodzicu, że gdzieś popełniłeś poważny błąd.



Boże, użycz mi pogody ducha,
Abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić.


      Powyższa doktryna, z którą zetknąłem się w trakcie własnej rodzicielskiej epopei, budziła me pogardliwe rozbawienie. Nie tylko mało przystaje ona do rzeczywistości i jest oparta na bardzo wątpliwych przesłankach naukowych, ale też nie wspiera rodziców, za to wybitnie służy interesom różnych okołodzieciowych biznesmenów. Za jej pomocą można sprzedawać i szkolenia, i zabawki hand-made, i przede wszystkim - ubranka i kosmetyki. Ale przede wszystkim nakładać na rodziców niemożliwe do spełnienia wymagania. 


      Wydaje mi się, że rzeczywistość znacząco odbiega od tego ideału. Dzieci są płodzone i wychowywane nie przez anioły z doktoratem z pedagogiki i średnią zarobków 9.500 zł, ale przez zwykłych ludzi, z ich zwykłymi zdolnościami, potencjałem, uwarunkowaniami, ograniczeniami oraz pasjami. 





    Dziś oczywiście będę pisał o tym ostatnim. Jedną z milszych rzeczy w życiu jest przecież wspólne zajmowanie się ulubionym hobby i dzielenie się płynącą z tego radością. A jeśli naszymi towarzyszami są własne dzieci, korzyść jest podwójna. Nie tylko wychowujemy potomstwo, budujemy więź itp., ale też robimy to w miły dla nas sposób. No i, jak już napisałem wyżej, przygotowujemy sobie oponenta do gier, w które nie mamy z kim zagrać. Osobom nie siedzącym w hobby to ostatnie może wydać się to trochę dziwne. Ale spójrzcie tylko na blogi czy profile figurkowe. Gdy ktoś da na nich znać, że dorobił się dzieci, od razu pojawiają się pełne nadziei i optymizmu słowa: "Będziesz miał z kim zagrać!"


     Ale to nie nastąpi od razu. Zanim nasz Brajanusz po raz pierwszy zwheeluje swoje oddziały, musi przejść całą drogę edukacji. Może być tak, że pozostawiony sam sobie, wybierze całkiem inne zainteresowania, na przykład piłkę nożną lub grę na fortepianie. Nie wolno do tego dopuścić! Jeśli chcesz mieć w domu drugiego (albo i trzeciego, czwartego) gracza, musisz od początku, stopniowo i systematycznie przygotowywać go do tej roli. Za chwilę przekażę wam kilka złotych rad. Może nie będą one śmiertelnie poważne (jak to na bitewniakowych pograniczach zwykle bywa) ale za to własnym przykładem ręczę za ich skuteczność. Róbcie tak jak ja, a pewnego dnia przegracie z własnym dzieckiem w "Age of Sigmar. Skirmish". I będzie to najbardziej radosna porażka w życiu!



Zanim to nastąpi, przewaga będzie jednak po właściwej stronie.


Zanim zapłodnisz.


     To, kim będzie dziecko, jakimi talentami i skłonnościami będzie się odznaczać, rozstrzyga się w znacznej mierze jeszcze przed wejściem plemnika w komórkę jajową. Tak się bowiem składa, że dzieci dziedziczą po rodzicach nie tylko ich pulę genów, oraz wynikające z niej zdolności oraz ograniczenia, ale też ich tak zwany kapitał kulturowy. Czyli sieć powiązań rodzinnych i towarzyskich, zestaw wyznawanych poglądów i kultywowanych tradycji oraz właśnie sposoby spędzania wolnego czasu. Oczywiście może zdarzyć się tak, że dziecko wychowane w rodzinie bawiącej się głównie przy telewizorze i schabowym wsiąknie w  literaturę iberoamerykańską w oryginale. Powyższe czynniki nie determinują drogi życiowej w stu procentach, tylko zwiększają lub zmniejszają prawdopodobieństwo pewnych aktywności w życiu dziecka. A ponieważ zależy nam na własnoręcznym (tak jakby...) zwiększeniu populacji fanów gier figurkowych, warto pomóc szczęściu i ustawić parametry życiowe latorośli tak, by sprzyjały rozwojowi w obranym przez nas kierunku.


    Kluczowe jest więc taki wybór osoby będącej współrodzicem naszego bobasa, który będzie sprzyjał wychowaniu małego bitewniakowca. Jak zawczasu rozpoznać odpowiednią kandydatkę lub kandydata? Najbardziej oczywistą oznaką będzie oczywiście to, że człowiek ten już sam z siebie siedzi w figurkowym hobby. 

  O ile znalezienie sobie miłego , przystojnego i porządnego chłopca, który na dodatek lubi figurki nie nastręcza najmniejszego problemu, to niestety kobiety płci żeńskiej w środowisku fanów gier bitewnych są chyba jeszcze mniej liczne niż muzułmanie - alkoholicy. I przyczyną tego stanu rzeczy raczej nie jest fakt, że GW nie wydało żeńskich zakonów space marines. Poza tym gdyby udało się znaleźć żonę (lub konkubinę) wkręconą w figurki - to jaki jest sens męczyć się z płodzeniem i wychowywaniem dziecka? 


I zbiera krasnoludy chaosu.


      Dlatego jesteśmy skazani w większości na mainstreamowe, normalne dziewczyny. Oto kilka wskazówek, ułatwiających przewidzenie czy sprawdzą się w roli matki małego figurkowca.


      Po pierwsze: akceptuje hobby w całej jego rozciągłości. I nie chodzi mi tu o milczącą tolerancję, z trudem maskującą rzeczywistą niechęć. Jeżeli chodzicie ze sobą i zawsze dziwnym trafem, kiedy akurat umówicie się na bitwę, wybranka przypomina ci, że właśnie o tej porze mieliście jechać do jej mamy na obiad, albo dostaje bólu głowy, który może uśmierzyć tylko twoja obecność blisko niej, to może dawać w ten sposób do zrozumienia, że nie pasuje jej ten sposób spędzania czasu. Podobnie - może czepiać się wydatków na hobby. Albo stroić sobie podśmiechujki z dorosłych facetów którzy bawią się laleczkami. To zły znak! Porzuć taką czym prędzej, choćby była piękna, bogata i dobra w łóżku niczym Scarlett Johansson i gotowała jak siostra Anastazja. 

    Zupełnie inaczej ma się sprawa, jeśli wybranka serca podchodzi do figurek z życzliwością. Sama nie musi być w nie zaangażowana, ale akceptuje to, że dla ciebie są one ważną i dającą radość rzeczą. Warto też zwrócić uwagę, czy odznacza się ona cechami temperamentu sprzyjającymi tej formie zabawy. Są to zdolność do długiego skupienia uwagi na jednym temacie, zdolności manualne, dobra pamięć i koncentracja oraz łatwość opanowywania zasad. Posiadanie tych właściwości (lub ich brak) łatwo dostrzec w codziennym życiu. Widać je choćby w preferowanych sposobach spędzania wolnego czasu. Jeśli mama lubi czytać książki, to jest szansa, że dziecko przeczyta podręcznik. Łatwo uczy się języków obcych i w mig chwyta regulaminy i przepisy? Oby te zdolności, jakże potrzebne w grach figurkowych, przeszły na dzieci. Jeśli do tego lubi sobie porobić na drutach, to jesteśmy prawie w domu. Druty obsługuje się bowiem podobnie jak pędzelek. 


    Oczywiście dobieranie sobie partnerki pod kątem tego, czy posiada ona geny przydatne w grach bitewnych może troszeczkę trącić hodowlą ludzi, nordycką eugeniką... Ale po pierwsze: cel uświęca środki. Im więcej fanów, tym lepiej. A po drugie, te umiejętności mogą się przydać również w innych dziedzinach życia.




Pierwsze lata.

     Załóżmy optymistycznie, że trafiliśmy na tą jedyną, rokującą na noszenie pod sercem naszego przyszłego partnera do grania. W sypialni zapanował nastrojowy półmrok, konar zapłonął i już dziewięć miesięcy później słychać pierwszy krzyk dziecka.


    Pierwsze kilka lat życia potomka lub potomkini to okres, który wydaje się mało sprzyjać grze w bitewniaki. Na początku maluszek jest niesamodzielny, nie potrafi nawet sam celnie załatwić się do kibla. Nie mówiąc już o tak podstawowych sprawach, jak malowanie techniką non-metalic metal. Następnie nie jest dużo lepiej. Umiejętności językowe i motoryczne rosną powoli. Dopiero w przedszkolu nasza pociecha będzie w stanie pomalować regiment i przeczytać podręcznik. I tylko wtedy, gdy trafił nam się w loterii genowej mały Mozart gier figurkowych. Czy to znaczy, że powinniśmy sobie odpuścić ten okres i wrócić do domu dopiero, gdy dziecko ukończy podstawówkę? Oczywiście że nie! To, że nie od razu po przyjściu na świat da się zagrać z dzieckiem w bitewniaka, nie oznacza że nie da się wykorzystać okresu niemowlęctwa i przedszkolnego z korzyścią dla naszych planów.



Nie czekaj, aż ciasto będzie gotowe. Upiecz je sam.


   Początkowe sześć lat życia to czas, kiedy nabywa się krytycznych umiejętności, niezbędnych w grach bitewnych. Nie można przegapić tego okresu! Zacznijmy od samego startu. Oczywistym jest, że trzeba zapewnić noworodkowi odpowiednią dietę, która pozwoli mu na zdrowy rozwój somatyczny. Ale nie wolno zaniedbywać sfery emocjonalnej! Podczas gdy inni wieszają bobasowi nad łóżeczkiem gwiazdki, ptaszki czy grzechotki, ty nie zwlekaj z podwieszeniem Imperial Knighta czy Bloodthirstera. I to koniecznie pomalowanych, by pociecha nie wyrobiła sobie złych nawyków! Owe widoki zapadną jej w podświadomość. A jeżeli będą im towarzyszyły tak miłe doświadczenia jak przytulanie czy karmienie, wytworzy się pozytywna asocjacja. Od tej pory figurki zawsze będą wzbudzać przyjemne uczucia.


    Z czasem dziecko rośnie. Zaczyna mówić, siadać, chodzić, używać prostych przedmiotów. To okres, w którym warto wzmóc swe wychowawcze wysiłki.  Zwrócę tu uwagę na kilka możliwości wdrażania potomstwa w świat bitewniaków. 


    Pewnie słyszeliście o akcji "Cała Polska czyta dzieciom". Na szczęście nie sprecyzowano, co dokładnie ma być przeczytane. Może czytanie dwulatkowi do snu rulebooków do WH40k to pewna przesada, ale battle raporty powinny być już bardziej strawne. No i nie zapominajmy o różnych zabawkach edukacyjnych z literkami. Starajmy się od maleńkości pokazywać związek między znakiem graficznym a słowem mówionym. Jest spora szansa, że nasz kilkulatek wcześnie rozpocznie przygodę z czytaniem.  Nie od rzeczy będzie wysłanie go do dwujęzycznego przedszkola, wszak spora część podręczników jest jednak po angielsku.



Jeśli dziecko ma być w czymś naprawdę dobre, musi wcześnie zacząć trening.

     Starajcie się też pracować nad umiejętnościami manualnymi, plastycznymi i technicznymi. Tego typu zajęcia standardowo wchodzą w program przedszkola. Ale warto zorganizować je również w domu. Robienie ludków z kasztanów to przymiarka do konwersji i scratch-buildingu. W sklepach z zabawkami można nabyć sporych rozmiarów gipsowe zwierzątka i pojazdy, z załączonym farbkami i pędzlem. To tak bezpośrednie przygotowanie do malowania figurek, że trudno wyobrazić sobie lepsze.



W dodatku zestaw uczy podstaw odlewania modeli. Będzie jak znalazł przy kolejnych podwyżkach. 


        Nie da się ukryć, że dzieci są momentami nieco dziecinne. Mogą zbyt intensywnie przeżywać wydarzenia, które są dla nas codziennością. Przedszkolak może popaść w prawdziwą rozpacz gdy przegra w jakąś grę. Albo utracić zaufanie do rodzica, gdy widzi zaangażowanie, z jakim podchodzi on do gry czy rywalizacji. Albo w ostateczności bać się aż do łez takich rzeczy jak wilki, umarli, duchy, potwory czy odkurzacz. Oczywiście takie reakcje znacznie utrudniają wesołą, bezpretensjonalną zabawę przy bitewniakach. I tutaj możemy pójść dwiema drogami. Pierwsza to stopniowe oswajanie dziecka z przedmiotem jego lęków. Jest mnóstwo poradników na ten temat, szkoda czasu na powtarzanie tutaj tych wszystkich metod. W ostateczności można poczekać, aż dziecko wyrośnie ze swych obaw. Inna metoda to dobranie takiej gry, w której nie występują elementy stresujące naszego potomka. Jeśli nie lubi rywalizacji, jest kilka figurkowych gier kooperacyjnych (na przykład "Project Z"). Obawia się jakiegoś konkretnego rodzaju potwora? Wybierz system, w którym nie ma duchów albo wilków. Nienawidzi przegrywać? Daj mu armię OP, a sam wybierz coś z dołu mety.


      Warto spędzać czas z dzieckiem i obserwować je uważnie, by poznać jego indywidualne upodobania. Lubi lalki Barbie? Polubi i sisters of battle. Fascynują go koparki, wywrotki, dźwigi i spychacze? "Gorkamorka" też mu się spodoba. A może ciągnie go do dinozaurów i warto zwrócić jego uwagę na serphony? 

Każde dziecięce zainteresowanie można powiązać z bitewniakami. Wiedząc, co kręci twoje dziecko, w odpowiedniej chwili podsuniesz mu właściwy system.


Kiedyś mój synu to wszystko będzie twoje...


Introgaming.


     Kluczową sprawą, której nie wolno zaniedbać w okresie przedszkolnym jest przyzwyczajenie dziecka do operacji w ramach abstrakcyjnych systemów modelujących niektóre aspekty realnej i wirtualnej rzeczywistości. Czyli - do grania w gry bez prądu. Zanim usiądziemy z potomkiem np. do "Dropfleet Commander", wcześniej musi się on oswoić z niektórymi podstawowymi aspektami gier w ogóle. Sam, obserwując rozwój syna byłem zdziwiony, że w pewnym momencie miał kłopot z interpretacją wyniku na k6. Może to przez jego bardzo młody (wówczas) wiek? W każdym razie, to co nam przychodzi automatycznie, co rozumiemy samo przez się (np zależność między wynikiem rzutu a sytuacją w grze)  jest umiejętnością, którą dopiero trzeba wytrenować. A do tego treningu najlepiej nadają się inne gry.


     Gdy pociecha ma 3-4 lata, to najwyższy moment, by otworzyć przed nią świat gier. Istnieje mnóstwo tytułów, które będą znakomitym wprowadzeniem. Wystarczająco proste, wystarczająco krótkie (większość małych dzieci szybko się nudzi!) i pozwalające każdemu na odniesienie sukcesu. Oczywiście gra w "Wio, koniku!", "Cardline Dinozaury"  czy "Dzieci z Carcassone" nie będzie stanowić dla was takiego wyzwania i nie dostarczy takich emocji jak partyjka "WH40k" czy "Ogniem i Mieczem". Bądźcie jednak wytrwali! Nie gracie teraz z myślą o sobie. A w zasadzie - jak najbardziej z myślą o sobie. Z tym, że jest to tak zwana długoterminowa inwestycja. Siejecie ziarno i doglądacie go z myślą o zebraniu przyszłych plonów.


       Pierwszymi z nich może być wspólne granie w tytuły, które już bardziej zahaczają o tematykę bitewniaków. Nie są to rzeczy zbyt skomplikowane. Nadal może grać w nie z powodzeniem uczeń przedszkola (tym bardziej, że po zmianach w systemie edukacji ma już 6 lat). A przy tym są czymś w rodzaju wprowadzenia do wprowadzenia do bitewniaków. 



Kolorowe , ładne - jak dla dzieci. Jest nawet coś w rodzaju figurek.

       O "Potworach w Tokio" pisałem już trochę przy innej okazji. Wrócę na chwilę do tego tytułu, gdyż w prostej i atrakcyjnej formie oswaja on najmłodszych z kilkoma kluczowymi koncepcjami występującymi w bardziej złożonych grach. Po pierwsze, mamy dwie drogi prowadzące do sukcesu. Jedna to zmasakrowanie innych, druga zaś to uzbieranie wymaganej ilości punktów zwycięstwa. A więc jest powód, by uważnie śledzić sytuację w grze i dostosowywać do niej swoją strategię. Przy tym jest to na tyle proste, że nawet dziecko się w tym rozezna.


     Kolejny walor tej gry, to zapoznanie dziecka z ideą rzucania kostką, związku pomiędzy wynikiem na ściance a wydarzeniami w grze oraz z przerzutami. W zasadzie przerzuty są sercem mechaniki "Potworów w Tokio". I to przy okazji owych przerzutów wyrabiają się takie zdolności jak ocena prawdopodobieństwa czy alokowanie zasobów. 

     Do tego dochodzą karty, podnoszące możliwości potworów pustoszących stolicę Japonii. Co prawda wymagają one umiejętności czytania, ale jak każda inna umiejętność - i ta wzrasta wprost proporcjonalnie do czasu poświęconego na jej ćwiczenie. W ostateczności można przeczytać naszemu przedszkolakowi, co robi dana karta. W każdym razie większość frakcji w bitewniakach opiera swą odrębność i specyfikę właśnie o zasady specjalne. Więc niech się junior uczy, później mu się przyda.



     Kolejny tytuł, który polecam  ma już tak wiele wspólnego z grami bitewnymi, że w zasadzie można w zupełności zaliczyć go do tego gatunku. Mowa tu o "Star Wars: Battle of Hoth". Tym razem grę z tego uniwersum wydał inny nabywca licencji: Lego. Pod wieloma względami to znakomita pozycja. Po pierwsze - już na starcie atrakcyjna dla małoletniego. Prawie każde dziecko kocha klocki lego i gwiezdne wojny! Po drugie - zasady są na prawdę banalne i intuicyjne. 


     Ale najważniejsza z naszego punktu widzenia będzie bitewniakowość tej gry. Mamy w niej konflikt zbrojny, zróżnicowane jednostki (pod względem mobilności, siły ataku i odporności na atak), zasady specjalne, różne drogi do zwycięstwa. W dodatku występuje w niej aspekt hobbystyczno - modelarski. Jednostki wszak trzeba wcześniej skonstruować z mniejszych elementów. W dodatku poziom trudności owego składania jest zaiste wczesnoszkolny, jeśli nie niższy. 



Hoth. Planeta z najtwardszym i najbardziej kanciastym śniegiem w całej galaktyce.

    Sama rozgrywka zajmuje kilkanaście minut. Czynnik losowy odgrywa w niej kluczową rolę, ale dzięki temu dziecko nie jest bez szans w starciu z dorosłym. A jak już sobie zagracie kilkanaście razy, to można pobawić się w scenariusze, bohaterów specjalnych, zmiany rozpisek. Czyli dokładnie w to, co w prawdziwym bitewniaku. W dodatku gra zachęca do konwersji, scratch buildów i home rulesów. Jeśli się przyłożysz, to nie musi być ona tylko namiastką bitewniaka dla maluszków, ale pełnoprawnym tytułem, mogącym dostarczyć tobie i młodemu padawanowi figurek kilka miesięcy zabawy. 


DDAoS


     Z czasem nadejdzie jednak pora, kiedy trzeba będzie porzucić to co dziecięce i przejść do poważnych gier figurkowych, dla poważnych dorosłych ludzi. Jaki tytuł warto polecić dla dziecka, które dorosło już do bitewniaków? Jaki wiek jest odpowiedni, by wstąpić na tą drogę życia? 

      Wydaje mi się, że przełom trzeciej i czwartej klasy szkoły podstawowej to czas, kiedy z powodzeniem można zacząć grać w bardziej skomplikowane tytuły. Umiejętności matematyczne i językowe, zdolność do rozumienia, zapamiętywania i postępowania zgodnie z różnymi regułami oraz tzw. mała motoryka są wówczas na wystarczającym poziomie, żeby wystartować. I znów pojawia się pytanie: od czego zacząć? Z jakim pełnoprawnym systemem nasze dziecko ma przeżyć swój pierwszy raz?

    Nie zapominajmy, że mimo wymienionych wyżej osiągnięć rozwojowych, dzieci są nadal dziećmi. Nadal mogą nudzić się i irytować szybciej niż dorośli. Mają mniejszą wytrwałość i cierpliwość. Dlatego mimo wszystko proponowałbym pozostać przy prostszych grach. Takich, które nie wymagają ani zbyt wiele czasu, ani miejsca, ani nie trzeba przy nich malować zbyt wiele figurek. Wydaje mi się, że w tej roli sprawdzą się następujące pozycje:


X-Wing. 


    Kiedyś przyjdzie taka pora, że poświęcę tej grze osobny wpis. Dziś skupię się na jego zaletach z punktu widzenia gry z dziećmi. Niewiele popularnych na świecie gier bitewnych wydano w polskiej wersji językowej. "X-Wing" jest pod tym względem wyjątkiem. Dlatego do zrozumienia zasad gry wystarczy umiejętność czytania na poziomie pierwszych klas szkoły podstawowej. 



Jeśli robią kołyski w kształcie X-winga, to z czasem będą robić też trumny.


   
Ponadto - nie trzeba malować ani sklejać figurek. Same reguły nie należą do szczególnie skomplikowanych. W dodatku można poznawać je stopniowo. W trakcie zabawy nie wykonuje się zbyt wielu skomplikowanych obliczeń - ot dodawanie i odejmowanie w przedziale 1 - 10. Wierzę, że większość dzieci osób czytających ten tekst dałaby sobie z nimi radę. 


   Jeśli jakiś aspekt mechaniki może przerastać maluchy, to jest nim programowanie ruchu naszych myśliwców. Aby takie działanie miało sens, trzeba w ogóle móc przewidzieć, jaki rezultat da zastosowanie danego manewru. A zdolność do takiego przewidywania wzrasta wraz z rozwojem tak zwanej wyobraźni przestrzennej. 

   Problematyczne może być przesuwanie modeli. Dokładne przyłożenie wzornika ruchu, dostawienie figurki na jego koniec: to wszystko może nie być takie proste, gdy masz 130 cm wzrostu i proporcjonalną do tego długość ramion. Łatwo też zapomnieć o zasadzie dostępnej na jakiejś karcie. W ogóle - im dalej w las, tym więcej drzew. Z każdym kolejnym statkiem i dodatkiem gra robi się coraz bardziej złożona. Dochodzą nowe reguły, miny, strzelanie dookoła... Za to podstawka do gry jest tania.


Test of Honour.


    W życiu wielu ludzi pojawia się okres fascynacji Wschodem: sztukami walki, surowym liryzmem, filozofią Zen, kaligrafią oraz oczywiście ninjami i samurajami. Rzadko kiedy trwa on jednak dłużej niż do ukończenia studiów. Potem człowiek rzuca to całe kendo, bukake, sushi i kubota, by wrócić do swojskich schabowego i setki.

Ale dzieciństwo to fajny czas by powywijać kijkiem z okrzykiem "Hadziaa!" na ustach. Można to zrobić również w tej grze.


Polecam ten film! Pokazuje on, że z pewnymi zastrzeżeniami - ta gra nadaje się nawet dla niemowlaków!

    Do bardzo młodego człowieka może przemówić japońska tematyka tytułu. Do tego dochodzi mechanika walki i ruchu prosta, niczym w "X-wingu". Tym razem trzeba jednak się trochę wysilić w aspekcie modelarskim i malarskim. Figurki w skali 28mm stanowią pewne wyzwanie. Być może zbyt ciężkie, by podołać mu bez pomocy rodzica. Podobnie jak w "X-Wingu" trudność może stanowić manipulowanie figurkami po stole bitwy - również z powodu krótkich rąk młodszych graczy.

      
     Poza instrukcją i scenariuszami, w grze nie występuję zbyt wiele tekstu. Znajduje się on jedynie na kartach ulepszeń. No i warto podkreślić rolę wychowawczą tego tytułu. Występuję w nim bowiem wątek niehonorowych zagrań samuraja, skutkującymi utratą punktów honoru. Wystarczy tylko dopowiedzieć, że w prawdziwym życiu nie ma czegoś takiego jak te punkty - i już dziecko odbiera ważną naukę.

    W odróżnieniu od "X-winga", "Test of Honour" nie jest tak kosztowną zabawką. Oczywiście podstawka jest nieco droższa. Ale w zupełności wystarcza do wielu ciekawych rozgrywek. Nie jest konieczne dokupienie dodatku, by móc kierować większą ilością jednostek.


Project Z


      Gra dość podobna do opisanej powyżej. To znaczy - w jednym pudle mamy wszystko, czego potrzeba do rozgrywki. Do tego dochodzi bardzo prosta mechanika i mała ilość tekstu potrzebnego do odczytania w trakcie rozgrywki. I również mamy figurki 28 mm, do samodzielnego wycięcia, sklejenia i ewentualnego pomalowania.



Babcia, mama, nowy chłopak mamy i ja na strzelnicy w wesołym miasteczku.


   Jeśli planujemy bawić się z dziećmi w bitewniaki, to atrakcyjna może być występująca w tej grze mechanika kooperacji. Gracze, zamiast przeciwko sobie, walczą z zombiakami sterowanymi przez prosty algorytm. Współpraca w zespole może być przyjemniejsza niż rywalizacja. Oczywiście w takich sytuacjach pojawia się problem lidera. Ale to może być mniejsze zło, jeśli wziąć pod uwagę możliwość, że dziecko poczuje się skrzywdzone, bo tatuś znów wygrał.


    No i tematyka. Zombiaki mogą budzić autentyczny niepokój. Zwłaszcza, że nieumarli w tej grze to nie abstrakcyjne potworki, podobne do brązowych hobgoblinów, ale ludzie, których każdy może spotkać na ulicy. Albo w teledysku Michaela Jacksona... Zalecana jest więc rozwaga rodziców. Być może warto zastąpić zombie kosmitami albo czymś podobnym.


Warhammer Underworlds. Shadespire


     Kolejny tytuł testowany przez mnie na dzieciach. Z powodzeniem. Porównałem go do "X-Winga". Ale jego istotną przewagą (gdy przychodzi do gry z potomkiem) jest jeszcze większa prostota rozgrywki (szczególnie mechanika poruszania figurek) i jej szybkość.



Wyglądają dobrze, pokocha ich każdy mały psychopata! 


   Aby nie było tak różowo - gra jest i będzie wydana w wersji anglojęzycznej. A w odróżnieniu od dwóch poprzednich tytułów, karty z opisami odgrywają w niej bardzo dużą rolę W dodatku trzeba je utrzymywać w sekrecie, by móc efektywnie walczyć o zwycięstwo. Może więc być to bariera nie do przebycia. Albo okazja, by ze swą pociechą poćwiczyć angielski. 


    Teoretycznie w tej grze liczy się planowanie, rozsądne dysponowanie zasobami i blefowanie. Ale w praktyce jeden krytyk wyrzucony na kostce nie wtedy kiedy trzeba, może zniweczyć nawet najbardziej przebiegły plan. Z jednej strony może to frustrować, ale z drugiej sprawia, że każdy ma szansę wygrać. A więc nasz potomek nie będzie bez szans. 


Age of Sigmar. Skirmish

    Zaczynamy wkraczać w krainę pełnoprawnych, rozbudowanych gier bitewnych. Takich z wieloma frakcjami, wielostronicowymi zasadami i skomplikowanymi modelami. Takie właśnie systemy dają najwięcej satysfakcji, choć jednocześnie stawiają swym użytkownikom bardzo wysokie wymagania. I właśnie z tego powodu trudno jest znaleźć do nich przeciwnika. Zamiast tego: można go stworzyć i wychować.  Dobrze jest jednak wprowadzić naszego potomka w temat stopniowo. 


Rodzinna zabawa, przygoda, czaszki i krew dla boga krwi!

    Ta mutacja "Age of Sigmar" nadaje się do tego celu znakomicie. Choć stosuje się w niej w zasadzie niezmienioną podstawową mechanikę, to ograniczenia odnośnie ilości i rodzaju figurek sprawiają, że system jest znacznie prostszy od tej opcji, którą proponuje nam z kolei "General's Handbook"


    Granie w "Skirmisha" nie wymaga dużej ilości figurek (niekiedy nawet mniej, niż w innych systemach tego typu). Modele od Games Workshop są w dodatku wyjątkowo dobrze wykonane i duże (szczególnie sigmarines). Znakomicie nadają się więc na pierwszą poważną figurkę pomalowaną przez dziecko. Rozgrywka toczy się szybko: gdy mało ludków, często trwa mniej niż godzinę. 


    Oczywiście nadal są minusy. Potrzeba powierzchni 120 na 120 cm. Potrzeba dość dobrze znać angielski. Na szczęście wszystkie zasady są jawne, więc nie będzie niczym zaburzającym rozgrywkę doczytywanie i tłumaczenie ich dziecku na bieżąco. Do tego dochodzi tryb kampanii, pozwalający na mocne zżycie się ze swymi plastikowymi wojakami. Oraz relatywnie losowe zasady połączone z brakiem balansu międzyfrakcyjnego. Ale to ostatnie może być zaletą, biorąc pod uwagę, że gra ma zachęcić potomka do hobby. Można dać mu koksów i wzmacniać zainteresowanie za pomocą sukcesów odnoszonych w bitwach, samemu nie podkładając się szczególnie.


Dragon Rampant.


     Ten tytuł, podobnie jak poprzedni, to już prawie pełnoprawny bitewniak. Brakuje mu może kilkunastu dodatków, ale pozwala na stworzenie wielu różnorodnych frakcji i oddziałów. Cechuje się też łatwymi do pojęcia, nieskomplikowanymi zasadami, które dają szybką i emocjonującą grę. Ponadto można w nim wystawić każdą rasę i każdą figurkę. Na upartego dałoby się w to grać nawet zabawkowymi samochodzikami. 
W dodatku jedna armia może zawierać wojowników ninja, dinozaury i kucyki pony - i nadal będzie koszerna. 


Wygląda jak zabawa klockami, ale to pełnoprawna bitwa.

  Niestety, by się w to bawić, konieczna jest znajomość angielskiego. Na szczęście w mniejszym stopniu, niż przy "Age of Sigmar. Skirmish". Duży stół też nie zawadzi. 
No i w przypadku tego systemu można mieć poczucie, że toczy się prawdziwą, epicką bitwę, a nie starcie "Miszcze 4b" kontra "Krzysiek, Adrian i Mati".

Wszystko dobre, co się dobrze kończy.


     Gdy słodka dzidzia wbije 16 level, i do tej pory wszystko dobrze zrobiłeś, to zacznie ona iść własną drogą. Gdy opisane powyżej metody zadziałają, tą własną drogą będą bitewniaki. A gdy stanie się inaczej, to nie lej łez. I nie wciskaj mu swego hobby dalej na siłę. Mimo wszystko gry figurkowe to nie religia. 


     Korzyścią samą w sobie jest to, że w ciągu tych kilkunastu lat grania z własnym dzieckiem przeżyjesz mnóstwo radosnych, miłych i pełnych emocji chwil. Będziesz czuł satysfakcję obserwując, jak wzrastają umiejętności twego własnego potomka. Najlepszym tego dowodem będą momenty, gdy dostaniesz łomot, bo junior wymyślił jakiś sprytny kombos albo dobrze ocenił ryzyko, lub zrozumiał zasady lepiej od ciebie.


A do tego dochodzi mocne uzasadnienie dla nowych figurkowych zakupów, którym będziesz mógł się posługiwać przez kilkanaście lat!


Bądź ojcem (lub matką), którego dzieci mają co wspominać. 


    A i tak najlepsze w tym wszystkim jest to, że spędzisz ze swymi latoroślami mnóstwo czasu, w sposób który będzie przyjemny dla was obojga. Czy to przełoży się na długotrwałą głęboką więź, poczucie pewności siebie u dziecka i spełnienia u dorosłego? A któż to może wiedzieć? Wszak noc jest ciemna i pełna strachów... Ale dzięki figurkom przeżyliście razem niesamowite przygody. I tego nic już nie zmieni.



31 komentarzy:

  1. Dziecko to najlepsza kiedykolwiek stworzona gra: 1. Większość chce je mieć; 2. Nieliniowa rozgrywka; 3. Zajmuje dużo wolnego (i nie tylko) czasu; 4. Ciągle będziesz kupować dodatki. GW tego nienawidzi! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 5. Grasz po nocach. 6. Cały czas wchodzą nowe questy. 7. Rozgrywka ewoluuje z czasem. 8. Istnieje bardzo duże community. I najważniejsze: są dopłaty!!!

      Usuń
  2. Przeczytałem i wszystko w sumie się zgadza. Mój asperger nie rozumie tylko disclaimera na początku ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak pisałem, żeby się zgadzało :) Disclaimer to po ostatnim tekście... z tym nabijaniem się ze stereotypów, którego niektórzy nie odróżnili od kultywowania stereotypów.

      Usuń
  3. Jeszcze nie przeczytałem całości ale po wstępie i dwóch pierwszych rozdziałach na pewno to zrobię.
    Najbardziej z dotychczas przeczytanej części utkwiło mi stwierdzenie kobieta płci żeńskiej. To są jakieś inne? Żyję trochę na tym świecie i cieszę się niezmiernie, że na taką inną nie trafiłem :DDDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie! Czemu piszesz tylko o kobietach płci żeńskiej, to ewidentna dyskryminacja kobiet innych płci, gdzie tu jest przycisk zgłoś ten post obsłudze portalu?

      Usuń
    2. Shemale. Mówi to panom coś?

      Usuń
    3. Nie mówi i niech tak zostanie :D

      Usuń
  4. Ah, gdyby książę Witold miał takie zabawki jak jego imiennik, mielibyśmy Wielką Litwę ;)

    nijlor

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Wielkiej Litwy potrzeba mu przede wszystkim brata Władysława, a nie zabawek.

      Usuń
  5. Po pierwsze - smutna prawda jest taka, że zdolności manualne nie obejmują globalnie wszystkich manualnych zabaw w czasie wolnym. Chętnie bym porobiła na drutach, ale lipa! Tylko figurki umiem malować.

    Po drugie - choć płodzenie dzieci z mityczną kobietą płci żeńskiej, która w figurkach robi wydaje się na pierwszy rzut oka głupie, a nawet śmiercionośne dla hobby (wszak ona porzuci hobby co najmniej czasowo, a na osłodę pozostanie tylko widok cycków, i to jeśli będzie karmić piersią), ale potrafi dać też kopa do działania. U nas Tomek zaczął więcej robić w figurkach po urodzeniu się Młodego - raz, że nie byłam w stanie malować mu już każdej pierdółki, dwa, że chyba uznał za stosowne oswajanie dziecka z widokiem taty przy warsztacie.

    Po trzecie - gdzieś miałam obrazek o idealnym rodzicielstwie, ale z komórki go nie znajdę! W każdym razie w pełni się zgadzam, że kto nigdy nie podał dziecku czegoś GMO, z cukrem lub olejem rzepakowym zamiast kokosowego, niech pierwszy rzuci kamieniem.

    Po czwarte - niby jak zawsze śmieszkujesz, ale za przekaz o obecnym ojcostwie zawsze propsy.

    Po piąte - my planujemy pełnoprawne bitewniaki zacząć od LOTRa. Zakładamy, że przy częstotliwości oglądania filmowej trylogii w naszej skali, dziecko w pierwszym dniu przedszkola streści płynnie przebieg oblężenia Helmowego Jaru, więc odgrywanie tego, co dobrze znane, będzie wesołą zabawą. Ma początku wyłącznie zabawą, nie grą. Ale co będzie przez tych parę lat, zobaczymy. Zależy też od liczebności potomstwa i przerw pomiędzy ;)

    Jak zawsze dobrze się czytało, tak poza tym. A nawet lepiej, bo temat bliski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za osobisty komentarz. A więc i ja uchylę rowka prywatności. Przypomniałem sobie właśnie, że do figurek wróciłem po kilkuletniej przerwie w momencie, gdy miał przyjść na świat mój syn. Oprócz tego, że figurki są fajne same w sobie, to chciałem mu pokazać jakieś fajne hobby. Na razie tego nie podziela tak mocno jak ja... Ale swoich lizardmenów ma kilkunastu :)
      Teraz staję przed nowym wyzwaniem: wychować córkę na graczkę. Na szczęście wiem, jak to zrobić, napisałem o tym poradnik :)

      Usuń
    2. P.S. Znalazłam obrazek: https://scontent-bru2-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/22046760_1785508584810188_8705429142975682318_n.jpg?oh=e72e46019b2ae46bb6e21ca7f58d17bc&oe=5A79974C

      Usuń
    3. O to to to! Najlepsze jest to półtora rodzeństwa :)

      Usuń
  6. Tekst na który czekałem. Co prawda, jeszcze trochę czasu minie zanim zastosuję w praktyce. Jako tata półrocznej Hani, bardziej nastawiam się na przyszłe wspólne granie w planszówki niż jakieś nawalanki Sigmarinsów czy oddziałów piechoty w bitwie pod Gettysburgiem. Po cichu jednak liczę na to, że mała odziedziczy po tacie chęć do malowania ludzików, a po mamie talent do tego :)

    "Indoktrynacja" w domu to jedno, ale środowisko rówieśnicze też ma tu znaczenie, przynajmniej na późniejszym etapie. Chcesz pograć z dzieciakiem w bitewniaka, a tu klops - koledzy powiedzieli, że to zabawa dla starych, zdziwaczałych pryków (i w dużym stopniu mają rację :D ) i zapał opadł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście w początkowych latach życia (czyli mniej więcej do połowy szkoły podstawowej) można wpłynąć na to, kim są koledzy dziecka. Wystarczy zaprowadzać go na odpowiednie zajęcia pozalekcyjne, organizować spotkania towarzyskie z wyselekcjonowanymi dziećmi... Sposobów jest dużo :)

      Usuń
    2. A może od razu wciągnąć w hobby całą paczkę znajomych dziecka? Tak tylko teoretyzuję :)

      Usuń
    3. Ten pomysł jest zbyt dobry, by pozostał tylko teorią! Jak już znajomi się zaangażują, to zaczną zbierać różne frakcje...

      Usuń
  7. Dobry wpis. Podoba mi się. Grafika z ojcem i synem rewela :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Janek Koza to jeden z najlepszych polskich rysowników. Szczególnie z wczesnego okresu, kiedy nie tworzył na zamówienie polityczne. Polecam poszukać jego komiksów.

      Usuń
  8. Doskonały poradnik!!! Również pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero po owocach można ocenić jego doskonałość ;)

      Usuń
  9. Modelarstwo zaszczepił we mnie mój brat starszy o 13 lat potem już sam robiłem małe kroki w stronę warhammera nie mam potomka ale na pewno będę go kierował w tą stronę świetny artykuł Gervaz jak zawsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wyrazy uznania, cieszę się że Ci się podobało. Co zaś się tyczy rodzeństwa, to ten blog miał mieć pierwotnie inną nazwę: "Battle Brothers".

      Usuń
  10. Obrazki o podpisy pod jak zwykle prześmieszne! Więcej takich! :D
    Planszówki na klockach Lego bardzo intrygujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świeża porcja w każdy czwartek rano! Zapraszam :)

      Usuń
  11. Ja tam syna od dawna indoktrynuje - juz gdy mial kilka lat, czytalem mu na dobranoc ocenurowany fluff z WFB i WH40k. Za nami, Talisman juz Warhammer Quest, teraz gdy ma ponad 9 lat mysle nad Shadespire... Tylko to sporo roboty, trzeba bedzie kazda karte wsadzic w koszulke, z karteczka i przetlumaczonym tekstem...

    --
    GRuBshy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybyś wdrożył ten pomysł w życie, to syn spokojnie da sobie radę z tą grą. Szczególnie, gdy poradził sobie z questem. A gdybyś jeszcze udostępnił wyniki swojej pracy, wielu fanów tej gry byłoby Ci wdzięcznych!
      A jeśli o fluff z WH40000 chodzi, to po ocenzurowaniu go do poziomu zdatnego dla ośmio-dziewięcio latka - niewiele by zostało. Pod wieloma względami to uniwersum jest dużo straszniejsze niż np. to z gry o tron.

      Usuń
    2. Zostawiam iskierkę dla GRuBshy'ego:

      http://gusla.eu/graj-po-polsku-shadespire/

      ...bo to wcale nie jest "sporo roboty" ;)

      Usuń
  12. Fantastyczny tekst. Szkoda że go nie przeczytałem wcześniej bo moje bliźniaki mają obecnie 16-lat ;-) Ale z młodym spędziliśmy dziesiątki godzin nad Warhammerem, a córka pomalowała mi ładnych parę figurek, w tym T-34 do Flames of War z numerem taktycznym 102 ... Teraz pierwszy ma przerwę w bitewniakach (PS4, planszówki i RPG), a druga lata całymi dniami z aparatem i kamerą (też jej pokazałem - coż za błąd strategiczny ;-) ale wspomnienia wspólnego spędzania czasu i mnie i im zostanie na zawsze, a w dodatku na kodeksach młotka młody nauczył się płynnie czytać, a gdy przestali wydawać wersje polskie to i angielski pchnął mocno do przodu. O strategicznym myśleniu, podstawach prawdopodobieństwa, szacowaniu szans, umiejętnościach prowadzenia dyskusji, zdolnościach interpersonalnych, wzbudzaniu wyobraźni i innych korzysciach dla młodzieży byłby temat na osobny artykuł - choć ja nie mam tak lekkiego pióra (klawiatury) jak ty.

    Ale jeszcze wracając do bitewniaków to u nas było trochę odwrotnie - to młody wynalazł kiedyś Warhammera, a ja się w bitewniaki wkręciłem żeby go nauczyć ... i mi zostało ;-) Tyle że preferuję skalę 15mm i historyczny okres II wojny światowej ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te korzyści językowe obserwowałem również w przypadku swojego syna. Gdy miał motywację do czytania (bo chciał dobrze grać w jakąś grę) to angielski wchodził mu do głowy automatycznie! No i dziś są tego owoce. Niestety trochę gorzej u niego ze aspektem malarsko - hobbystycznym. Ale i nad tym popracujemy, póki nie osiągnie 16 lat i nie zacznie już iść swoją drogą...

      Usuń