Niecałe dwa miesiące temu, dzięki niespodziewanemu zbiegowi okoliczności, udało mi się poznać zupełnie nowy polski system figurkowy: "Pierwszą Wojnę Światową". Jego dokładniejszy opis możecie przeczytać tutaj. Zanim przejdę do meritum, przypomnę tylko, że bardzo dobre wrażenie zrobiły na mnie zasady. Proste, a zarazem pozwalające na podejmowanie bardzo wielu decyzji o znaczeniu taktycznym. Nie bez znaczenia jest też fakt, że mamy w tym przypadku do czynienia grą, która wymaga małej ilości modeli. A przy tym bawimy się w starcia sporych oddziałów.
W dodatku skoncentrowano się na mało popularnym froncie pierwszej wojny światowej: froncie wschodnim. Czyli taktycznie ciekawszym od bitew materiałowych zachodu.
Po pierwszym kontakcie w grze podobało mi się właściwie wszystko. Dwie tylko rzeczy powstrzymały mnie przed okrzykiem: "Shut up and take my money!". Po pierwsze - trzy inne rozgrzebane bitewniaki na warsztacie. Po drugie - wczesna faza istnienia systemu, i wynikające z niej pewne braki. Podręcznik podstawowy (który możecie za darmo i legalnie ściągnąć stąd) zawierał pełną mechanikę gry. Ale brakowało w nim spotykanych zwykle w bitewniakach opisów frakcji, parametrów jednostek czy scenariuszy. A w zasadzie - był jeden. Opisywał manewry na poligonie. Dwaj dowódcy (nie wiadomo: Niemcy? Francuzi? Amerykanie?), dysponując idealnie symetrycznymi siłami, mają za zadanie zająć i utrzymać wzgórze w centrum mapy. Niemal pojawia się wyobrażenie: ćwiczący żołnierze, zamiast do siebie strzelać, wołają: "Buuum! Buuum!".










