czwartek, 15 września 2016

Rozwód gigantów.

- o rozstaniu FFG i GW

Angole, jankesi i konflikt pomiędzy nimi, który doprowadził do separacji. A do tego gra i figurki O tym właśnie będzie ten tekst. 



             Ponieważ zależało mi na tym, by blog funkcjonował regularnie (co tydzień w czwartek rano nowy wpis), przygotowałem sobie zawczasu zbiorek tekstów. Weekend i kilka dni po nim to czas na edycję, dobranie zdjęć, ewentualne zmiany. Sęk w tym że żyjemy w czasach ciekawych dla bitewniaków, jak te z chińskiego przekleństwa. I co rusz pojawia się temat, który wydaje się być wręcz stworzony dla "Bitewniakowych pogranicz". Nie inaczej było w piątkową noc, 09.09.2016 (zwróćcie uwagę na prawidłowość numerologiczną. Jeśli dodać do siebie wszystkie cyfry w dacie rocznej, otrzymujemy 9. A 999 to nic innego jak odwrócone 666. Przypadek?). Wtedy właśnie na stronie FFG pojawiła się informacja o zakończeniu współpracy z Games Workshop. Współpracy polegającej na tym, że FFG wydawał gry planszowe, karciane i rpg na licencji GW. W większości były one osadzone w uniwersum Starego Świata i Warhammera 40.000 - ale nie tylko ("Talisman", w Polsce znany zdecydowanie lepiej jako "Magia i Miecz" oraz "Fury of Dracula").

            Wydarzenie to było przepowiadane przez forumowych speców już do czasu GenConu 2016. Przesłankami, które wskazywały na taki rozwój wydarzeń był brak zapowiedzi odnośnie dodatków do gier "Forbidden Stars" i "Warhammer Quest: The Adevnture Card Game". Szczególnie ta druga pozycja potrzebowała rozszerzeń, niczym kania dżdżu - najczęściej zarzucono jej to, że przedstawiona w niej kampania szybko się kończy i gra staje się mało ciekawa.
Ale to jeszcze nic. FFG produkuje karciankę na bazie WH40.000. Ten typ gier wprost zakłada wypuszczania coraz to nowych dodatków, na tym właśnie polegają karcianki LCG. A tu martwa cisza...

                A ponieważ nie zapowiedziano żadnego nowego tytułu opartego na licencji GW, wniosek był prosty - współpraca ustaje. Jak się pokazały wydarzenia, tak właśnie się stało. Ponieważ sam jestem fanem gier od FFG i byłem fanem gier GW, temat wydał mi się interesujący. Dlatego przejrzałem różne dyskusje i teksty na internecie, podumałem na ten temat na własną rękę - a teraz podzielę się z wami tym, co mi się w głowie ulęgło.

Ale, zanim przejdę do rzeczy, napiszę tutaj uwagę, która dotyczy całego tekstu. Żeby potem nie powtarzać jej co drugie zdanie. Oficjalne informacje na temat końca współpracy od FFG i GW są bardzo skromne (w przypadku GW - tradycyjne milczenie). Co prawda publikują oni doroczne sprawozdania finansowe - ale chyba tylko kilkadziesiąt ludzi na świecie wie, ile realnie zarabiało GW na udzieleniu licencji tej konkretnej firmie, ile FFG czerpała z tego tytułu. Jak wzrosły ich przychody dzięki niefigurkowym grom ze świata Warhammera? Ile w tej decyzji było zimnej, ekonomicznej kalkulacji, ile konsekwencji prawnych związanych z naruszaniem warunków umowy licencyjnej - a ile urażonej dumy, nieracjonalnej ambicji, zawiści i lęku? No i najważniejsze pytanie - kto zawinił?

Aby rzeczowo i poprawnie odpowiedzieć na te wszystkie kwestie, trzeba dysponować wiedzą, która zdecydowanie jest poza moim zasięgiem. Oraz poza zasięgiem zdecydowanej większości osób zainteresowanych tematem. Dlatego to, co pozostaje jako sposób na zrozumienie sytuacji, to domysły, spekulacje, analogie i zwykłe wyobrażenia. A całe to kombinowanie przebiega pod wpływem wcześniejszych sympatii i uprzedzeń. Mimo to - zastanówmy się.


Gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Albo o seks.


O co chodziło?

          Założenia umowy licencyjnej wydają się być oczywiste. Naczelny Rabin Games Workshop przybija pieczątkę koszerności (oczywiście nie za darmo!) na grach wydawanych przez FFG. Dzięki temu graficy i projektanci nie muszą puszczać oczka do klientów: "To nasze Imperium Sonnstahl to tak na prawdę Imperium z Warhammera, tylko nie mogliśmy tego napisać i narysować wprost". Klient od razu wie, na jaki klimat i jakie realia w grze ma się nastawić. A że wielu ludzi (w tym oczywiście ja) zostało uwiedzionych przez wczesne kreacje GW, to chętniej kupią grę o  bogach chaosu rujnujących stary świat, niż o jeźdźcach apokalipsy sprowadzających koniec świata na średniowieczną Europę.
Wygląda to na układ idealny: GW dostaje pieniądze za nic (nie ponoszą kosztów projektowania, produkcji, marketingu). FFG wydaje gry, którymi już na starcie są podjarani różnej maści fanboje. Sprzedaż rośnie, pieniążki płyną do kasy.

              W czym więc tkwi haczyk? W szczegółach, jak zwykle. A konkretnie w szczegółach umowy. Jeśli zwykłe umowy o pracę są tak skomplikowane, to wspólne dzieło amerykańskich i brytyjskich prawników korporacyjnych być może rywalizuje objętością z rulebookiem do 8 edycji battla (i nie chodzi mi tu o wersję mini). Siłą rzeczy muszą w niej być paragrafy odnoszące się do warunków zakończenia umowy. Niestety - mała jest szansa, że kiedykolwiek je (i resztę umowy) poznamy. Ale zazwyczaj umowy kończą się w przewidzianym z góry terminie - albo są zawierane na czas nieokreślony. W tym drugim przypadku podawane są warunki, których spełnienie powoduje ich zakończenie. I znów - może to być po prostu rezygnacja jednej ze stron, bez podania przyczyny, albo też z góry opisane działania równoznaczne z naruszeniem innych paragrafów i tym samym będące podstawą do zakończenia umowy.
Nie znając ani treści umowy, ani kulisów działania i współpracy obu producentów jesteśmy skazani na domysły i domniemania. Czy FFG przestanie wydawać gry na licencji GW, bo nadeszła ta szatańska data, będąca jednocześnie datą kończącą umowę? Raczej nie, bo firma ta potrafi zapowiadać swoje działania z dużo większym wyprzedzeniem. Również takie, które nie spodobają się fanom. Np. informację o zakończeniu wydawania pierwszej edycji "A Game of Thrones LCG: puszczono w eter z rocznym wyprzedzeniem. A zatem koniec licencji nosi znamiona wydarzenia nagłego.




Kto za tym wszystkim stoi?

       Jeśli rzeczywiście tak jest, to jedna ze stron postanowiła zakończyć współpracę. Być może oburzona poczynaniami drugiej, być może przekonana o nieopłacalności dalszej kooperacji, być może pewna tego, że samodzielnie zrealizuje swoje ambicje. A że strony są tylko dwie...

     "GW zdradnyk!" - rozległy się głosy z każdej strony internetowych dzikich pól. Oczywiście firma ta przez długie lata ciężko i uczciwie pracowała na opinię wydawniczego buca (więcej na ten temat - tutaj). Oczywistą koleją rzeczy została obwiniona za obrót spraw, który nie spodobał się wielu fanom. Być może to właśnie ta strona wypowiedziała umowę. Dlaczego miałaby to robić? Od kilku miesięcy możemy bowiem obserwować mocną ofensywę planszówkową ze strony GW. Już teraz wiemy, że niebawem zostanie wydany ponownie "Blood Bowl". I jeśli na raz będą istniały dwie gry o tym tytule ("Blood Bowl: Team Manager" to prawie to samo), obie na raz dostępne w sklepie - przy czym jedna wyraźnie tańsza, dla czterech graczy, nie wymagająca malowania figurek... Wtedy złośliwy klient może kupić nie to, co powinien. Dlatego trzeba go wyprowadzić z błędu. Mówiąc wprost - GW mogło zawczasu zadbać o sprzedaż planszówek, które sprzedaje już teraz (jeśli na raz istnieją dwie gry, który tytuł zaczyna się od "Warhammer Quest...", z czego jedna jest dużo tańsza, nie wymaga malowania figurek - ciąg dalszy już znacie. Dodajmy do tej wyliczanki np "Horus Heresy"). Oraz o sprzedaż tych, które wyda w niedalekiej przyszłości.

Ale w internecie popularna jest jeszcze jedna teoria. Osoby, które podają się za współpracowników FFG, twierdzą, że GW złym okiem łypał na zyski, które płynęły z najlepiej sprzedającego się bitewniaka w USA - X-winga. Skoro klienci zwiedzeni na manowce tym pseudobitewniakiem nie poznali się na wspaniałości gier o wieloletniej tradycji, świetnych figrukach i genialnych zasadach, to trzeba nawrócić ich na jedyne słuszne sympatie. Dlatego rzekomo GW miał zażądać, by FFG zaprzestało produkować i sprzedawać grę o myśliwcach z uniwersum gwiezdnych wojen. A jeśli nie - to koniec, zabieramy swoje zabawki i radźcie sobie sami. Teoria ta wydaje się mocno wątpliwa - ale krąży po sieci i znajduje częściowy posłuch.    

I że nie pracuję w FFG.


           A jeśli było inaczej? Wszak FFG też mogły mieć powody do rezygnacji ze współpracy. Jak się pewnie domyślacie, opłata licencyjna była znacznie wyższa nawet od tych śpiewanych sobie przez notariuszy. A do tego pewnie opłacana w regularnych odstępach czasu. Podobno owe opłaty stanowiły znaczną część przychodu GW (bez nich spadek dochodów byłby jeszcze szybszy). A że gier z tego uniwersum FFG wydały już sporo, to mogły powoli tracić pomysły na nowe tytuły. Poprzednie zdanie jest oczywiście półżartem. Jeśli wszystko, co miało słowo "Warhammer" na pudełku przynosiłoby pieniądze, to w końcu FFG wydałoby pewnie "Warhammer 40.000: Piotruś" i "Mordheim: Domino".

Więc może te gry nie sprzedają się już tak dobrze, jak kiedyś? I nie warto do nich dokładać?
Ale może być jeszcze inaczej. Wyobraźmy sobie, że klient kupi sobie "Warhammer: DiskWars". Do tego "Warhammer Quest: The Adventure Card Game". Nakręci się na ponury świat niebezpiecznych przygód. Zżyje się, pokocha, i chętniej będzie umierał za Nuln niż za Gdańsk. Aż w końcu jego oddanie może wzrosnąć do tego stopnia, że będzie chciał wejść w figurkowego bitewniaka. I wtedy może zacząć kupować figurki produkcji GW (i grać w The 9th AGe ;) ). Zamiast wydać swoje dolary na "RuneWars: The Miniature Game". Produkcja gier w ramach umowy licencyjnej jest bowiem mieczem obosieczny. Nie tylko korzysta się w niej z popularności światów, do których kupiło się licencję - ale jednocześnie samemu się ją buduje. Robiąc tym samym marketingową robotę dla licencjodawcy i jeszcze mu za to płacąc. Być może ktoś w FFG uznał, że pora przestać wspierać uniwersum innego wydawcy, bo robiąc to, odbiera się klientom szansę na polubienie wspaniałego i intrygującego świata RuneWars?


Widzicie? Można kupić licencję na WFB. Zrzutka na kickstarterze, ogarnięta ekipa i wraca stary dobry battl.


Pewnym poparciem tych spekulacji może być fakt, że GW chce udzielać innym wydawcom licencji na wydawanie gier w swoich uniwersach. Może na innych warunkach, może mniejszym firmom - ale oferta jest jasna.

Czy musiało do tego dojść?

            Cytując klasyka - widocznie musiało, skoro doszło. Od czasu zawarcia tej umowy znacznie zmieniła się sytuacja obu firm. FFG wyrastają na lidera branży zaawansowanych gier bez prądu. Firma rozszerza swą działalność na Europę, agresywnie i zwycięsko zajęła pole w królestwie gier figurkowych. Natomiast GW... Szkoda gadać. Leci w dół z roku na rok. W końcu udziałowcy wymusili zmiany na najwyższych szczeblach władzy, znów wydaje się osobne gry, wrócą specialist games, z oficjalnych komunikatów wieje obowiązkowym, korporacyjnym optymizmem. Na pewno firma chce ratować swoją dawną pozycję. Jeśli postrzegać rynek zaawansowanych gier bez prądu jako pole konkurencji, na którym może być tylko jeden zwycięzca - konflikt wydaje się być nieunikniony.

Co dalej planszówkowcu, karciankowcu, rpgowcu?

              Na jakiś czas mamy przerwę, jeśli chodzi o nowe gry tego typu, nie wydawane przez GW. Będzie więc czas na dogłębne poznanie paru na prawdę dobrych tytułów. Szczególnie rekomenduję wam trzecią edycję "Fury of Dracula", "Chaos in the Old World" i "Forbidden Stars" oraz "Only War". Ale oprócz tego - jest jeszcze mnóstwo innych gier. W dodatku wysoce zróżnicowanych. Mamy więc i karcianki, i planszówki, i rpgi - i rpgo-karcianki. Proste i skomplikowane, dla dwóch graczy i dla sześciu. Takie, w których rozgrywka trwa 20 - 30 minut i 3 - 4 godziny. Każdy znajdzie coś fajnego dla siebie. A jeśli w przyszłości pojawią się inne gry, których akcja dzieje się w starym świecie i świecie mrocznej przyszłości, to na pewno będą one podobne do innych gier oferowanych przez danego producenta. Gry od GW będą ociekały od cudownych figurek, miały nieprzemyślane zasady i będą kosztować 350 zł. Za to, jeśli jakiś niemiecki wydawca zatrudni niemieckiego projektanta, to możemy dostać eurogrę osadzoną w świecie-kuźni, której treścią będzie produkcja uzbrojenia na rzecz Imperium.
Ponieważ tytuły od FFG znikną ze sprzedaży w luty 2017, radzę zrobić zakupy. Prawdopodobnie nie zostaną one wznowione w ciągu najbliższych kilku lat. Na początek ich ceny sklepowe mogą być niższe (sklepowe wyprzedaże) - ale potem trudniej będzie je dostać, a i cena skoczy w górę.


Nurgle, Stary Świat i do tego po polsku. To nie może być zła gra - i nie jest!

Co dalej figurkowcu?

     Jeśli prawdziwa jest teza, że planszówki mogą przyciągać nowych ludzi do grona bitewniakowców - to w najbliższym czasie takowy przypływ znacznie się zmniejszy. Gry FFG cieszyły się sporą popularnością wśród fanów planszówek, część z nich była bardzo wysoko oceniana w światowych rankingach. Nie można tego samego powiedzieć o "Assassinorum: Execution Force" czy "Lost Patrol". Wydają się one być adresowane raczej do ludzi lojalnych wobec GW i stanowią pretekst do dodania nowych figurek przeznaczonych do ulubionego bitewniaka.

A więc miłośnicy Age of Sigmar i Warhammera 40000 dostaną nowe zabawki. Zapakowane w wielkie pudła, "wzbogacone" o reguły pozwalające na oddzielną zabawę nimi. Ale potem te figurki wrócą jako samodzielne armie (Deathwatch, czy kult genestealerów). Skupienie się GW na rynku planszówek będzie równoznaczne z zaniedbaniem podstawowych bitewniaków. Co nie musi być takie złe - wreszcie będzie czas, by pomalować zaległe figurki i zagłębić się w samą grę. Albo spróbować innych systemów - czego niniejszym życzę.
W dalszej przyszłości (jeśli powiedzie się eksperyment z "RuneWars The Miniature game") FFG może poszerzyć ofertę bitewniaków. Może nawet doczekamy się figurkowej Gry o Tron?

W zasadzie to nie musimy czekać. Figurki już są, mechanikę można wziąć z dowolnego systemu historycznego. Specjalnie na wniosek Sarmora ze strategie.net.pl - link do źródłowego forum tutaj.




         Pora zbliżać się do końca. Jeśli sytuację zerwania współpracy pomiędzy FFG a GW porównać do rozwodu, to w jej efekcie najbardziej ucierpiałyby dzieci. Czyli klienci i fani. Wystawieni na zamęt, niepewność, konflikt lojalności. Na szczęście nie jesteśmy dziećmi, a od niesnasek pomiędzy wydawcami nie zależy nasz los. Już prędzej ich. Oczywiście wiadomość, że nie będzie dodatków do naszej ulubionej, dopiero co kupionej gry nie jest czymś miłym. Ale rynek tego typu gier jest baaardzo szeroki i zachęcam do eksplorowania go. Do próbowania nowych tytułów, malowania nowych figurek. Żyjemy w złotych czasach zaawansowanych gier bez prądu, i jeśli FFG i GW na chwilę się zakrztuszą, to nikt tego nawet nie zauważy.


Zostaniesz z mamusią GW, czy tatusiem FFG? Na szczęście nie musisz wybierać, to nie religia (nie dotyczy Japończyków).



5 komentarzy:

  1. Interesujące wnioski, choć czasem mam wrażenie, że próba odgadnięcia co siedzi w głowach szefostwa GW jest jak próba podłączenia się do Tyranidzkiego Hive Mind =)
    Co ciekawe, cała ta sytuacja może nam graczom przynieść korzyści, począwszy od zaostrzenia konkurencji i podejmowania kolejnych prób przypodobania się klientom, po eksplozję nowych systemów. Można się co prawda obawiać rozproszenia graczy pomiędzy różnymi systemami, ale koniec końców, więcej systemów oznacza większy wybór i potencjalnie jeszcze więcej graczy, czego nam wszystkim życzę =)

    OdpowiedzUsuń
  2. Próba odgadnięcia, co siedzi we własnej głowie, co rzeczywiście sprawia, że podejmujemy takie decyzje, a nie inne - to też wyzwanie. Co dopiero odgadywanie motywacji zespołów ludzi, których osobiście nie znamy. Czyli szefów tych firm.
    Ja tam bym się cieszył, jakby gracze rozpraszali się pomiędzy różnymi systemami, próbowali z szerokiego menu tego, co będzie im najbardziej odpowiadać. A jak gust się zmieni - spróbować jeszcze czegoś innego. A tutaj link do ciekawej dyskusji na temat, którego dotyczy artykuł. Jest w niej więcej faktów i konkretów (po odsianiu wrażeń, opinii i uprzedzeń) http://www.gry-planszowe.pl/forum/viewtopic.php?f=1&t=45063

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawy tekst. No cóż, też przychylam się do wniosków - GW i FFG to teraz dwa potężne ośrodki produkcji gier planszowych i bitewnych, każde ze swoim profesjonalnym zapleczem i ludźmi. Nie ma tu miejsca na współpracę a jedynie na podbieranie sobie klientów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Właściwie to nawet z prawnego punktu widzenia jest to naprawdę skomplikowany temat. Szkoda, że prawo i kapitalizm wszędzie musi wtykać swoje 3 grosze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dodatku raczej nie będzie nam dane poznać szczegółów. Umowy o współpracy utajnione jak pakt Ribbentrop - Mołotow. Zero konkretów udostępnionych szerszej publiczność. Wielu fanów poczuło się rozczarowanych - a to wszystko po to, by prezes zarobił parędziesiąt tysiaków więcej.

      Usuń