czwartek, 2 lutego 2017

Pierwsza rocznica śmierci Maćka Sabata.


    31 stycznia 2016 umarł Maciek Sabat. Mało prawdopodobnym jest, by to nazwisko nic wam nie mówiło. Odkąd tylko opuścił rodzinne Kielce, żył grami, jak mało kto. Ale nie był tylko biernym konsumentem rozrywki z prądem i bez prądu, ale też twórcą i popularyzatorem.

A co to za stary dziad co próbuje naśladować Lucka?
 
     Ale przede wszystkim - był kumplem. Nie tylko moim. Te ponad 1300 znajomych z jego profilu to nie tylko abstrakcyjna liczba. Dam sobie rękę uciąć, że z każdym z tych ludzi przegadał i przegrał niejedną noc.
Nie erudycja, kreatywność i energia były (moim zdaniem) jego prawdziwym darem. Tylko towarzyskość. Nie był nigdy Adonisem, ale wystarczyło zamienić z nim dwa zdania, by oczarował rozmówcę. Był bardzo dobry w słuchaniu; widać było, że chce nawiązać kontakt i jest zainteresowany człowiekiem, który do niego podchodzi. Ale w opowiadaniu był arcymistrzem. Sypał dygresjami jak z rękawa i zawsze uraczył rozmówcę historią zarówno ciekawą i poruszającą, jak i nieznaną wcześniej. Na początku mogłeś go nie znać, a nawet podchodzić do niego z pewną rezerwą... Po kilku minutach pogawędki już byliście kumplami.
    Jak się pewnie domyślacie, zabawa w gry bez prądu w jego towarzystwie była wyjątkowo przyjemnym doświadczeniem. Same karty, reguły i figurki to tylko kawałki papieru i plastiku. Mogą zmienić się w emocjonującą przygodę wtedy, gdy spotkasz człowieka, który razem z tobą, na podstawie gry zachce wkroczyć w świat wyobraźni. I który zrobi to w taki sposób, że na czas zabawy zapomnicie o własnych ograniczeniach, o szarej rzeczywistości - i na parę godzin przeniesiecie się do innej rzeczywistości, by pożyć innym życiem.
    I Maciek był wręcz archetypem dobrego kompana do grania. Znaliśmy się ze 20 lat, z różną intensywnością. Ale kiedy tylko się nadarzała okazja, graliśmy. Między innymi w figurki. Nie uda się już tego nigdy powtórzyć; on zmarł, ja już nigdy nie będę nastolatkiem. Ale miło jest powspominać. I do tego właśnie zapraszam dziś wszystkich, którzy Maćka znali, jak i tych, dla których jest on obcą osobą. Byśmy na chwilę zanurzyli się w jego życie, w jego doświadczenia z grami figurkowymi.

Wystąpiliście kiedyś w karciance? Bo Maciek wystąpił...

Swego czasu opisał on dość obszernie swą historię znajomości z zabawkowymi żołnierzykami. I choć zmarł, to jego słowa nie przepadły, i dziś pozwólmy przemówić umarłemu:


Moje piętnaście lat z figurkami w tle

Flo, rybki.

Żywot człowieka dorosłego to przerażające doznanie. Obowiązki, rodzina, święta, prezenty... mnóstwo rzeczy do ogarnięcia. Kto ma, ten wie, jak to jest. Kto nie ma - powinien być szczęśliwy. A jak dołożyć do tego jeszcze fakt, że tego biednego człowieka (czyli mnie) za dwa dni trafi trzydziestka, to już kompletny klops.

Jakby tego było mało, wisi nad nami końcówka roku, czas podsumowań, rozrachunków i rozliczeń (za spodnie na bazarze i zabite lwy). 
Ów lew wystąpi również za tydzień. Stay tuned. Niemniej jednak warto zwrócić uwagę, że Wolsung wyprzedził WH40k, jeśli chodzi o wywołanie skandalu z przedstawieniami martwych zwierząt.


 Postanowiłem zatem i ja rozliczyć się z czasem. Ale trochę inaczej, niż zrobił to mój idol (o czym wiewiórki doniosły mi smskami, bo ostatnie dwa tygodnie byłem trochę odcięty od internetów). Postanowiłem, mianowicie, korzystając ze wspaniałej
MotywAkcji, napisać rozliczeniowy felieton o grach bitewnych w moim erepgowym życiu.

Z góry ostrzegam - będzie to osobisty i pełen dygresji tekst, niekoniecznie posiadający jakąkolwiek wartość merytoryczną. Ale to niekoniecznie mój problem, prawda? Zatem - czuj się ostrzeżony, czytelniku. A teraz, jeśli chcesz, cofnij się ze mną w czasie i przygotuj na magiczną nostalgiczną podróż przez półtorej dekady.


1. Złamany maszt i Czarna Arka

W czerwcu 1995 roku skończyłem szkołę podstawową. Za moich czasów robiło się to po ośmiu klasach, więc byłem już wtedy młodzieńcem w pięknym wieku, z niejakim doświadczeniem w grach fabularnych. Niestety, ograniczały się one bardzo do dziwacznych publikacji w przerażających językach oraz jeszcze bardziej przerażających Kryształów Czasu i kilkudziesięciu ubitych w kwiecie wieku postaci. Mieliśmy wtedy bardzo inne podejście do gry. Ale bawiliśmy się pięknie. Pierwszego dnia wakacji mój szanowny Ojciec (na swoje i mojej szanownej Muzer nieszczęście, jak się okazało później) podsunął mi poniedziałkowe wydanie lokalnego dziennika i powiedział: "Patrz tu". "Tu" okazało się długą na pięć zdań notką w stylu "Klub miłośników gier fabularnych Avatar zaprasza początkujących i doświadczonych graczy RPG na spotkania. Wojewódzki Dom Kultury, ul. Seminaryjska ileśtam, w każdy piątek o 14". Umarłem.

 O.M.F.G.

Nie jesteśmy sami we wszechświecie! Yay! Tuż obok, gdzieś, niedaleko (no dobra, na drugim końcu miasta) rozwija się Cywilizacja! Klub! Gracze! RPG! Doktor Lingvistone, jak sądzę! O rany. Cztery dni szykowaliśmy się z moim przyjacielem Grzesiem na wyprawę. Zrobiliśmy pewnie z czterdzieści postaci do Kryształów (kto widział, ten wie, co to oznacza), odpicowaliśmy karty, porysowaliśmy portrety, napisaliśmy historie i zaostrzyliśmy wszystkie ołówki. Kostki mieliśmy cztery. Łącznie. 2k10 i 2k6. Hell yeah. Polska 1995, prowincjonalne miasto Kielce.

Klub przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Trzydziestu chłopa, wszyscy starsi od nas, "Ajem jor fader Luk Starłors Fą", "mechanika deszejść lepszą jest od każdej innej", "e, nie ja wolę na gurpsie", "Może zagramy w moją ałtorkę o upadłych demonach?", "widzisz thaco goblina to 18 pajacu, a nie 20"... Kosmos. Od razu okazało się, że w wakacje klub spotyka się codziennie i można grać, ile się chce. Zatem graliśmy. Przez pierwszy tydzień odezwałem się cztery razy, Grzesiu dwa. 

Przeszłość. Magiczna kraina wypełniona wspaniałymi grami i wspaniałymi ludźmi.


 A potem Gerwaz i Obcy (dziś moi serdeczni koledzy, jeden jest psychologiem w biznesowej warsiawce, drugi pracuje w zakładzie Udupiania Społeczeństwa, pozdro chłopaki ;-D) przynieśli swoje figurki do ManoWara. A ja zrozumiałem, że to koniec. Że resztę życia spędzę grając, w erpegi i gry bitewne. Jasna i świetlista przyszłość otworzyła się przede mną. Z niebios zstąpili aniołowie, odezwały się trąby a statek Skavenów, którego piękne detale podziwiałem, wyślizgnął mi się z rączek i połamał sobie maszty.

Żyję. Gerwaz mnie nie zabił, ale jego wzrok mówił wszystko. Na szczęście miałem jakieś pieniądze przy sobie, pobiegłem do modelarza po klej i skleiliśmy model. O rany. Dwa tygodnie bałem się do Karola (bo Gerwaz to Karol ;-) odezwać. W klubie byłem czarną owcą, nikt nie pozwalał mi nawet zbliżać się do ich modeli. Masakra. Aż do pamiętnej bitwy, w której Obcy sam rozniósł trzy armie korzystając z moich światłych rad. Moje przerąbanie farciarskie rzuty (z których słynę do dziś - moi gracze płaczą, kiedy nadchodzi ten moment, że mam dobić ich na ST 50 w Wolsungu) i doskonałe wykorzystanie Czarnej Arki (Hosanna!) przyniosły nam wielkie, legendarne zwycięstwo.

A potem poszedłem do liceum i tam zaczęło się naprawdę...


2. Jak okłamałem czytelników mojego felietonu mówiąc, że to zaczęło się w 1995...

Tak naprawdę ten felieton powinien mieć w tytule raczej dwudziestkę... W 1989 roku Iskry wypuściły broszurowe wydanie Howarda, w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy.
Pierwszy tom, Bogowie Bal-Sagoth kosztował całe moje pierwsze w życiu kieszonkowe. Mam go do dziś. Tak odkryłem fantastykę - i chciałem dzielić się z wszystkimi swoją pasją, co, rzecz jasna, spotykało się ze zdrowym niezrozumieniem i dziś wcale mnie to nie dziwi. Na szczęście (inny) Grzegorz, duuużo starszy brat mojego przyjaciela Łukasza był zapalonym miłośnikiem gatunku. Prenumerował Fantastykę - i zaczął mi ją chętnie pożyczać. Oczywiście nadrabiałem zaległości od pierwszych numerów, więc trochę mi zajęło, zanim dotarłem do niesamowitego numeru z niebieską okładką, w którym dział Galeria poświęcony był grom. Hej, te dziesięć (niestety, nie sprawdzę, moja kolekcja Fantastyk, którą dostałem od Grzegorza jest w piwnicy u moich rodziców, popakowana w zgrabne pudełka) zdjęć totalnie zmieniło moje życie. Do dziś pamiętam, co na nich było - kolejka do sklepu Games Workshop w Londynie, figurka elfa, podręczniki do AD&D... wiedziałem, że oglądam coś, co jest bramą do innego świata. Ale najbardziej, najbardziej, najbardziej urzekły mnie figurki - zdjęcia stołów z makietami i klockami oddziałów, rozmazane i rozciapciane kiepskim offsetem drukarni KAWu czy innego cholerstwa, które drukowało podówczas Fantastykę. I tak naprawdę moje dwadzieścia lat z figurkami w tle zaczęło się właśnie wtedy. Niestety, bardzo teoretycznie, do czasu, kiedy zawiatała do mnie...


3. Moja Pierwsza Figurka!

MiM. Ta nazwa elektryzowała nas za każdym razem, nieodmiennie, przez końcówkę podstawówki i całe liceum. Yay! Nasz ukochany periodyk o naszym ukochanym hobby. Miłosz, Wenanty, Skróty, Almanachy. Kraina Goblinów. Czekało się cały miesiąc (a czasem więcej, sporo więcej) i połykało numer w dwie godziny. Od dechy do dechy. Miód i orzeszki. Aż pewnego razu Wąsaty Pan Kioskarz dał mi mój periodyk i dołożył do niego plastikowy woreczek z czymś. Gratis. OMG! Jak bransoletka do Klaudii! 
Najpierw Maciek jarał się Magią i Mieczem. Jak chyba wszyscy miłośnicy fantastyki w Polsce powyżej 30go roku życia. Ale potem, wraz z grupą śmiałków, rzucił wyzwaniu Zmierzchu Prasy Drukowanej i reaktywował legendę.

 To była figurka. Moja pierwsza. Elfi łucznik. W płaszczu, z kołczanem przy pasie. Nic dziwnego, że połowa moich postaci do Warhammera i Kryształów (tak, ciągle w nie graliśmy...) stała się elfimi (względnie półelfimi) łucznikami. Pomalowałem ją humbrolkami, totalnie zalewając wszystko, co tylko dało się zalać w tak prostym, plastikowym modelu. Zastanawiałem się, czemu nie ma cieni na płaszczu i w ogóle. I jak namalować oczy na takiej maleńkiej powierzchni. Wiecie, te wszystkie rzeczy, które robicie na korcie, kiedy nie macie pojęcia, którą stroną rakiety tenisowej się gra. Z drugiej strony - to był jakiś 1996 rok, internet raczkował, o stałych łączach nikt nie myślał. PDFy były ekstrawaganckim wymysłem, blogowanie kojarzyć się mogło co najwyżej z toaletowymi problemami a Mark Zuckerberg jeszcze nawet nie raczkował. Niemniej jednak, graliśmy i mieliśmy wielki apetyt na figurki, który leczyliśmy inną trucizną - karciankami. A właściwie to jedną karcianką - Doom Trooperem!


4. Warzomunda!

Doom Trooper zajawił nas na całego. Świetna gra, genialny świat. Przepiękne ilustracje Paula Bonnera. Nic dziwnego, że kiedy na rynku pojawiła się bitewna wersja Kronik Mutantów - Warzone rzuciłem się na niego zębami i pazurami. Na miarę, oczywiście, moich skromnych możliwości finansowych. Dość powiedzieć, że moi rodzice niespecjalnie cieszyli się z moich dziwnych hobby i niekoniecznie wspierali akurat te aspekty mojego życia. Gry, figurki, kostki, farby - to wszystko musiałem kupować z kasy, jaką udawało mi się zaoszczędzić na różnych rzeczach - codziennie szedłem do szkoły na piechotę, jakieś 3 kilometry. Bilet miesięczny kosztował trzy dyszki - tyle, co dwa blistery albo parę farbek. W jakiś sposób, figurka po figurce, kleiła się kolekcja. Ale zawsze byłem w tyle, za kółkiem graczy, które skupiło się wokół sklepu Gandalf w Kielcach (otworzył się jakoś tak w 1996 i był kultowym miejscem spotkań kieleckiej sceny graczy. Naprawdę kultowym, łza się w oku kręci). Zebrałem w miarę grywalną ilość modeli akurat wtedy, kiedy wszyscy przerzucili się na Necromundę. Cóż było zrobić, drodzy państwo? Jakoś tak się złożyło, że zebrałem troszkę wolnych środków i udało mi się kupić sporo bitsów z battla i czterdziestki. Pilniki, obcęgi i klej w łapkę - i zacząłem szał konwersji. Wystrugałem sobie całkiem ładny gang - dwa miesiące siedzenia, dopasowywania i klejenia. Wiecie, jak zabawnie klei się metal, zanim człowiek wpadnie na pomysł użycia sztyftów? Podpowiedział mi go mój Ojciec, który modelarską część moich zabaw akceptował (sam uwielbia kolejki i kartonowe modele, ale niestety, obie pasje zarzucił w młodości). 
Takie to były przyjemniaczki.


     Zrobiłem mój wypasiony, w pełni autorski gang Goliathów. Wymalowałem go cudnie. Ślina kapała, jak się na nich patrzyło. Mutki, popalone, powalone, jeden w jednego jak spod atomowej igiełki. Cudo. Zeszła mi na to większa część wakacji. Zagrałem nimi dwie bitwy - epickie, wielkie i totalnie odjechane. Obie zresztą przerżnąłem, jako, że dupa ze mnie, a nie strateg. Ale miny graczy i widzów, którzy oglądali moje modele - bezcenne. A potem zaczęła się szkoła, druga klasa ogólniaka. Nie, żeby mi to jakoś przeszkadzało.

W połowie października sprzedałem wszystkie makiety i gang. Za zarobioną kasę kupiłem milion (no, z pięć) podręczników do Świata Mroku. I na parę lat pożegnałem bitweniaki...


5. Okej, to my będziemy wyznawać Morka. Gorka! Morka! Gorka! WAaaaaAaaaAaaagh!!!

Do mojej szkoły trafili nowi gracze. Wszyscy do jednej klasy. Wenus, Misiek, Jabol, Sysu. Błyskawicznie (krótki kurs "jak rozpoznać rpgowca w liceum, w 1996 roku" - długie włosy, szatan w oczach, blackmetalowa koszulka z pentagramem? Żaden z nas tak nie wyglądał ;-) zgadaliśmy się i zaczeliśmy razem grać. W pewnych okresach - codziennie. Wampira. Na poważnie. Tę samą Sagę (czy tam Kronikę...) To było intensywne doznanie, wkręcaliśmy się, bo niech mnie diabli, ale byliśmy świetną ekipą graczy. Dobra rotacja MG, każdy prowadził, każy grał - nie było szans na nudę.

Aż w końcu pewnego dnia pojawił się Jabol i powiedział: "Są dwie podstawki do
Gorkimorki za śmieszne pieniądze, znajomy ma, z Angli przywiózł". Hell yeah! Koncept orków (okej, nie graliśmy tylko w Wampira. Tłukliśmy też resztę WoDu, Młotka, Cybera, Cthulhu i wszystko, co trafiło w nasze ręce. Ale i tak Wampir zajmował jakieś 75% czasu antenowego) jeżdżących ciężarówkami po totalnie wypalonych pustkowiach i rozpieprzających w drobny mak wszystko, co uda nam się napotkać przemawiał do nas na każdej możliwej płaszczyźnie. Szczególnie, jak padło hasło, że każdy spór w zasadach rozwiązuje się wrzeszczeniem.

I tak zaczęliśmy grać w Gorkemorkę. To świetna gra. Totalnie, totalnie jajcarska. Mieliśmy przy niej ubaw po pachy, potrafiliśmy siedzieć osiem godzin dziennie i ciupać bitwę po bitwie przez tydzień. Proste zasady, rewelacyjne modele, poczucie humoru - kto nie poznał w młodości, niech żałuje.

Poza tym Gorkamorka uratowała mi kiedyś życie...
Podobał wam się nowy Mad Max? To teraz dodajcie do niego orki i odejmijcie metafory problemów społecznych. 


   Okej, misie. To koniec pierwszej części mojej opowieści. Przede mną ciągle historia o szpachlowaniu szafy na skutek wywijania dwuręcznymi mieczami w kawalerce, historia o tym, jak wydałem kasę na czynsz zupełnie nie na czynsz i jeszcze parę innych, ciekawych anegdotek.

Następna część po świętach ;-)

Nie musimy na szczęście czekać do świąt.

Kwik, kwik

Oto druga część mojego
felietonu wspominkowego. Kto czekał - nie musiał czekać długo. Kto nie czekał, yyy... No, mniejsza z tymi, którzy nie czekali. Raz jeszcze powtórzę ostrzeżenie: ten tekst jest średnio merytorycznym felietonem wspominkowym erpegowca, który miał długoletni romans z grami bitewnymi. Kto nie lubi wpisów o kotkach i szuka ośmiuset procent merytoryki w blogach, niech nie czyta. Wolność, moi mili, to także wolność do nieczytania.

Dość już mojego marudzenia - zapraszam do lektury drugiej części tekstu :-)


6. Czynsz? Jak to, czynsz? Mordheim!

Jesienią 1999 roku wyprowadziłem się z Kielc. Zostawiłem tam masę kumpli, całkiem sporą (kiedyś usiedliśmy ze znajomym i wypisaliśmy na kartce osoby, które znamy i które grały w RPG. W prowincjonalnym mieście Kielce, położonym w połowie drogi do nikąd, na naszej liście mieliśmy cztery setki nazwisk. I kolejne dwieście ksywek ludzi, których znaliśmy z widzenia. How cool is that?) grupę graczy, moje książki, gry i kolekcje prawie wszystkich karcianek, które zebrałem przez kilka ostatnich lat. Do Krakowa pojechał tylko M:tG.

Rada dla przyszłych studentów: nie szukajcie mieszkania 20 września. Zróbcie to w sierpniu. Oszczędzicie sobie spotkania z "panią Zofią, która lubi młodzież i udostępnia im kwatery". Cztery miesiące wytrzymałem pod dachem babska, które potrafiło zakręcić zawór ciepłej wody, kiedy człowiek był pod prysznicem. Cztery miesiące dojazdów z granicy strefy miejskiej, gdzie autobusy kursowały co godzinę, ale w zamian za to tylko do dziewiątej wieczorem. Cztery miesiące kłótni o źle ustawione buty albo umazany masłem nóż na stole. Cztery miesiące przesiadek, wstawania o 4:30, żeby zdążyć na WF o 7:30. A potem spakowałem książki w pudła i wstawiłem je do kumpla. Z plecakiem najpotrzebniejszych rzeczy przeprowadzałem się od znajomych do znajomych, przez jakiś czas pędząc wesoły żywot waleta. 
Dziś już nie robią takich gier... Albo nie mam już dwudziestu lat.


 Aż pewnego dnia wpadłem na wspomnianego już wcześniej Gerwaza, który rok wcześniej wyprowadził się do Krakowa na studia. I jakoś tak wyszło, że wieczorem zajmowałem pół pokoju przy Błogosławionej Jadwigi. A kiedy zaczęliśmy gadać o czynszu, mój wspaniały kolega Gerwaz powiedział, mniej więcej tak: "Czynsz? Jaki czynsz? Mordheim!". No i pojechaliśmy po Mordheim do ś.p. Szeherezady. A potem zaczęliśmy grać. Nie wiem, czy widzieliście kiedykolwiek box do Mordki - jest to najklimatyczniejsza gra, jaką kiedykolwiek wypuścił i wypuści Games Workshop. Mrok, syf, ryby, rzygi i żaby leją się strumieniami z każdej strony. Czuć prawdziwy klimat kultystycznego, warhammerowego szaleństwa, pierwotny i surowy, taki, jak pamietam go z najlepszych sesji, które w klubie prowadzili Krzyś Małys i Gerwazy. Podręcznik do Mordki stoi na mojej półce i zawsze będzie miał tam miejsce, mimo, że nie gram już od lat. Uwielbiam go przeglądać, robię to co kilka miesięcy - te niesamowite rysunki i teksty zawsze mnie inspirują.
Do tego - makiety. W Gorce mieliśmy wielki Fort Orków - cool. Stał sobie i... no... można było z niego strzelać. Mordheim to kilka absolutnie odjazdowych budynków - rozwalonych, popalonych, mrocznych i smutnych. Od razu czuć atmosferę zniszczonego miasta. A na koniec - modele. To było wszystko, co najlepsze w Battlu - odjechany klimat Starego Świata pozbawiony najgorszej cechy sztandarowej gry GW - odbijania od sztancy. Każdego chłopa w mojej bandzie świrów posklejałem z innych bitsów. Dałem im totalnie odjechane kolorki. Wyglądali bosko.


7. Co to za ciota? Ten w czarnym? Tak, wygląda jak ciota... hej, czy on ma szminkę?!

Takie słowa to najczęstsza reakcja na szefa moich najemników (co prawda jego kariera była smutna i krótka, bo za następny czynsz dokupiłem sobie najgenialniejszy model na świecie - Freelance Knighta, który stał się nowym bossem). Wspieliśmy się z Gerwazem na wyżyny sztuki przy malowaniu tego modelu. Czarne wdzianko, połyskliwa jedwabna koszula w kolorze kardynalskiej purpury. I makijaż. Gruba warstwa pudru, na to róż, oczy podkreślone eyelinerem. Lubieżnie otwarte usta, ostra, czerwona szminka. Cieniutki rapier i trójkątny kapelusz. O rany. Ten gość był esencją zepsucia, pinaklem slaneszowego kultu w Parrvon. Stał na moim kawałku półki, którą dostałem od Gerwaza. Reszta figurek leżała w pudełku, ale Malleur stał sobie na wolności. Widziałem w życiu wiele figurek. Wiele razy śliniłem się, czy to na Golden Demony, czy na jakieś obłędne produkcje localsów. Ale wierzcie mi, tylko mój złowieszczy, czarny błazen był tak absolutną kwintesencją chorego Warhammera, skoncentrowaną do maksimum pigułą zepsucia rodem ze Starego Świata.
Z oczywistych przeżyć zdjęcie figurki nie zachowało się. I tak dołączyła ona do armii bezimiennych ludków, które były czymś więcej niż tylko ludkami. Ale przepadły na zawsze.


 Zupełnie, zupełnie kiedy indziej i w zupełnie innym miejscu pewna młoda dama zupełnym przypadkiem strąciła Malleura z zupełnie innej półki i przypadkiem rozdeptała go. Trzy dni była na mnie obrażona, że przez moją głupią laleczkę boli ją stopa. A poza tym miała kolejny powód, żeby nie lubić mojego hobby. Tak zakończyła się kariera złowieszczego łotrzyka. I tak przeżył swoich towarzyszy, którzy jakiś czas wcześniej zmuszeni byli uratować mi życie.


8. Jak bitewniaki uratowały mi życie

Hmmm... to będzie osobiste. Może inaczej - wszystko, co czytaliście do tej pory, było osobiste. Ale historia o tym, jak Gorkamorka i Mordheim uratowały mi życie, to zupełnie inna historia. I w sumie nie bardzo wiem, jak ją zacząć, więc zacznę ją od początku. Mam świetnych rodziców. Wspierają mnie, we wszystkim, co robię, niekoniecznie uznając to za słuszne. Cieszyli się strasznie, kiedy po latach pokazałem im wydanego Wolsunga, ale nadal uznają, że przez poświęcanie czasu grom nie zrobiłem w życiu paru z tych rzeczy, które powinienem. Kariery prawnika, wielkich pieniędzy i takich tam. Obiektywnie dobrych rzeczy, z gatunku tych, których kochający, troskliwi rodzice pragną dla dobra swoich dzieci.

Nie da się wytrzymać z takimi rodzicami! Argh. No i pewnego razu postawiłem się okoniem. Postanowiłem zastrajkować i udowodnić, że świetnie poradzę sobie sam, że mogę studiować dwa kierunki, grać, jeździc na konwenty, pisać i jeszcze zarabiać kasę na utrzymanie siebie i lachona. Przestałem z nimi rozmawiać, nie brałem pieniędzy i robiłem wszystkie te rzeczy, które zbuntowany młody człowiek na trzecim roku studiów powinien zrobić. Hell yeah! Przez moment nawet mi się udawało. A potem skończyła mi się kasa. Proza życia spadła na mnie piętnastoma tonami cegieł. Praca na pół etatu jako newsman w ścierwisie IT i okazjonalne doróbki w knajpie nie wystarczały, a pożerały mi masę czasu. Żeby mieć co jeść sprzedałem figurki, podręczniki, kolekcję komiksów, kilka karcianek (suicide black z kompletem rev. bad moonów i black knightów, chlip, chlip). Prawie pół roku walczyłem z rzeczywistością, a potem zadzwoniłem do rodziców i wybaczyłem im ;-)


9. Jak nie zacząłem grać w czterdziestkę

Kiedy przypominam sobie tę historię, umieram ze śmiechu za każdym razem. W pewnym momencie w totalnie zarąbistej i gotyckiej grze Warhammer 40'000 pojawiła się absolutnie genialna frakcja - Sisters of Battle. Wiecie, jak to jest z czterdziechą - Space Marines wyglądają zarąbiście. Boltery, power armory. Imperium powala designem maszyn, zresztą piechociarze też ociekają awesomem. Chaos gniecie i bije po krzyżu, spaczeni Marines - miazga dziesięć. Eldarzy *pisk!*... totalnie każda frakcja w grze wygląda zarąbiście. Ale nigdy nie przepadałem za dużymi grami, mój ukochany gatunek to skirmiszówki.

I nagle GW wypuszcza Siostry. Każdy numer White Dwarfa przynosił nowe zdjęcia tych opętańczo zarąbistych modeli. Genialnie prosta stylistyka, która kojarzyła mi się z najlepszymi kawałkami Bractwa (z moich kochanych Kronik Mutantów), świetne kolory. Prześliczna armia. Boska. Chorowałem na nią miesiącami, chyba jeszcze przed wyjazdem na studia, oglądając nowe zdjęcia i wkręcając się coraz bardziej. Aż w końcu powiedziałem: "Damnit! Nie znoszę dużych bitewniaków! Argh! Zawsze w nie przegrywam, bo już w połowie nie chce mi się grać! Argh!". Sytuację podkręcał fakt, że rozpiski oddziałów Sióstr były naprawdę słabe. W świetle tych potężnych argumentów, które udowadniały mi, że nie ma sensu wchodzić w czterdziestę zebrałem się i pojechałem do Szeherezady, żeby kupić armię.
Może nie jest to jakaś cudowna piękność, ale i tak ładniejsza od typowego Space Marine'a. W sumie rozumiem Maćka. Być może kiedyś napiszę tekst: "Jak nie zacząłem grać w 9tą Erę?"


I rzecz jasna, nie było jej tam. Mogli mi ją sprowadzić, tak na za-miesiąc, albo coś w tym stylu. Powiedziałem Kubie, że pomyślę i zadzwonię jakby co. Wsiadłem w tramwaj i pojechałem do Barda. W którym, oczywiście, Sióstr nie było. Ani jednego modelu. Łukasz (który jeszcze wtedy czasami stał za ladą) powiedział, że mogą je zamówić. I że za jakiś miesiąc będą. RAR był już wtedy long-gone, innych sklepów jeszcze nie było. Wróciłem do domu przez kafejkę, gdzie ściągnąłem i wydrukowałem rozpiski i w ciągu kilku dni rozkminiłem armię. Zamówiłem ją. Po miesiącu jej nie było. Kuba pokazał mi maila z GW: "Braki w magazynie uniemożliwiły pełne dostawy do mniej ważnych sklepów". O, fajnie. Jesteśmy w Azji. Zadzwoniłem do Barda i zamówiłem figurki. Po dwóch dniach dostałem telefon od jednego ze sprzedawców: "Nie ma i na razie nie będzie". Próbowałem kupić przez interent, w raczkujących podówczas sklepach. Nic. Zamówiłem przez sklep "Gracz" w Kielcach. Nic.

Przez pięć miesięcy chciałem wydać parę stów na figurki do Warhammera 40k. Ale Imperator chyba nie chciał tak słabego generała dla swoich armii. I tak właśnie nie zacząłem grać w czterdziestkę.


10. Nowa nadzieja

To już ostatni kawałek mojego nostalgicznego felietonu erpegowca o grach bitewnych. Jednak ten rozdzialik będzie różnił się od innych - wspominkowych. Trzydziestka na karku zobowiązuje, prawda? Mówią, że do trzydziestki mężczyzna dorasta, a potem już zaczyna dojrzewać. To ja chciałem jako już dorosły człowiek...

Za chwilę, już prawie, lada moment Ignacy i spółka wprowadzą na rynek swój nowy projekt. Który, jak wszystkie rzeczy Ignacego, zamieni się w złoto (podziwiam go za wielki talent do tworzenia gier - i jeszcze większą dyscyplinę pracy). Mowa oczywiście o Neuroshimie Tactics.

Jestem fanem Neuro od samego początku. Ba, jestem tak wypaśnie hardkorowym fanem, że mam pierwszoedycyjnego Gladiatora i Ucieczkę..., prowadziłem detroicką Ligę, w której ścigaliśmy się używając resoraków, brakuje mi chyba 3 dodatków do pełnej kolekcji (Multi, przypominam Ci, że obiecałeś mi załatwić Neuromachię!). Ba, dwie moje graficzki trafiły do jednego z podręczników! Ha!
Jara mnie ta gra. Jest napisana z charakterem, ma pieprz i kosiora. Po prostu syci. I nagle Misiek Oracz wspomina mi, że cośtam, gdzieśtam bitewniak (no dobra, to było na odwrót - ja powiedziałem Michałowi, żeby zrobili skirmiszowego bitewniaka, ale oczywiście nikt o tym nie pamięta, tak jak o słynnej neuroshimowej koszulce, którą też ja zasugerowałem...).

Z radością patrzę w przyszłość. Wiem, że wyjdzie świetna gra, pyknąłem w nią już kilka razy na konwentach - jest naprawdę fajna. Wiem, że paru moich kumpli (pozdro Nelek!) ją kupi i będziemy się strzelać. Wiem, że będę przegrywał, bo jestem dupa, nie strateg. Wiem, że od pięciu czy sześciu lat nie malowałem figurek i trzęsą mi się ręce.

Ale będę grał! :-)


To mogła być bardzo dobra gra. Co poszło nie tak?



Oryginalnie obie części tego teksu Maciek zamieścił na swoim blogu. Tutaj dokonałem małej redakcji, więc jeśli macie ochotę na oryginał, wraz z oryginalnymi komentarzami, to tędy droga:

 

http://lucek.polter.pl/Moje-pietnascie-lat-z-figurkami-w-tle-czesc-druga-b10367


        Kiedy raz jeszcze wracam do tego tekstu, tęsknię. Oczywiście za Maćkiem, ale też za samym sobą z tamtych lat. Nie tak, że teraz jest jakoś gorzej, że chciałbym cofnąć czas. To tylko nostalgia za poczuciem, że świat stoi przed nami otworem i wszystko, co najlepsze, jest do osiągnięcia.
Dziś już wiadomo, jaki to otwór.

        Nie wszystko w tej historii jest zgodne z prawdą (np. w Man o'Wara grałem high elfami, a nie skavenami, nie do końca było tak z tym czynszem, nie do końca jest tak z moją robotą. A więc pewnie i inne szczegóły mogą nieznacznie odbiegać od realnej rzeczywistości), ale jeśli dzięki małym upiększeniom staje się ona bardziej poruszająca, to warto było pokusić się o ten retusz.  

         Dziś już wiadomo, że "Neuroshima Tactics" nie osiągnęła nawet 1/10 tego sukcesu, który odniósł "Robinson Crusoe". Czy Maciek nacieszył się nią tak, jak planował? Mam nadzieję, że tak. Dziś i on, i ten tytuł są już historią.

       Utrata przyjaciela, czy choćby bliskiego kumpla to zawsze przykra sprawa. Szczególnie, gdy jest to utrata ostateczna i wiesz, że już nigdy razem nie zagrasz z nim w żadnego bitewniaka czy rpga nowej fali. W takiej sytuacji normalnym odruchem jest próba zaprzeczenia definitywności utraty. Pojawiają się teksty takie jak: "Udanych sesji w niebie!" czy "Pewnie pije teraz z Lemmy'm". Niestety - poza gorącym pragnieniem, by tak było - nic (przekonywująco) nie przemawia za istnieniem jakiejś formy istnienia po śmierci. Tym większy jest smutek i bezradności w obliczu czyjegoś bezpowrotnego odejścia.


Moje ostatnie spotkanie z Maćkiem na żywo. Maj, 2016. Gramy w jedną z najlepszych gier planszowo - figurkowych: "Spartacusa".


      Na szczęście jednym z licznych osiągnięć Maćka jest jego współautorstwo systemu "Wolsung. Fabularna gra akcji". Jak się domyślacie (ci którzy nie poznali tej gry osobiście), mamy do czynienia wariacją na temat klasycznych rpgów. Wtedy - w roku 2009 - widać już był zmierzch popularności papierowych gier fabularnych i nadchodzącą dominację planszówek. Autorzy próbowali więc uatrakcyjnić mechanikę dzięki akcesoriom takim jak żetony czy karty, modyfikujące efekty akcji. Ale chyba prawdziwą popularność zdobył (bo zdobył - przez jakiś czas był jednym z najchętniej wybieranych i kupowanych systemów rpg w Polsce, rywalizując z samą "Neuroshimą RPG") dzięki oryginalnemu uniwersum. Choć może nazwa "oryginalne" nie była specjalnie adekwatna... W tym świecie pomieszano wszystko ze wszystkim: hitlerowców, Rasputina, Brotherhood of Steel, włoską mafię i do tego jeszcze elfy i krasnoludy. A wszystko to osadzono w realiach steampunka. Ale raczej takiego z gry "Arcanum" niż z książki "20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi". Wydawać by się to mogło ryzykownym pomysłem, ale najwyraźniej polscy fani byli już gotowi i chętni na klimat cylindra, zębatki i gorsetu na wierzch. A niedługo potem uniwersum to posłużyło za teren figurkowych walk. Wydano bowiem również grę figurkową: "Wolsung Steampunk Skirmish Game". I o niej opowiem szerzej za tydzień.

       A dziś tylko zaznaczę, że o ile sam Maciek nie brał udziału w powstawaniu "Wolsunga SSG", to gra ta nie zaistniałaby bez jego inicjatywy i kreatywności. Być może powstałby steampunkowy bitewniak, ale sądzę, że gdyby taką grę miał projektować ktoś o mniejszej fantazji, to rolę bandziorów pełniłyby orki czy ogry. Ale nie halflingi.

    Nie ma już z nami Maćka, ale jego idea są nadal realizowane. Mam nadzieję, że dane wam będzie się z nimi zapoznać, i będziecie się przy nich dobrze bawić.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz