czwartek, 22 czerwca 2017

Uczeń przerósł mistrza? Wywiad z Mumandamusem na temat "Kings of War"

           
         Internet to wspaniała rzecz. Nie tak dawno, przy okazji tego wywiadu miałem okazję sięgnąć pamięcią do swych figurkowych początków. I przy okazji ożywiania pamięci stanął mi przed oczami obraz, który wtedy sprawił, że zakochałem się w figurkach. Było to zdjęcie zamieszczone w jednej (w zasadzie - jedynej wówczas dostępnej) broszurce reklamowej od Games Workshop. I teraz najlepsze: po latach znalazłem owo zdjęcie na sieci. Spójrzcie więc, jak dawniej Games Workshop kusiło nowych klientów.



      Cóż to jest za makieta! Pełna oczekiwania i napięcia. Dwie hordy zbliżają się. Obie równie mroczne i krwiożercze. Z szeregów pierwszej już odrywają się harcownicy, zbyt nakręceni na zabijanie, by dbać o własne życie. Gołym okiem widać, że obie siły składają się z potworów, i poleje się krew, bardzo dużo krwi. Ta idylliczna wioska za chwilę zmieni się w piekło.
Wyobraźnia opowiedziała mi tą historię i od tej pory wziąłem się za bitewniaki, z nadzieją, że uda mi się być świadkiem podobnych wydarzeń. Czasami się udawało (a było nawet jeszcze lepiej), czasami zaś zastanawiałem się "Co ja robię nad tym stołem? Czy nie lepiej byłoby obejrzeć "Plebanię"?"

W każdym razie - to wtedy w mej głowie utrwaliła się asocjacja: gry figurkowe to takie, w których występują wielkie regimenty, toczące ze sobą bitwę na dużą skalę. Gry skirmishowe (nawet wtedy, gdy występowały w nich oddziały - jak w WH40k wydały mi się jakimś młodszym i mniej udanym bratem prawdziwych, klockowych bitewniaków.


sobota, 17 czerwca 2017

Weekend z grami bitewnymi na "Gladiusie" 17-18 czerwca, Warszawa






             Bez zbędnych wstępów: premierowy "Gladius" wystartował. W piątek wieczorem osobiście udałem się na miejsce, do budynku Wydziału Instalacji Budowlanych, Hydrotechniki i Inżynierii Środowiska Politechniki Warszawskiej przy ulicy Nowowiejskiej 20. A tam zastałem ...

Przy wejściu powitał mnie znany plakat. I konkretna wskazówka - podążaj na piąte piętro.



A to dopiero początek! Właściwa zabawa zacznie się bowiem dziś, od 10.30. Jeśli wybierzecie się na "Gladius", będziecie mogli nie tylko poznać z widzenia ale też osobiście zagrać w wiele najróżniejszych gier bitewnych. 


czwartek, 15 czerwca 2017

Drzwi do kosmosu. Wywiad z Łukaszem Mańkowskim na temat gry "Beyond the Gates of Antares".

      
      Ludzka historia oraz fantazja stworzyły setki uniwersów, różniących się od siebie dekoracjami, kostiumami i rekwizytami. Obecnie są one często używane do uatrakcyjnienia takich czy innych gier. Na przykład gra o budowaniu talii może być ciekawsza, jeśli ubierze się ją w tematykę kosmicznych bitew, niż gdyby miała opowiadać o uprawie sadu owocowego.

        Jest tylko jeden szkopuł takiego rozwiązania. Nawiązania do określonych uniwersów mogą zachęcić jedną grupę ludzi - ale innych odstraszyć. Jedni nie lubią starożytnego Rzymu, inni Diuny - a jeszcze innym nie leży Star Trek. No chyba, że przerobiony.
A moim przypadku takim klimatem jest druga wojna światowa. Nie wiem czemu - może to banalne uzbrojenie, może to, że nie bierze w niej udziału żadna sympatyczna frakcja - a może przez to, że Polska jest w tym settingu albo masakrowana, albo wykorzystywana, albo oba powyższe na raz.

      Stąd też, gdy tylko dowiedziałem się o "Bolt Action", zachwyt nad mechaniką (losowa aktywacja, rozkazy, pinowanie jednostek, proste zasady rozstrzygania ataku) mieszał się ze zniechęceniem (II wojna światowa... No i kim tu grać?). A więc pozostałem do dziś dnia życzliwym acz zdystansowanym obserwatorem samego "Bolt Action" jak i rosnącego środowiska fanów tej gry. Fajnie, że jest tytuł, który wnosi jakąś innowację do świata bitewniaków. A moja osobista antypatia - zdaję sobie sprawę, że jest nieco dziwaczna - nie powinna zakłócać obiektywnego odbioru tej gry. I jeśli inni dobrze się bawią przy "Bolcie" - to doskonale:)


Jak widać, nie tylko ja odbieram zwykła drugą wojnę światową w popkulturze, jako zbyt prozaiczną


      Na szczęście okazało się, że podobna mechanika została wykorzystana również w innej grze. Jakiś czas później dowiedziałem się bowiem o "Beyond the Gates of Antares". Okazało się, że jej autorem jest Rick Priestley, jeden z ojców założycieli świata gier figurkowych. Ten, który dał światu Warhammera i Warhammera 40.000 (razem ze współpracownikami). W 2010 roku zrezygnował z pracy w Games Workshop i zaczął realizować swoje pomysły pod innymi szyldami. Okazało się, że potrafi on wyjść poza stały zestaw współczynników i system aktywacji "I go, you go".


czwartek, 8 czerwca 2017

Adeptus Marketingus. Nowe oblicze Games Workshop?




        Mało jest tematów tak ważnych dla fanów gier (szczególnie bitewnych), jak to, co dzieje się w Games Workshop. I nic dziwnego - to jedyna wielka, ogólnoświatowa korporacja figurkowa, dysponująca rozpoznawalnymi markami, siecią sklepów i wielkim potencjałem. Przede wszystkim - potencjałem przyciągania nowych graczy do hobby.
Potęga firmy to jedno - ale ważne też, jak jest używana. Nie da się ukryć, że uczucia fanów odnośnie Games Workshop są co najmniej mieszane. Przez jakiś czas była ona wręcz synonimem EvilCorpu. A ukoronowaniem tego stanu rzeczy była decyzja o zabiciu starego WFB i wprowadzenie "Age of Sigmar". Nawet nie tyle samo działanie - co sposób, w jaki je wykonano. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o czarnej legendzie, zapraszam do tego tekstu. 

        W czasie, gdy pisałem  o niezbyt pozytywnym wizerunku GW wśród figurkowej braci, widać było już na horyzoncie zmiany. Na początku 2015 roku nastąpiła zmiana na żelaznym tronie prezesa. Tom KIrby został zdymisjonowany ze stolca, sprowadzony do roli zwykłego akcjonariusza. Na jego miejsce, po długich poszukiwaniach osadzono Kevina Rountree, siedzącego w firmie przez niemal całe swe zawodowe życie (od 1998 roku).



Koniec z biedą, wojnami, słabą opieką zdrowotną! Od dziś czeka nas świetlana przyszłość! 

Pozostają w klimacie "Gry o Tron" można porównać Kirby'ego do Szalonego Króla Aerysa. Swą konsekwentną postawą (na którą składało się to wszystko, o czym napisałem wcześniej) doprowadził do zniechęcenia fanów na całym świecie, co z kolei doprowadziło do znaczącego spadku dochodów koncernu. Akcjonariusze zmuszeni byli do interwencji. W efekcie mamy nowego samca alfa, i nową politykę wizerunkową. I o niej właśnie dziś będziecie mogli poczytać.



czwartek, 1 czerwca 2017

Seks i zbrodnia w starożytnej Grecji! Recenzja cyklu o Leocharesie.


                Zakładam, że wśród czytelników niniejszego bloga są ludzie, którzy lubią czytać w ogóle. I to nie tylko rulebooki. Dlatego dziś mam dla was coś z zupełnie innej beczki: a mianowicie recenzję książki, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie - i którą chcę wam polecić.
               Zacznę jednak od paru słów wyjaśnienia. Co robi literatura piękna (choćby i popularna) na blogu o bitewniakach? Powody pisania o niej są dwa. Po pierwsze - na swoim blogu jestem równy wojewodzie, i jeśli zechcę, mogę napisać nawet o nowym mężu Iwony Węgrowskiej. Druga przyczyna jest jednak dużo bardziej merytoryczna.


W dzisiejszych czasach nie wystarczy niebanalna, intrygująca muzyka i talent wokalny. Trzeba jeszcze pokazać coś od siebie.
Koniec przerwy na soft porno, wracamy do tematu.


            W życiu każdego fana figurek (czy gier w ogóle) następuje smutna chwila, gdy brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś. Czyli następuje spadek zaangażowania. To oczywiście nic dziwnego ani złego, ludzka uwaga nie jest przystosowana do ciągłego śledzenia jednego tematu. Zdrowo jest po paru godzinach siedzenia nad ludkami pójść na ustawkę czy nawalić się w trupa. Jednak istnieje też możliwość, by odejść od rzemieślniczo - kompetencyjnego aspektu hobby i skupić się na warstwie fluffowej. Pozostać w klimacie, robiąc sobie przerwę.
I do tego właśnie znakomicie nadają się różnego rodzaju książki i filmy.

             Od jakiegoś czasu mocno wkręciłem się w figurkową starożytność (tą z rejonu Morza Śródziemnego). Za tym zaś poszła potrzeba zdobycia wiedzy na temat takich spraw jak uzbrojenie, wyposażenie, organizacja wojsk, czy przebieg bitew i kampanii. Oczywiście amatorskie zainteresowanie sprawiło, że nabyta wiedza jest nader skromna i wyrywkowa. Niemniej jednak, jak to mówi młodzież: mam zajawkę na starożytność. I to nie tylko rozumianą jako plansza, na której toczy się realne i miniaturowe bitwy, ale też jako swego rodzaju alternatywną rzeczywistość. Wyobraźcie sobie na przykład świat, w którym nie istnieją takie oczywistości jak chrześcijaństwo, drukowane książki, orientacja seksualna i ciepła woda w kranie... Albo dowiedzcie się, jak wyobrażają go sobie ludzie, którzy żyją z prób ułożenia szczątkowych informacji w spójny i pełny obraz.


A gdyby tak zrobić grę figurkową, w której chodzi się na agorę, handluje na targu i urządza uroczystości religijne?



niedziela, 28 maja 2017

A ile dywizji ma Hannibal? Tworzenie rozpiski w "Hail Caesar"



      Jak sam tytuł wskazuje, w bonusowym wpisie wracam do "Hail Caesar". Mam nadzieję, że uda mi się w nim wytłumaczyć na przykładzie, jak wygląda tworzenie rozpiski.

Ale oprócz wymiaru praktycznego, ten tekst pełni rolę podsumowania. W tym temacie, około roku temu, przystąpiłem do śródziemnomorskiego wyścigu zbrojeń. Idea była prosta. Ludzie, którzy chcą zbierać armię do "Hail Caesar" chwalą się figurkowymi zakupami, postępami z prac - i wrzucają zdjęcia gotowych oddziałów.

W moim przypadku pomysł wypalił w 100%. Wkręciłem się niesamowicie. Motywacja utrzymywała się na bardzo wysokim poziomie - i w efekcie przez ten ponad rok pomalowałem 213 figurek do mojej Kartaginy. A to przecież nie jedyne ukończone przeze mnie modele w tym okresie! Napawam się więc dumą i satysfakcją... 



Wytrwajcie! Tam w oddali widać już światła Radomia!


    
    Już wystarczy, przejdźmy do meritum. Jak pewnie już wiecie z recenzji, podstawowy podręcznik do "Hail Caesar" zakłada dużą dozę dowolności w konstruowaniu armii. W dużej mierze to od dżentelmeńskiego porozumienia między graczami zależy, jakie oddziały wystawią (i jakie będą statystyki tych oddziałów). Oczywiście konsekwentne stosowanie takiego podejścia powodowałoby, że albo gra się w tym samym gronie, tymi samymi oddziałami - albo do rozwlekłych negocjacji i ustaleń przed każdą grą z nowym przeciwnikiem. Dlatego też firma Warlord Games rozwiązała problem, który sama stworzyła, i wydała dodatek z listami armii, również zrecenzowany na "Bitewniakowych pograniczach". To właśnie na nim będę się opierał w pisaniu niniejszego tekstu. Oczywiście (?) nie podam tutaj konkretnych parametrów jednostek, czy kosztu punktowego. Chcę tylko pokazać, jak można złożyć dywizję (lub dwie) z kilku posiadanych oddziałów.


czwartek, 25 maja 2017

Przekroczyć próg wejścia. Co sprawia, że zbieramy jedne bitewniaki, a omijamy inne?

       

       Gry figurkowe (szczególnie stricte bitewne) to dość ciekawe zjawisko. Przyczyn tego jest wiele, ale dziś skupię się na fakcie, że jest ich na rynku bardzo dużo. A nawet za dużo, o czym mogliście przeczytać tutaj. Same zaś bitewniaki mają zaś to do siebie, że wymagają znacznie większego zaangażowania, niż planszówki. Nie jest niczym dziwnym sytuacja, że dany człowiek ma swej kolekcji dziesięć gier planszowych. Natomiast ze świecą trzeba by szukać fana figurek który równocześnie ogarnia taką samą ilość systemów bitewnych. A przecież ciągle wychodzą nowe gry. Wydawcy przedstawiają swą ofertę klientom, niczym straganiarze na rynku. A klienci wybierają. I dziś pochylę się właśnie nad tym, dlaczego taki, a nie inny system jest wybierany. Co sprawia, że jedna gra odjedzie szczęśliwie do nowego domu ze swym nowym panem, a inna pozostanie na półce, z czasem blaknąc i zarastając kurzem? 



Czy na końcu tunelu czeka bitewniak idealny? 

     Ludzka decyzyjność od wieków budziła zaciekawienie. Na pytanie: "Dlaczego ktoś postępuje tak, a nie inaczej" próbowali odpowiedzieć już antyczni filozofowie. Ale w dzisiejszych czasach ta kwestia jest zbyt ważna, by pozostawić ją w rękach amatorów. Obecnie wybitni naukowcy opracowują wyrafinowana modele statystyczne, by dokładnie obliczyć, jaki wpływ będzie miała zmiana odcienia opakowania na sprzedaż proszku do prania. 
Jednak branża figurkowa dysponuje znacznie mniejszym budżetem, największy potentat wręcz szczyci się faktem nie przeprowadzania żadnych badań konsumenckich... A jednak w pewnych aspektach kupno podręcznika czy startera można porównać do kupna wspomnianego już proszku do prania. W innych zaś - różnice są diametralne.

      Kiedy mówi się o podejmowaniu decyzji o zaangażowaniu się w zbieranie, sklejanie i malowanie oraz wreszcie granie w jakiś system figurkowy, często pojawia się termin "próg wejścia". Każdy czytelnik intuicyjnie chwyta jego znacznie. Kojarzy się on z zaangażowaniem, które trzeba poświęcić, by rozpocząć zabawę: czyli stoczyć potyczkę wojskiem (czy bandą) o minimalnej wartości punktowej. Zaangażowanie to ma różne aspekty: finansowy, czasowy, intelektualny, sprawnościowy. Warto jednak przyjrzeć się bliżej temu pojęciu. Z czego dokładnie się składa? Jaką rolę w decyzji o wejściu w bitewniaka pełnią poszczególne czynniki? Czy dla każdego próg wejścia będzie taki sam? 


niedziela, 21 maja 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy 33. Oto zbliża się sztandar Króla Plagi.



        Nie zawsze temat FKB przypada mi do gustu. A jeśli już pojawia się jakiś pomysł - to zazwyczaj jest to pomysł na przydługi, słabo zreasearchowany tekst, okraszony wątpliwej jakości żartami. 

         Tym razem sprawa była zupełnie prosta: Dziadu z Lasu rzucił wyzwanie stricte modelarsko - malarskie. I to w dodatku dotyczące jednego z moich ulubionych aspektów figurkowego hobby: scratch buildingu i konwersji. Sam odznaczam się raczej mizernym talentem rzeźbiarskim; to co ulepiłem z greenstuffu i miliputu - wstyd pokazywać. 

                 Ale z drugiej strony jest bardzo dużo przyczyn, by mimo wszystko nie poddawać się i stworzyć coś mniej lub bardziej samodzielnie.
Po pierwsze: pomysł na alternatywne wykorzystanie części, następnie własny projekt (choćby tylko w wyobraźni) - i wreszcie konstrukcja i malowanie. A na końcu masa satysfakcji. Oto stworzyłem coś zupełnie unikatowego, coś, czego nie ma nigdzie indziej na świecie.


Dzisiejszy wpis dotyczy i sztandarów, i porzuconych systemów. Dlatego to zdjęcie jest jak znalazł.

               
                Czasami jednak za konwertowaniem mogą stać względy pozaartystyczne. Może się na przykład zdarzyć taka sytuacja, że jakaś armia, występująca w jakiejś grze ma na liście oddziałów jakąś konkretną jednostkę (lub bohatera). Jednostka ta może być potężna - lub zupełnie badziewna; nie to jest ważne. Tylko to, że wydawca gry nie wyprodukował jeszcze tego konkretnego modelu. A zatem możecie go sobie wystawić tylko wtedy, gdy go zrobicie. Albo kupicie z innego źródła.


czwartek, 18 maja 2017

Bombardowanko orbitalne? Recenzja "Dropfleet Commander".

     
     Fakt, o którym zaraz napiszę, może być trudny do przełknięcie dla co bardziej ortodoksyjnych fanów wojennych gier figurkowych, ale dzisiejszy wpis zacznę od przypomnienia go. Najpopularniejszym bitweniakiam jest "X-Wing". W dalszej kolejności należałoby dodać pewne uściślenia: najpopularniejszym w USA, w roku 2015, a miarą popularności jest sprzedaż (i to zapewne z pierwszej ręki). Ale poważne portale informacyjne, dla ludzi ceniących sobie dobre dziennikarstwo, stronią od takich detali, więc i ja je sobie podaruję. Zapamiętajmy sobie te dane: rok 2015, "X-wing" (gra o walkach statków w kosmosie, jak by nie było) znajduje się w czołówce listy sprzedażowej.



Przed rozpoczęciem inwazji musisz oczyścić atmosferę. I orbitę.


      Być może to zupełny przypadek (a być może nie?) - że w roku 2016 ukazuje się gra "Dropfleet Commander". Również bitewniak, również z okrętami kosmicznymi w roli głównej. Tytuł ten trafił w segment (rynku, nie przestrzeni kosmicznej), w którym panuje ostra rywalizacja. Wiele nowych gier jest zapomnianych, zanim jeszcze zakończy się ich kampania na kicstarterze. Z "Dropfleet Commanderem" stało się inaczej. W rok po premierze system ma się dobrze, zdobył sobie całkiem pokaźne grono fanów, dobre opinie - i perspektywy na dalszy rozwój. Dlaczego tak się stało? O co w ogóle chodzi w tej grze? Czym się charakteryzuje, jak przebiega? Jakie są jej silne i słabe strony? Czy warto inwestować w nią swoje pieniądze i czas? Jakie liczby mogą paść w najbliższym losowaniu lotto? Postaram się choćby po części odpowiedzieć w tej recenzji na powyższe pytania.


Skaner bardzo dalekiego zasięgu.

        O "Dropfleet Commanderze" słyszałem już od jakiegoś czasu. Ale były to tylko szczątki wiadomości. A to, że ciekawie rozwiązali systemu zasięgu. A to, że figurki wspaniałe. Widziałem je nawet na własne oczy. Rzeczywiście - super. Ale to jeszcze nic nie znaczy, to nie początek XXI wieku, by jakaś firma odważyła się wypuszczenie choćby średnich modeli. Ogólnie - temat walk kosmicznych nie znajdował się na szczycie moich priorytetów. Więc nie pałałem chęcią poznania tej gry bliżej.

Niemniej jednak dziennikarstwo figurkowe (nawet tak amatorskie jak moje) do czegoś zobowiązuje. Dlatego z radością przyjąłem propozycję dżentelmena, który woli pozostać incognito (nome de guerre: Rocy7) , by zagrać bitwę demonstracyjno - szkoleniową. 

A po niej byłem jeszcze bardziej zadowolony. Ale nie uprzedzajmy faktów...


czwartek, 11 maja 2017

Wbijaj na "Gladius"! Wywiad z Maciejem Drążkiewiczem, współorganizatorem Gladiusa - konwentu gier bitewnych.


       
            Wiele się działa w ciągu kilku minionych tygodni w bitewniakowym świecie. Najpierw powrót "Necromundy" (lekko zmienionej), zapowiedź nowej edycji Warhammera 40.000... Tym żyła Polska, tym żył świat. Wśród tego orbitalnego bombardowania marketingowego gdzieś w tle przemknęły niezauważone takie tytuły jak "TravelBattle" czy nowe krasnoludy od NorthStar Military Figures. Być może dlatego, że owe wydawnictwa miały swoją premierę na konwencie Salute. Który to konwent, jak na polskie warunki cechuje się między innymi fatalną lokalizacją - Londynem w Wielkiej Brytanii. Ta impreza to prawdziwe święto brytyjskich miłośników figurek, na którym każdy fan małych ludzików znajdzie coś dla siebie. 

Śledziłem zapowiedzi tego konwentu w sieci z uczuciem zazdrości i smutku. Taka fajna impreza... Ale nie u nas. U nas w kraju to ogóle nie ma konwentów ogólnofigurkowych. Jeżeli już coś się odbywa, to w najlepszym wypadku jest to impreza poświęcona jednej wybranej grze - vide Mistrzostwa Ogniem i Mieczem 2017, Wilanów. Albo turniej.
Słabo, ale jak powiedziała pani minister: "Sorry, taki mamy klimat".

A to tylko część odwiedzających Salute 2017! Zdjęcie z bloga "Z pola walki".


I tak sobie melancholizowałem, kiedy to pewnego wieczoru dowiedziałem się, że, jest iskierka nadziei dla polskich fanów gier figurkowych, niezależnie od tego, czy lubią figurki wyznawców Khorne'a czy Napoleona. Tą iskrą jest zbliżająca  się pierwsza (i miejmy nadzieję, że nie ostatnia!) edycja konwentu gier bitewnych"Gladius"!

Gdy tylko facebook poinformował mnie o tej imprezie, doznałem małego ataku euforii. A więc - da się! Nie jest tak tragicznie w naszej ojczyźnie, jeśli o imprezy figurkowe chodzi! Muszę pojechać, najlepiej zaraz! Niestety, okazało się, że potrzeba sporej dozy cierpliwości, by doczekać do 16 czerwca 2017, kiedy to "Gladius" ruszy z kopyta. Ale nadal podjarany - zapragnąłem dowiedzieć się więcej o tym konwencie i przekazać wieść jak najszerszej publiczności. A wiedzę najlepiej zdobywać u źródła. Tak narodził się pomysł wywiadu, który możecie teraz przeczytać:


czwartek, 4 maja 2017

Wielki Szatan gier bitewnych? 6 mitów o "Age of Sigmar".


      Czas pędzi do przodu niczym rycerz na koniu z piosenki Nocnego Kochanka. Jednym z przejawów tego przykrego zjawiska jest fakt, że wciąż młody system, jakim jest "Age of Sigmar" funkcjonuje na rynku już prawie dwa lata. Jednak samo w sobie niewiele to znaczy. Każdej innej grze można by wyliczyć jej wiek, ale nie byłoby to zbyt inspirujące zajęcie.

Temu jednemu tytułowi warto jednak poświęcić więcej uwagi. Uderzył on bowiem niczym wielki meteoryt w światek gier bitewnych. Towarzyszyło mu wielkie wymieranie, które  jednak stało się okazją dla innych growych organizmów.

     Dwa lata życia sprawiają, że "Age of Sigmar" jest ciągle młodym organizmem. I z wielu powodów ciągle budzi silne emocje. A przynajmniej takie reakcje najczęściej widać w Internecie. Przy czym owe skrajności najczęściej osiągają wartości ujemne. Łatwo napotkać objawy nie tyle niechęci - co wręcz hejtu. Wydaje się, że w niektórych kręgach w dobry tonie jest przywitać się z kumplem słowami: "Cześć Janusz, jak leci, Age of Shitmar to gówno". Oczywiście dla tego typu emocji trzeba szybko znaleźć jakieś uzasadnienie - by nie wyjść na wściekłego ze złości nienawistnika, lecz pozostać w roli uniesionego słusznym gniewem eksperta i konesera. A więc po wyrażeniu nieprzychylnego stanowiska pojawiają się ważkie argumenty: to system na okrągłych podstawkach, zabił starego dobrego battla, a poza tym figurki są brzydkie.



Okrzyk triumfu? Wściekłości? Czy też może czegoś jeszcze innego? Sczekitautujcie sami tu. 

      Głosy z przeciwnej strony barykady nie są tak głośne. Wygląda na to, że ludzie, którym akurat przypadła do gustu nowa (wciąż) propozycja Games Workshop, nie czują nieodpartego przymusu afiszowania się ze swymi preferencjami. Rzadko wyrażeniu aprobaty dla "AoS" towarzyszy pogarda dla innych gier, lub ludzi, którzy w nie grają. Za to również w tym wypadku pojawiają się powody, dla których jest to fajna gra: głównie takie, że jest prosta, tania i nadaje się do beznapinkowych rozgrywek (przy piwie i preclach!).

     Obserwuję takie postawy od jakiegoś czasu i pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł na wpis (którego owoce zaraz poznacie, o ile nie przestaniecie czytać). A gdyby tak zebrać te opinie o Age of Sigmar, jakie są powielane w różnych krótkich sieciowych wypowiedziach - i skonfrontować z faktami? Ciekawe, co z tego wyjdzie?

Jako, że nie czuję się ani przeciwnikiem, ani orędownikiem "AoS" mam nadzieję, że uda mi się przyjąć w miarę obiektywne stanowisko. W dodatku realnie udało mi się zagrać w tą grę kilkanaście razy (czego nie można powiedzieć choćby o "Epicu", "Inquisitorze" czy "Bogach Wojny: Napoleonie"). Wobec tego - może podołam zadaniu zweryfikowania sześciu mitów o "Age of Sigmar"? To się zaraz okaże...


niedziela, 30 kwietnia 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy XXXII "Wybrany i odrzucony" - podsumowanie.

    
      Od początków swego istnienia ludzie funkcjonowali w warunkach niedoboru. Wszystkiego było za mało - jedzenie, kobiet zdatnych do zapłodnienia, mężczyzn będących dobrymi ojcami, bezpiecznego schronienia... A w dodatku zdobycie owych dóbr narażało osobnika na niebezpieczeństwo, ryzyko i wyrzeczenia. Stąd też w każdego z nas jest wbudowany mechanizm starania się o to, czego chcemy i potrzebujemy. Oraz angażowania całego potencjału intelektualnego i fizycznego w ułatwianie sobie tych starań.

       Kolektywny wysiłek miliardów ludzi w ciągu kilku tysiącleci doprowadził do tego, że obecnie część ludzkości stoi wobec zupełnie odmiennego problemu: problemu nadmiaru. Wiele rzeczy, potrzebnych do komfortowego przeżycia, dostępnych jest bardzo łatwo i w (za) dużej ilości. Oczywiście kłopot ten nie dotyczy wszystkich współcześnie żyjących homo sapiens. Ale i ja - i wy, moi czytelnicy - należymy do grupy uprzywilejowanej. Wnioskuję o tym z faktu, że każdy z nas dysponuje wolnymi rezerwami czasowymi, finansowymi i intelektualnymi, które może zainwestować/ zmarnować na zajmowanie się grami figurkowymi.

A może rzucić to wszystko i wyjechać do Iraku?

Nie zrozumcie mnie źle - uważam, że dużo lepszą sytuacją życiową jest dylemat: "którą figurkę pomalować" niż "w tym tygodniu zjem we wtorek albo w czwartek". Niemniej jednak szczęśliwy los postawił nas, fanów bitewniaków, w obliczu nadmiaru figurek do pomalowania. I to właśnie z tym problemem każdy z nas od czasu do czasu musi się zmierzyć. Ta edycja Figurkowego Karnawału Blogowego dotyczyła właśnie tego zagadnienia. Oto jej plon:

sobota, 29 kwietnia 2017

Wybrany i odrzucony. Mój udział w FKB 32.

     
         Skoro jestem gospodarzem karnawału, i rzuciłem uczestnikom nie lada wyzwanie, to czułbym się nie fair, przyglądając się z popcornem w ręku cudzym wysiłkom i nie dając nic od siebie. Zresztą - co tu kryć - wymyśliłem ten temat w dużej mierze pod siebie. Chodziło mi o zrobienie przeglądu niepomalowanych figurek pod kątem zaległości (niektórych z wielu lat). I o spojrzenie prawdzie w oczy - niektóre z figurek zalegających w szafach nigdy nie poczują na sobie wilgotnych pieszczot pędzla, nie nabiorą życia i kolorów, nie staną do walki przeciw swym miniaturowym braciom. Na zawsze pozostaną prozaicznym kawałkiem metalu/plastiku/żywicy. 


Co masz pomalować jutro, pomaluj pojutrze.


czwartek, 27 kwietnia 2017

Zdradzeni na piasku. Recenzja "Spartacus. A game of blood and treachery".

      
       
       Co jakiś czas (nie tylko na tym blogu) pojawia się temat bitewniaka, który mógłby się spodobać fanowi (lub fance - to środowisko nie jest tak mocno jednopłciowe) planszówek. Wiadomo, że taka gra ma nie być zbyt droga, zbyt trudna, wymagająca zbyt długich i pracochłonnych przygotowań... I w ogóle ma być lekka, łatwa i przyjemna w odbiorze. Dziś jednak zabiorę się do tego tematu z zupełnie innej strony i poopowiadam o dla odmiany o planszówce dla bitewniakowców.


         Jaka powinna być to gra? Kwestię kosztów, złożoności zasad i zaangażowania, jakie trzeba włożyć w przygotowanie, możemy sobie na wstępie darować. Nawet za najtańszego bitewniaka trzeba na starcie zapłacić mniej więcej tyle, co za przeciętną planszówkę. Nie wspominając o tym, że lektura i nauka zasad większości współczesnych planszówek będzie czystym relaksem w porównaniu z przedzieraniem się przez gąszcz reguł, zasad, armybooków i wyjątków dowolnej gry figurkowej.
Czym więc planszówka, poza swoją przystępnością może skusić figurkowców? Może tym, że kryje w środku minisystem bitewny?


Gladiatorzy. Kolejny, oprócz kiboli i upaństwowionego chrześcijaństwa, rzymski wynalazek popularny w Polsce.


       Tego typu propozycją jest  "Spartacus. A game of blood and treachery". Jakiś czas temu, przy okazji opisywania gry "Arena Rex" wskazałem, jak wdzięcznym tematem dla gier figurkowych są walki gladiatorów. Czy może bowiem być coś bardziej ekscytującego, niż chwila, gdy naprzeciwko siebie staje dwóch półnagich mężczyzn, o idealnie wyrzeźbionej muskulaturze, skórze natartej aromatycznymi i połyskującymi olejami?

Ależ owszem - na przykład przygotowania do tej walki. Jeżeli myśleliście, że trening, wybór i wyposażenie zawodników, szykowanie areny to nudy, to "Spartacus" otworzy wam oczy.


piątek, 21 kwietnia 2017

Fallout Tactics. Z ostatniej chwili.

   
        Drodzy czytelnicy, jest piątek, niebawem wybije północ. Porządni ludzie o tej porze śpią, nieporządni zamawiają drugą butelkę, a ja siedzę i przeglądam newsy ze świata figurkowego. I znalazłem takiego, że ja pierdolę! Jeżeli stoicie, to lepiej usiądźcie.

A zatem - zapowiedziano figurkowego Fallouta!!!


Już wkrótce nie będziemy potrzebowali komputera, by stoczyć walki w świecie jednego z najbardziej kultowych i wpływowych cRPG wszech czasów.

Na razie nie wiadomo o grze prawie nic. Ale "prawie" i w tym wypadku robi istotną różnicę

czwartek, 20 kwietnia 2017

Zabawa w Indian i kowbojów. Wywiad z Bartkiem Papiewskim na temat gry "Wild West Exodus".

     
      Niemalże z dnia na dzień pojawiają się newsy o zapowiedziach wydawniczych nowej gry figurkowej. Z jednej strony - złota era bitewniaków, każdy znajdzie coś dla siebie itd. Z drugiej zaś - dużo czasu i wysiłku wymaga samo rozeznanie się w ofercie, którą rzucają nam rzesze wydawców i dystrybutorów. Samemu nie idzie tego ogarnąć.

I w takich właśnie momentach można liczyć na figurkową brać. Po raz kolejny dostałem przeciek od Kal_Toraka z forum border princes. Nie tylko wskazał ciekawy temat do poruszenia (który do tej pory pozostawał poza kręgiem moich zainteresowań) ale też dał namiary do człowieka, który się na nim zna. Zamiast więc lizać cukierek przez szybę (czyli wyrabiać sobie opinię na podstawie internetowych recenzji, wpisów na forum i filmików) udałem się do źródła, do człowieka który przedstawi mi grę Wild West Exodus w oparciu o osobiste doświadczenia. Ten człowiek to Bartek Papiewski. Fan gier figurkowych, jakich tysiące (albo i więcej) w naszym kraju. Ale fan niezwykły. Taki, który nie powiedział sobie "Dam sobie spokój z WWX - i tak w to nikt nie gra". Zamiast tego podjął wysiłek, by wspomóc tworzenie się środowiska miłośników tego tytułu. I dziś będzie mogli poznać część owoców jego starań - wywiad prezentujący "Wild West Exodus".

I ty możesz wybrać się do świata Dzikiego Zachodu.
Nie wiem jak czytelnicy bloga, ale ja znam Cię dość słabo. Czy możesz napisać kilka słów o sobie? Co robisz na co dzień? Jak to się stało, że obiecujący młody człowiek zszedł na manowce gier figurkowych?

      Nazywam się Bartek Papiewski, mieszkam w Warszawie i należę do licznego grona warszawskich graczy. Na co dzień pracuję w korpo jako administrator aplikacji, więc nie jest to nic związanego z grami bitewnymi. Z drugiej strony całe lata temu doświadczyłem epizodu pracy w sklepie modelarskim, wyposażonym między innymi w produkty GW. 
Jak zacząłem grać w gry figurkowe? Przez przypadek. Na koloniach wpadłem na gości grających w Necromundę, bardzo szybko wkręcili mnie w ten system.
Po powrocie z kolonii, pierwsze co zrobiłem, to za odłożoną kasę kupiłem pudełko Escherek. Potem był WFB 6 i 7 edycja. Od 8 edycji coś zaczęło się psuć, gra nie sprawiała mi tyle przyjemności co wcześniej. Dlatego zacząłem szukać czegoś innego. Najpierw był Warhammer 40k, potem przeszedłem przez Warmachinę, wszelkiego rodzaju planszówki, aż w końcu 3 lata temu zacząłem grać w Infinity i tak już zostało.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Kapitan Watykan - kapitan do "Frostgrave".

       

       Ponieważ ostatnio zostałem doceniony za konwersję, to dziś pochwalę się pracą, w której ta technika odegrała kluczową rolę. 



       Dziś zaprezentuję wam figurkę, którą skleiłem z zamiarem wystawiania jej w roli kapitana w grze "Frostgrave". Jest to jeden z najprzydatniejszych wojowników. Nie tylko można go skonfigurować na wiele sposobów, wyposażyć w wiele broni i zbroi oraz obwiesić magicznymi przedmiotami, ale ponadto pozwala on na dodatkową aktywację żołnierzy. Minusem jest konieczność regularnego płacenia mu pensji, i w dodatku podwyższania jej regularnie. A co go gorsza - powiązanej jej z wynikami finansowymi bandy. Janusz biznesu płakał, jak zatrudniał ;)

czwartek, 13 kwietnia 2017

W krainie wybujałego smoka. Recenzja "Dragon Rampant".

       
       Tyle się dzieje w figurkowym świecie, że aż trudno mi wybrać temat do czwartkowego wpisu. Co tydzień dowiaduję się o co najmniej dwóch tytułach wartych uwagi, a przecież te stare też się rozwijają.  A do tego jakże barwny folklor i amatorska socjologia związana z tym hobby. W efekcie niektóre tematy spadają na dół listy.

        Dziś (nie bez związku z rozmową z Bartkiem) postanowiłem wrócić do tematu gry, którą kupiłem już jakiś czas temu. Zazwyczaj wejście w każdy bitewniak jest poprzedzone długą deliberacją. A ile to kosztuje? Czy będę miał z kim grać? Jakie figurki trzeba pomalować? Ile trzeba poświęcić na ogranie się i naukę zasad? Nie jest to wcale taka prosta sprawa. W tym jednak wypadku nie miałem żadnych wątpliwości. Poznajcie system o najniższych (szeroko rozumianych) kosztach wejścia: "Dragon Rampant".

Może nie do końca w temacie, ale jest smok, i jest rampant. Wiecie, że na fali popularności "Zmierzchu" powstała niszowa gałąź literatury erotycznej, opisująca kontakty z różnymi istotami fantastycznymi? Na przykład z gryfonami? No dobra. Następne zdjęcia będą bardziej na temat.


     Nie pierwszy raz opis tego tytułu pojawi się w polskiej blogosferze. "Dragon Rampant" został już zrecenzowany na łamach "Wojny w miniaturze" (o tutaj). Wracam do tego tematu, bo warto, by o tej grze było jak najgłośniej. Różni się on bowiem tym od innych bitewniaków, że już po pierwszym przeczytaniu podręcznika, jeśli tylko masz w domu jakiekolwiek figurki (a nawet nie figurki - wystarczą ludziki lego, ludki z jajka - niespodzianki i zabawkowe dinozaury) - możesz zacząć granie. I nie będzie to wcale bieda - bitewniak czy granie śmietnikiem, ale realizacja idei przekazywanej przez podręcznik.


sobota, 8 kwietnia 2017

To był diabeł z piekła! Demony do "Frostgarve"


    Aby nie nudzić się w sobotni wieczór, przygotowałem krótki wpis dotyczący demonów w grze "Frostgrave". W zasadzie - chciałbym pochwalić się tym, jak je skonwertowałem i pomalowałem. Ale nim przejdziemy do galerii, kilka słów o popularności szkoły magii przyzwań (Summoning).

Bone to bone, dust to dust
When the God won't help, then devil must

czwartek, 6 kwietnia 2017

Remeber Wilanów! Wspomnienie z V Międzynarodowych Mistrzostw "Ogniem i Mieczem"

   

    Zazwyczaj próbuję nadać każdemu wpisowi jakiś nieoczywisty, zastanawiający tytuł - licząc, że przyciągnie on uwagę czytelników. Być może to kiepski pomysł; większy sens miałoby tytułowanie postów np "Striptiz Kaczyńskiego GRATIS!!!" W każdym razie dziś dostaniecie dokładnie to, co jest zapowiedziane w nagłówku. Uczestniczyłem w V Międzynarodowych Mistrzostwach Świata "Ogniem i Mieczem" Wilanów 2017. I  właśnie o tej imprezie będę dziś pisał. 

Można by rzec: "Kozacki plakat". Ale w tym wypadku to nie jest do końca trafne

   Powstaje więc pytanie - czy ludzie, których ta gra obchodzi tyle, co zeszłoroczny śnieg, i nie odróżniają Kalinowskiego od Kozietulskiego mają po co w ogóle zaglądać do tego wpisu? Jeśli istnieje takowy, to jest nim - w moim przekonaniu - przeczytanie relacji z bardzo udanej imprezy figurkowej. Tak udanej, że prawie bliskiej ideałowi. Warto więc wiedzieć, co sprawia, że udział w evencie cieszy uczestników, szczególnie, gdy ma się zamiar zorganizować imprezę samemu. Albo też - czego oczekiwać od organizatorów, gdy jest się uczestnikiem.


sobota, 1 kwietnia 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy XXXII. Wybrany i odrzucony.

     
    Doprosiłem się Grisha z bloga "Fat lazy painter" o organizację XXXII edycji karnawału blogowego. Nie wymagało to wielkiego wysiłku, ale i tak jestem wdzięczny. To mój pierwszy raz, więc proszę o delikatność i wyrozumiałość ;)
      Słowo wstępne mamy już za sobą, przejdźmy więc do meritum. Zadanie na ten miesiąc, które naszykowałem dla chętny nosi tytuł: "Wybrany i odrzucony". Aby ułatwić sprawę, macie do wyboru dwa warianty.


1) Freestyle.


     Temat karnawału może być zrozumiany na wiele sposobów. Możecie na przykład napisać opowiadanie, w którym występuję tego typu motyw. Albo opowiedzieć o tym, jak wygląda u was proces decyzyjny co do zakupu gry czy danej figurki. Tudzież napisać o tym, jak na bazie doświadczeń i zmieniających się potrzeb wybieraliście jedne techniki malarskie a odrzucaliście inne. Albo też - jakie jednostki mają stałe miejsce w waszych rozpiskach, a jakie grzeją od lat ławkę rezerwowych.
     Jeśli o malowanie chodzi, również możliwa jest wielość podejść do tematu. Może dioramka? A może pomalowanie mocnej lub słabej figurki? Albo jeszcze jakoś inaczej? Kreatywny człowiek potrafi uzasadnić każdy wybór. Liczę, że tak będzie i tym razem.


2) Wybrany i odrzucony.


     Nie będę ukrywał, że tym, co w tej edycji FKB interesuje mnie najbardziej to swego rodzaju gra, czy też zadanie. Jak każdy pomysł (a już szczególnie dobry) - i ten nie powstał sam z siebie, ale w oparciu o inspirację. W tym wypadku były to wpisy Maniexa, w których sukcesywnie i cierpliwie malował kolejne figurki ze swej kolekcji. Patrząc na nie, zacząłem się zastanawiać nad zagadnieniem kolekcji figurek i o tym, co decyduje, że jedne idą do pomalowania, a drugie czekają w szafce wstydu na lepsze czasy.

I tak narodził się pomysł na pewne trzyczęściowe zadanie.

czwartek, 30 marca 2017

Warusie, oddaj moje legiony! Recenzja "Hail Caesar Army Lists - Biblical & Classical".

    

       W życiu każdego piszącego teksty nadchodzi chwila, gdy brakuje pomysłu na zgrabny i chwytliwy wstęp. Tak jest właśnie teraz, w moim przypadku. Dlatego przejdę od razu do rzeczy. Dawno nie pisałem nic o systemie "Hail Caesar". Pora nadrobić zaległości i przedstawić wam jeden z najbardziej przydatnych dodatków do tego systemu, czyli wspomniane w tytule "Army Lists -  Biblical & Classical". A przy tej okazji zajmę się tematem, jakim jest układanie rozpiski w tej grze.



Zapraszam do mojej czytelni!


Warlord Games znakomicie rozwiązuje stworzone przez siebie problemy.

     Zanim przejdę do recenzji dodatku, zacznę od wytłumaczenia, do czego w ogóle jest on potrzebny. Aby to zrozumieć, musimy cofnąć się do podręcznika głównego. Zastosowano w nim kilka niestandardowych (jak na figurkowe gry bitewne) rozwiązań. Jednym z nich jest brak wartości punktowej oddziałów. Mało tego - nie podano nawet samych oddziałów czy stron konfliktu. Co zresztą jest zrozumiałe, gra dotyczy okresu liczącego sobie około 5500 lat, i nie ogranicza się do żadnego konkretnego regionu. W efekcie daje to setki królestw, imperium, państw, republik i stronnictw, z których każde posiada własne, specyficzne i charakterystyczne siły zbrojne. Oczywiście stworzenie pełnego armybooka choćby dla tych najbardziej popularnych stronnictw byłoby dużym wyzwaniem. Dlatego też autorzy podręcznika podstawowego zaproponowali salomonowe rozwiązanie. Podali listę możliwych oddziałów, wraz z ich parametrami, oraz listę zasad specjalnych. A gracze mogli sobie, na podstawie tych informacji, stworzyć daną armię. Czyli jej strukturę, oraz charakterystyki występujących w niej oddziałów.


niedziela, 26 marca 2017

Libijscy harcownicy do "Hail Caesar"

       

        Pora na wpis dodatkowy, będący spoilerem tematu czwartkowego. I dziś będziecie mogli pooglądać kilka figurek, które niedawno zeszły z malarskiej taśmy (i powędrowały do pudła - koszar). Jak się łatwo domyślić - były to modele mające reprezentować libijskich harcowników - oszczepników. Zostały wyprodukowane przez firmę VIctrix Ltd. I można odnaleźć ich w zestawie "Warriors of Carthage". 



    

czwartek, 23 marca 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy XXXI. Biały Kruk. Nikt nie tęskni za Imperialną Inkwizycją?

    
    Parę dni przed ogłoszeniem tematu niniejszej edycji Karnawału Blogowego dostałem smsa od Dumnego Puchacza, mojej prawej i lewej bitewniakowej ręki. Zaproponował on, by napisać o pewnej starej grze. Bez wątpienia przeszła już ona do annałów figurkowej historii. I gdyby ową historię porównać do muzeum, to tytuł, o którym dziś przeczytacie, nie byłby raczej ozdobą kolekcji. Już prędzej podpierałby nogę pod szafką na środki czystości.



Nikt nie spodziewa się inkwizytora - bimbrownika! Źródło.


Pora cofnąć się w przeszłość o około 16 lat i zapoznać z jednym z bardziej nietrafionych pomysłów w dziedzinie gier bez prądu.Grą "Inqiusitor"

In the grim darkness of far past...


    W roku 2001, gdy ukazał się "Inquisitor" firma Games Workshop była niczym Imperium Człowieka z Warhammera 40.000. Zdecydowanie dominowała we wszechświecie gier figurkowych. I w tamtych czasach, pewna swej roli, decydowała się na różnego rodzaju eksperymenty wydawnicze. A to "Mordheim", a to "Epic", a to "Warmaster". A nawet gry historyczne. Jednym z wyjątkowo śmiałych kroków było wydanie gry, o której będę dziś pisał. 

   Co wyjątkowego jest w "Inquisitorze"? Tytuł ten miał stanowić unikalny koktajl figurkowych gier bitewnych i klasycznych gier fabularnych. Każdy z graczy miałby pod kontrolą jednego lub kilku bohaterów, którzy byliby reprezentowani przez poszczególne figurki. Postacie te nie miałyby po prostu wyrżnąć się do nogi, lub zająć określone miejsca na stole, lecz raczej wykonać zadania. Zaś pieczę nad rozwojem wypadków, nad treścią i przebiegiem owej misji sprawował mistrz gry. Rola jego miałaby być podobna do tej pełnionej w popularnych w owym czasie rpgach.

piątek, 17 marca 2017

WYDANIE SPECJALNE!!! "A Song of Ice and Fire. Tabletop miniature game"

Dziękuję za wsparcie Dumnemu Puchaczowi i Ciekavskiemu. Gdyby nie oni, ten tekst powstałby najwcześniej za miesiąc.


To był spokojny, wtorkowy wieczór. Żona i dziecko już spali, wiatraczek szumiał cichutko a ja właśnie przegrałem kolejną wojnę francusko - pruską. Było za późno, by wczytać sejva. Więc przed zaśnięciem szybka rundka po pocztach i portalach społecznościach. I wtem, niczym grom z jasnego nieba, ŁAMIĄCA WIADOMOŚĆ!!!
W niedługiej przyszłości ma się ukazać bitewniak ze świata "Gry o tron"!. A zwać się on będzie:

tam dam, ta da da dam, ta dam...
   Temat jest zbyt istotny (przynajmniej dla mnie) by go zignorować - i jednocześnie wiadomo jeszcze zbyt mało, by napisać coś bardziej konkretnego. Stąd pomysł na wydanie specjalne bloga: rzut okiem na grę, która jeszcze nie istnieje.

Przedstawię wam przecieki, a potem ich analizę.


czwartek, 16 marca 2017

Patrzcie świnie, król areny! Pierwsza w Polsce recenzja "Arena Rex".

Dzisiejszy wpis nie powstałby bez rozmowy z Maćkiem i Michałem ze sklepu FGB. Pokazali mi oni bowiem coś, co domaga się opisanie i świetnie pasuje do tematyki niniejszego bloga. A zatem - dziękuję i biorę się do pracy.

    Tydzień temu narzekałem na monotonię tematyki bitewniaków. Zawsze tylko wojna. I to często mająca zaważyć na losach świata. A przecież można naparzać się z dużo bardziej prozaicznych przyczyn. Na przykład dla sportu i rozrywki. Niestety czasami bywało tak, że ta rozrywka dotyczyła bardziej innych, niż samego walczącego. Piszę tu o walkach gladiatorów.


Walki gladiatorów nie były głównym wątkiem tego akurat filmu. Co nie przeszkodziło mu być jednym z najlepszych, jakie oglądałem.

    Mieszkańcy starożytnego Rzymu, z braku telewizji i gier komputerowych urozmaicali sobie dni wolne wyjściem na gladiatorów. Jako że każda rozrywka ewoluuje ku coraz lepszym i bardziej złożonym formom, i ten show ulegał coraz większemu urozmaiceniu. Zaczęło się od coraz bardziej dziwacznego uzbrajania wojowników, potem zaczęto wymyślać oryginalne scenariusze starć. Aż w końcu inscenizowano bitwy morskie. Na statkach pływających po arenie zalanej wodą.

Formuła krwawego widowiska była też od czasu do czasu wykorzystywana podczas tępienia zagorzałych wyznawców religii pochodzącej z Bliskiego Wschodu.
    Zadziwia mnie, jak rzadko tematyka gladiatorów występuję w bitewniakach. Wydaje się przecież ona wręcz stworzona do tego typu zabawy. Tymczasem systemy dotyczące walk na arenie można policzyć na palcach jednej ręki: "Jugula", "Gorechosen", planszówkowy "Spartacus: A Game of Blood & Treachery" i do tego "Arena Rex" (o którym właśnie dziś będę pisał). Pewnie istnieje jeszcze kilka innych gier figurkowych - ale i tak jest ich niewiele w porównaniu z planszówkami o gladiatorach.

Marsz gladiatorów.

    Dlaczego zainteresowałem się "Arena Rex'em"? Ogólnie bitewniak może być ciekawy z dwóch powodów: dobrych, prostych i intrygujących zasad, albo pięknych figurek. I tak się szczęśliwie składa, że "Arena Rex" odznacza się obiema tymi właściwościami. Ale zanim przejdę do szczegółów - parę słów o ogólnych założeniach gry.



Na arenie dobre wejście to połowa sukcesu. Druga połowa to dobre wyjście. Na własnych nogach.