czwartek, 23 listopada 2017

Nieświęte figurki lepi. Wywiad z Pawłem Góreckim, prezesem Rotten Factory.


      Czy mówiłem wam już, jak bardzo doceniam inicjatywę Figurkowego Karnawału Blogowego? Nie dość, że zabawa ta co rusz inspiruje różne pomysły, to dodatkowo motywuje do ich realizacji. Nie inaczej było i tym razem. Pepe z bloga Fantasy w Miniaturze zaproponował temat tylko pozornie oczywisty. Mianowicie zaprosił on  ludzi, którzy marnują cenne godziny swego życia na tworzenie blogów figurkowych do napisania o ulepkach. I nie chodziło mu o kuleczkę utoczoną z substancji dzielącej nazwę z rogatym zwierzem hodowlanym, ale o ludziki stworzone samodzielnie przez hobbystów.

      Szczerze mówiąc, mam w tym temacie niejedno do pokazania. Sklejanie figurek niezgodnie z instrukcją (za to zgodnie z własnym pomysłem!), dolepianie im dodatkowych elementów, czy wreszcie stworzenie czegoś zupełnie od podstaw to niesamowicie satysfakcjonujące doświadczenie. I nic dziwnego, że z tej dumy można chcieć pokazać je całemu światu.

Gdyby ten pan założył firmę produkującą figurki, to mogłaby się ona nazywać jak ta, o której będziecie za chwilę czytać.


     Do tematu można podejść jednak jeszcze inaczej. Od dłuższego czasu myślałem o tym, by przygotować tekst skupiający się właśnie na stricte figurkowym aspekcie hobby. Tak się bowiem składa, że jeśli chodzi o rzeźbienie i odlewanie, nasza ojczyzna nie ma się czego wstydzić. Istnieje mnóstwo firm produkujących bardzo dobre, polskie figurki. Zaryzykowałbym wręcz twierdzenie, że w wielu przypadkach biją one na głowę anglosaskie produkcje. Na przykład modele od słynnego Kromlecha, Titan Forge'a, HiTech Miniatures czy Scibora. A to dopiero wierzchołek lodowy, jeśli chodzi o temat odlewania figurek do gier w Polsce. Jeśli siedzicie w temacie gier bitewnych, to pewnie widzieliście nie jedno takie cudeńko. Ale bardziej możliwe jest, że wymienione nazwy nic wam nie powiedzą. A tym bardziej nie będziecie kojarzyć takich producentów jak MaxiMini, Werewoolf Miniatures, Bitspudlo czy Rothand Studio.


niedziela, 19 listopada 2017

Byłem powergamerem. FKB 38.




       Figurkowy karnawał blogowy to bardzo różne tematy. Jedne nie leżą mi zupełnie i nawet nie che mi się wymyślać, co by tu do nich wymyślić. Ale inne trafiają w samą dziesiątkę mojej bitewniakowej pasji. Tak właśnie jest z edycją listopadową 2017. Chodzi w niej o ulepki. A mało spraw w figurkach sprawia mi tyle radości co konwertowanie, dodawanie bitsów - i właśnie lepienie nowych ludzików. 

    Prawdę mówiąc, gdybym miał się pochwalić jakimś dziełem tego typu, to miałbym problem z wyborem. Dlatego dziś pokażę wam dwóch milusińskich, z którymi łączy się bardzo szczególna historia. 

Oto bohater niniejszego wpisu. Poznajecie?


    Zacznijmy od cofnięcia się (wstecz!) o ponad 10 lat. Wtedy to postanowiłem wrócić po paroletniej przerwie do figurkowego hobby. Niestety myślałem wówczas bardzo prostolinijnie: "Gra fibewna = Warhamer Fantasy Battle". Nawet tytuł się zgadzał... A więc postarałem się odtworzyć moje młodzieńcze zajawki na nowo. A to oznaczało zbieranie skavenów. 

Szczury do bicia biorą odwet!

      Co tu dużo kryć, WFB nadawał się do zdjęć, do sprzedaży, figurki miał bardzo dobre. Ale zupełnie nie dało się w niego grać casualowo. Jeśli toczyło się jedną bitwę na kilka tygodni z bardziej zaangażowanym graczem, to nie tylko taktyka (która w tej grze była po prostu zestawem odpowiednich kombosów i kontr na nie) sprawiała problem. Ciężko było przedrzeć się przez same reguły! 

czwartek, 16 listopada 2017

Bitewniakowe dojonko. Merkantylne sztuczki wydawców gier figurkowych.



   Jakiś czas temu, gdy bardziej zajmowałem się nowoczesnymi planszówkami niż bitewniakami, usłyszałem bardzo fajne słówko: "dojonko". Źródło tego terminu wskazuje na jego znaczenie. Ktoś doi mleczną krowę, ktoś inny jest dojony. Tylko że tym razem nie chodzi o hodowlę rogacizny, a o biznes gier bez prądu. Wydawcy próbują na różne sposoby zwiększyć swą sprzedaż. A że nie zawsze mogą liczyć na dofinansowania z kasy państwa, fundacji, samorządu czy UE - są skazani na pozyskiwanie środków bezpośrednio od klientów indywidualnych.

    Nie da się ukryć, że gry to nie alkohol. Nie są artykułami pierwszej potrzeby. Mimo całej ich popularności, nabywający je ludzie stanowią ułamek populacji. Więc gdy klient już raz dokona zakupu, warto spróbować wyciągnąć od niego flotę raz jeszcze. Innymi słowy: wydoić...


and complete fantasy wargame :)))


    Czytałem sobie te utyskiwania fanów planszówek, uśmiechając się pod nosem. "Oh, sweet children of summer, gdybyście wiedzieli, jakie akcje są na porządku dziennym w grach bitewnych...". I dziś właśnie będziecie mieli okazję się dowiedzieć. Przyjrzałem się kilku praktykom typowym dla handlu tą formą rozrywki. A że oba rodzaje gier coraz bardziej się przenikają, i różne marketingowe patenty są podpatrywane i naśladowane - warto je poznać. 


     Zanim przejdę do konkretów, kilka zdań tytułem wstępu. Sympatyczna małpka z obrazka powyżej stała się synonimem polactwa-cebulactwa. Czyli spuszczania toalety wodą pozostałą z kąpieli po całej rodzinie, wycieczek do Ikei po ołówki i przerabiania Tesli na LPG. Jakoś tak się składa, że ostrze satyry najłatwiej zwraca się przeciwko tym groteskowym działaniom ekonomicznym, które są wykonywane przez biednych, słabych i brzydkich. Weźmiesz na festynie trzy butelki "3 cytryn" - przez lata śmieje się z ciebie cała Polska. Wyłudzisz od tysięcy ludzi setki milionów dolarów - w filmie Scorsese zagra cię DiCaprio. Będziesz płacił ludziom, którzy robią na ciebie, głodowe pensje - dostaniesz medal od prezydenta.



czwartek, 9 listopada 2017

Ta mniej lubiana wojna światowa. Recenzja systemu "Pierwsza Wojna Światowa"

   
    Jakiś czas temu ponarzekałem sobie, jak to słabo promowane są  bitewniaki podczas masowych imprez planszówkowych. A szczególnie podczas jednej... Na szczęście jednak wypad na "Planszówki na Narodowym 2017" nie był zupełnie zmarnowanym czasem. Udało mi się wówczas poznać osobiście Marcina Zahorowicza, współautora systemu "Pierwsza Wojna Światowa. Strategiczna Gra Figurkowa". Na szczęście nie skończyło się na jednostronnej wymianie wizytówek. Miałem bowiem okazję i przyjemność osobiście przetestować wymienioną w temacie grę. Dziś opowiem wam właśnie o tym tytule: o tym, jakiego rodzaju zabawy możemy się po nim spodziewać.


Eksperymentalne jednostka carskiej kawalerii pieszej. Stanie na siodle miało dawać żołnierzowi możliwość używania cięższej, wymagającej dwóch rąk broni, poprawiać celność i zapewniać przewagę wysokości w starciach wręcz z klasyczną kawalerią. Niestety rewolucja październikowa pogrzebała tą innowację...




Wojna, która kończy wszystkie wojny.

   Z dwóch wojen uznanych przez światową historiografię za światowe, znacznie popularniejsza jest ta druga. Co jest nie tak z pierwszą? Może to, że nie ma w niej "tych złych" i "tych dobrych"? Może to, że szeroko publikowane wspomnienia i książki dotyczące żałosnej i krótkiej egzystencji żołnierzy ściśniętych w okopach mało nadają się na podstawę do ekscytujących i krzepiących bajeczek z cyklu "Jak to na wojence ładnie"? A może to, że zakończono ją w taki sposób, że już dwadzieścia lat później wybuchła jeszcze gorsza apokalipsa? Jeszcze innym powodem może być stereotypowy obraz pierwszowojennych działań bojowych. Słychać gwizdek, z okopu wybiegają szeregi piechoty i od razu zostają skoszone przez serie z ckm-ów. Wydaje się, że trudno z tego zrobić ciekawą grę.


czwartek, 2 listopada 2017

Gra dla Pudziana? Recenzja "To the Strongest!"

    Gdy umierał Aleksander Macedoński, miano go spytać, komu zamierza przekazać swe imperium? Król miał wówczas odpowiedzieć "Najsilniejszemu", nie precyzując jednak, kogo miał na myśli. Ponad dwa tysiące lat później Mariusz Pudzianowski pięciokrotnie zdobył tytuł Mistrza Świata Strongmanów. 

Przypadek?


Gdy nie robią kirysów w rozmiarze XXXL, pozostaje zbroja łuskowa.

    Zacząłem wpis od małej insynuacji, ale dość już żartów. Dziś mam zamiar uraczyć was recenzją bardzo nietypowego bitewniaka. Gdybym tylko powiedział, że jest to system mający obrazować historyczne bitwy z okresu od wczesnej starożytności do średniowiecza, to trudno byłoby o bardziej banalny temat. Istnieje co najmniej kilkadziesiąt zbiorów zasad poruszających to samo zagadnienie. Najbardziej popularne to "Field of Glory", "Hail Caesar!", "Impetvs", "Warhammer Ancient Battles", "Warmaster", "Lion Rampant", "De Bellis Antiquitatis". Do tego dochodzą dziesiątki innych. Biorąc pod uwagę liczną konkurencję, można wątpić, czy jest sens po raz kolejny brać na warsztat wojny Rzymian czy krzyżowców? Czy w ogóle warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną grę o dawnych bitwach? 

   Autor "To the Strongest!", Simon Miller, podjął się tego wyzwania. I zaproponował bardzo ciekawe formułę zabawy figurkami. Opracował tytuł, który obiecuje stoczenie symulowanej dużej bitwy w mniej niż dwie godziny W dodatku owa symulacja  ma być ubrana  w wyjątkowo proste zasady, łatwe do przyswojenia nawet dla kogoś, kto pierwszy raz podchodzi do tej gry. Tego typu zapewnienia są czymś normalnym przy promowaniu systemów bitewnych. I zawsze warto podchodzić do nich ze zdrową dozą nieufności. Tym razem jednak w dużej mierze udało je się zrealizować. 


Dumny autor ze swym dziełem. Daje nam wszystkim przykład, że emerytura to niekoniecznie siedzenie w kolejkach do lekarza i słuchanie radia.



niedziela, 29 października 2017

Kolejne rozczarowanie na Stadionie Narodowym. Figurkowy Karnawał Blogowy 37



      Przeczytawszy temat aktualnej edycji FKB (po szczegóły zajrzyjcie tutaj) pomyślałem: "to chyba nie dla mnie". Wydawało mi się, że temat "W przerwie walk" wyraźnie zachęca do pochwalenia się dziełami figurkowymi i modelarskimi, które przedstawiają wszelkiej maści wojowników w trakcie wykonywania czynności niebojowych. 
W taki sposób nie poszaleję. Każda figurka, jaką posiadam została zmobilizowana w celu wystąpienia na stole bitwy. Mógłbym porobić jakieś zabawne konwersje - ale to z kolei wymaga czasu, którego brakuje mi coraz bardziej.

      I w tym wypadku pomogło wyjście poza schemat. A gdyby tak słowo "walki" występujące w temacie zrozumieć metaforycznie? Odczytać je jako synonim całego figurkowego hobby? Makao, jesteśmy w domu! Wpis dotyczący "Przerwy w walkach" dotyczyłby przerwy w zajmowaniu się grami bitewnymi.

      Co mogłoby być lepszym przerywnikiem niż wyjście z rodziną i przyjaciółmi na dużą imprezę dotyczącą gier bez prądu? I napisanie o wrażeniach z niej? Oprócz wczasów all-inclusive w Tunezji? 

A zatem udałem się na coroczne "Planszówki na Narodowym". Jak zwykle chciałem spotkać się ze znajomymi, pograć w coś nowego i ciekawego, może coś kupić, miło spędzić czas. Ale oprócz tego postanowiłem zabawić się w reportera, śledzącego ślady gier bitewnych na tej imprezie.


Czy da się zgromadzić taką publiczność przy Age of Sigmar?


czwartek, 26 października 2017

Ognista randka z dziewicą. Rzut oka na "Time of Legends: Joan of Arc"


Z listów do redakcji "Bitewniakowych Pogranicz"

Drodzy czytelnicy! Niedawno napisał do mnie pewien internauta:

Cześć Gervaz,

Jakbyś szukał fajnego tematu na artykuł to polecam 

Jest to pomieszanie bitewniaka i planszówka.

 
Szanowni czytelnicy! Zawsze z radością czytam wasze komentarze i maile! Chętnie zapoznaję się z opisanymi przez Was problemami i reaguję na zgłaszane przez Was sprawy. Jeśli uważacie, że jest coś, o czym warto napisać na tym blogu, albo chcecie przesłać gotówkę, to adres: gervaz2016@gmail.com czeka na wasze sygnały.

Tak też stało się i tym razem. Dostałem cynk o grze, która do tej pory pozostawała poza moim radarem zainteresowań i czym prędzej zwróciłem na nią uwagę. Z początku "Time of Legends: Joan of Arc" rzeczywiście wydała się interesującą pozycją, zacząłem więc drążyć głębiej. A to, co o niej przeczytałem, obejrzałem: dziś wam opiszę. Byście mogli poznać kolejną grę z pogranicza bitewniaków.



Mniej znana produkcja wielkiego malarza wielkich obrazów. W centrum bohaterka opisywanej dzisiaj gry. Tęcza nad głową nieprzypadkowa. Za życia była oskarżana o gender.


czwartek, 19 października 2017

Bitewniakowe Brajanki. Jak zrobić sobie partnera do grania?

 
Disclaimer: Drodzy czytelnicy, w poniższym tekście znajdą się zdania i idee, które mogą budzić wasz niesmak, zażenowanie czy oburzenie. Teraz napiszę jasno i wyraźnie: nam nie traktuję ich wszystkich poważnie; spora część to tylko żarty i jajcowanie. Ale ten blog nie jest reklamą banku, nie musi podobać się każdemu. Jeśli byliście tu już kilka razy, wiecie czego się spodziewać. Jeśli to wasza pierwsza wizyta: take it or leave it.
       
    Gry bitewne to hobby, które stawia przed swymi fanami mnóstwo barier. Wyobraźmy sobie hipotetycznego (Choć nie do końca! pozdro Bartek!) bohatera, który od wczesnej młodości był wkręcony w różne gry figurkowe. I do dziś wcale mu nie minęło. Nadal cieszą go ludziki, cieszy go granie i jest skory do poznawania coraz to nowych tytułów. Niestety! Zawierucha życiowa rzuciła go do miasteczka w którym owszem, są atrakcyjne obiekty turystyczne, ale brakuje prężnego środowiska bitewniakowców. Albo jakiegokolwiek. 
Co robić w tej sytuacji? Dojeżdżać po 100 kilometrów do najbliższego dużego miasta? Namawiać do figurek przypadkowych znajomych z roboty? A może rzucić hobby i przestawić się na coś bardziej dla ludzi, na przykład tanie wina pod sklepem?

     Ale nawet, jeśli mieszkasz w Warszawie i grasz w "Age of Sigmar", to i tak siedzisz w bardzo niszowym hobby. Oczywiście dasz radę ustawić spotkanie i partyjkę, ale i tak potencjalnych ludzi, chętnych do grania w to co ty, wtedy kiedy ty i w miejscu ci odpowiadającym jest mało. A kiedy ciągnie cię do takich niszowych gier jak np. "Deus Vult" czy "Jugula" - to jesteś bracie w czarnej dupie... Sytuacja wydaje się być bez wyjścia. Przecież nie zaczniesz nagabywać ludzi w autobusie czy na ulicy, pytać ich czy nie chcieliby może spróbować gier bitewnych? Można oczywiście udać się do klubu czy lokalnego sklepu, wejść na forum czy facebookowy profil. Jednak dogadywanie się co do spotkania i gry (szczególnie niepopularnej) zawsze jest procesem trudnym. Nigdy też nie ma się gwarancji sukcesu.



Od kołyski w szacunku dla HC wychowany.


    Na szczęście istnieje jeszcze jedno rozwiązanie. Kosztowne, czasochłonne, drastyczne, czasami niebezpieczne, zmieniające całe dotychczasowe życie. Ale mimo to  niepozbawione wielu zalet. Zawsze można zrobić sobie nowego człowieka, którego przeznaczeniem jest dotrzymanie wam towarzystwa w trakcie figurkowych potyczek. 


czwartek, 12 października 2017

Wielki Hetman Koronny Polskich Bitewniaków. Recenzja "Ogniem i Mieczem".

    
     Zanim przejdę do meritum dzisiejszego wpisu, to najpierw sobie trochę pomarudzę. Tematem gorzkich żali będzie ciężka dola recenzenta systemów bitewnych. Czyli to, jak wiele czasu, wysiłku i pieniędzy trzeba, by powstała rzetelna i miarodajna recenzja rozbudowanej gry figurkowej. W wypadku tego typu propozycji rozrywkowych nie wystarczy przecież lektura jednej książki, a następnie napisanie o swoich wrażeniach. Nie wystarczy też jednorazowa czy nawet kilkukrotna rozgrywka. Na całość wrażeń wynikających z zabawy danym systemem składają się przecież nie tylko same zasady gry. Ważne też są  figurki: ich jakość, dostępność, koszt, estetyka i współczynnik łatwości obróbki modelarsko-malarskiej. Do tego dochodzi kwestia balansu. A skoro i tak wiadomo, że balans idealny nie istnieje, to trzeba sprawdzić empirycznie, na ile przyjęte w grze rozwiązania cieszą albo wkurwiają.

    A to przecież dopiero początek! System figurkowy to nie tylko granie w domu, niczym w pierwszą lepszą planszówkę, ale też mniejsze lub większe środowisko fanów, nadające danemu tytułowi niepowtarzalny koloryt. I jeszcze dodatki, kontakt wydawcy z fanami, polityka rozwoju i rozbudowy danej gry. Na pewno łatwiej jest zagrać z sześć czy dziesięć razy w planszówkę i napisać o tym, jakie się ma wrażenia. Tymczasem w przypadku bitewniaka, po dziesięciu pierwszych partiach zabawa dopiero się zaczyna...

   Z tych wszystkich powodów spora część recenzji na tym blogu powstaje zaocznie. Na bazie dostępnych informacji opisuję, czego można spodziewać się po danej grze. Albo też, jeśli chcę przedstawić ją bliżej, zapraszam do rozmowy ludzi, którzy znają ją od podszewki. Ta druga metoda też ma swoje mankamenty. Wszak fan, który poświęcił ulubionej pozycji lwią część swego wolnego czasu, może opisywać ją bardziej przychylnie, niż gra na to zasługuje.


Mówię waszmości, nie ma to jak bicie Turka! Sami wbiegają na kopie! źródło


     Dziś jednak będzie zupełnie (?) inaczej. Mam zamiar przedstawić wam grę, którą - śmiem twierdzić - poznałem całkiem dobrze. Co prawda grywam w nią regularnie tylko od ponad roku, ale tytuł  wciągnął 
mnie mocno, z zaangażowaniem wszedłem w temat. Mowa o  "Ogniem i Mieczem. Historyczna gra strategiczna". Oczywiście nie twierdzę, że jestem od niej ekspertem. Z łatwością można wskazać ludzi, którzy mogliby powiedzieć o "Ogniem i Mieczem" dużo więcej niż ja. Niemniej jednak sądzę, że dam radę przedstawić ją tym, którzy do tej pory nie wiedzieli o niej zbyt wiele. 

czwartek, 5 października 2017

Games Workshop wymyśla "X-Winga". Rzut okiem na "Warhammer Underworlds. Shadespire".



     Dziś zacznę od wytłumaczenia nazwy mojego bloga. Dlaczego właśnie taka? Nie tylko dlatego, że kojarzy się z krainą (i nie tylko krainą!) Border Princes. Zaczynając swoje pisanie, chciałem zgłębiać mniej popularne rejony figurkowej manii. Przyjrzeć się bliżej mało znanym (w Polsce) grom, zastanawiać się nad zapleczem różnych aspektów tego hobby, patrzeć na tą dziedzinę rozrywki pod wieloma kątami. Ale owa pograniczność dotyczy też przekraczania różnic pomiędzy różnymi gatunkami zabawy bez prądu (i z prądem też). Szczególnie chętnie poznawałem te tytuły, które przełamywały zmurszałą konwencję zasad znanych z WFB. To znaczy takie, które były dynamiczne, łatwe w opanowaniu, pozwalały na podejmowanie różnych decyzji i jednocześnie nie zajmowały czterech godzin na grę i nie skutkowały bólem głowy. A najlepiej, gdyby dodawały do figurek jakieś patenty, które tak dobrze sprawdzają się w nowoczesnych planszówkach.

    Z tych powodów z uwagą śledziłem kwestię zakończenia współpracy biznesowej pomiędzy Games Workshop a Fantasy Flight Games. Gdy ogłoszono wygaśnięcie kontraktu, pojawiły się spekulacje że przyczyną rozwodu miał być fakt, że FFG będzie wydawać własnego bitewniaka fantasy. Przez to stanowiłoby zbyt dużą konkurencję dla "partnera". Lecz nikt wówczas nawet nie podejrzewał, że w niedalekiej przyszłości GW wyda swojego "X-winga". No oczywiście - nie dokładnie tą samą grę. To byłoby niemożliwe choćby z powodu braku praw do uniwersum "Star Wars". Ale w swych założeniach - bardzo podobną. Założenia te są następujące: mała ilość figurek, duża ilość kart i żetonów, niekonwencjonalne kości, uproszczony system poruszania jednostek, reguły też prostsze niż w typowych bitewniakach. Ale sednem zabawy wciąż pozostaje walka.


  I tak na wiosnę 2017 roku zapowiedziano, w typowym dla Games Workshop enigmatycznym stylu, nowy tytuł: "Warhammer Underworld: Shadespire". Pierwsze wieści były tyleż skąpe, co intrygujące: gra będzie miksem planszówki, karcianki i bitewnika. Na planszy podzielonej na heksy będą ścierać się potężni wojownicy, zaś orężem kontrolujących ich graczy będzie odpowiednie wykorzystanie zdolności swych podwładnych, użycie w kluczowej chwili właściwej karty i wykręcenie kombosa, który zmiecie wroga ze stołu! Jakby tego było mało: w rolach głównych mieli wystąpić... khornowcy i sigmarines!!!1!!



Grupa niedobrowolnego krwiodawstwa w akcji.

     29 września 2017 Games Workshop uruchomił firmową stronę, poświęconą wyłącznie tej grze. Oczywiście nadal pełna instrukcja pozostaje utajniona. Na szczęście na różnych pokazach nakręcono odpowiednią ilość filmików, na podstawie których już teraz można opisać mechanikę i założenia gry. Oczywiście owe pokazy adresowane były do naprawdę istotnych rynków - czyli anglojęzycznych. Dlatego nadeszła pora, by zebrać i uporządkować wiedzę krążącą po sieci - i przedstawić wam pierwszą w Polsce recenzję "Warhammer Underworld: Shadespire".