czwartek, 11 stycznia 2018

Gaz do dechy i wypuszczam czad! Rozmowa z Michałem Teslukiem o grze "Gaslands".


    Skoro dziś mamy czwartek, to znaczy że czas zajrzeć na pogranicza bitewniaków. Dziś poznacie system, jakiego w Polsce jeszcze (prawie, oprócz "Grokamorka") nie było. 

   Zacznijmy od tego, że zasadnicza treść bitewniaków jest praktycznie zawsze ta sama. Dwie strony spotykają się na jednym obszarze i dążą do wzajemnej anihilacji. W jaki więc sposób można urozmaicić tą zabawę, oprócz majsterkowania przy zasadach regulujących  przesuwanie i walkę figurek? Oczywiście poprzez stworzenie nowych dekoracji i aktorów w tym teatrze, stale grającym jedną i tą samą sztukę. Na przykład: druga wojna światowa była obrabiana przez tyle gier i systemów, że można zaproponować publiczności drugą wojnę światową z krasnoludami i orkami. Albo z Cthulhu. Albo z zombi i striptizerkami. Albo jeszcze w innym wydaniu, mutacji czy mixie. Tak samo dzieje się z każdym innym okresem historycznym lub konwencją dotyczącą jakiegoś rodzaju fikcji. 

   Inna możliwość, to umieszczenie w roli głównej innych postaci niż zazwyczaj. W tradycyjnej narracji bohaterem był człowiek lub ktoś do niego zasadniczo podobny. Na przykład Achilles albo Frodo. Jednak w miarę postępu technicznego protagonistą opowieści coraz częściej stawała się samobieżna maszyna: Me Bf 109, T - 34 czy Fiat 125 p. Oczywiście - prowadzona przez kierowcę. Ale zespół człowiek + konkretny pojazd tworzył w nich synergię wykraczającą poza kombinację tego samego pilota z innym sprzętem.



Nadmierna prędkość i brak wyobraźni najczęstszą przyczyną wypadków! 


   Ten trend został uwypuklony właśnie w bitewniakach. A najbardziej w przełomowym "X-wingu" (ale dużo wcześniej choćby w "Battletech'u"). Tam walczą raczej nie kosmiczni piloci, a same myśliwce. Każdy z nich ma konkretne parametry (zasięg, uzbrojenie, opancerzenie) - i to właśnie nimi rywalizuje z przeciwnikami; innymi pojazdami. Siedzące za sterami istoty rozumne to tylko dodatek do możliwości i ograniczeń danej maszyny. Oczywiście tego typu podejście to standard w konstruowaniu bitewniaków. Nawet jeśli figurka wygląda jak człowiek, i tak się nazywa, to jest najczęściej w istocie pojazdem: o indywidualnej szybkości, odporności pancerza. No i pilotowanym zdalnie. 

   Ale o braku realizmu psychologicznego w bitewniakach - kiedy indziej. Dziś chcę przedstawić wam tytuł, w którym pojazdy odgrywają pierwszoplanową rolę. Jest nim "Gaslands", autorstwa Mike'a Hutchinsona. Jest to kolejny z prostych systemów bitewnych wydanych przez Osprey Games. Zazwyczaj te gry cechują się prostymi do opanowania zasadami, zawierającymi jeden czy dwa smaczki dodające rozgrywce pikanterii. Do tego szkicowo nakreślone tło wydarzeń (jeśli w ogóle!), niewielka objętość, niska cena. I przeważnie - brak własnej linii figurek. Na przykład w opisywanym już "Dragon Rampant" można spokojnie, legalnie i koszernie grać Sigmarinami.



czwartek, 4 stycznia 2018

Popiół, pył, kurz - i rok 1947. Rozmowa z Krzysztofem Kaczurbą o grze "Dust 1947".



B       Będąc już nie tak młodym figurkowcem, napotkałem - nie pamiętam dokładnie kiedy -  wzmiankę o grze "Dust". Jakiś tekst w sieci, czy stolik na konwencie. Był tam chyba czołg na sześciu pancernych nogach i kilkuosobowe oddziały Niemców i Amerykanów. To wystarczyło, bym skierował uwagę gdzie indziej. Już sama druga wojna średnio mi podchodzi, a jeśli jeszcze zaserwuje się ją w wersji weird war, to jakby okrasić kaszankę kiszonym śledziem dla smaku. Rozumiem, że zombi-naziści z księżyca podbijają klimat... Ale ich potworność nie polegała na tym, że byli undeadami albo cyborgami. A ten właśnie nurt popkultury wyjątkowo chętnie pomija to, co w wojnie jest naprawdę straszne. I zmienia ją w strzelankę rodem z Pegasusa. A więc - poczułem opór, którego wówczas nawet nie chciałem przełamywać.

Atak na fabrykę szkołę pilotów maszyn kroczących pod Mannheim (1946, koloryzowane.)

      I tak minęło kilka lat. Próbowałem odnaleźć się w "Warhammerze Fantasy Battle". A gdy już szczęśliwie umarł, zacząłem rozglądać się po świecie gier figurkowych w poszukiwaniu tytułu, na który będę mógł przelać swoje uczucia. I gdzieś tam znów zamajaczył "Dust". Tym razem poświęciłem grze więcej uwagi. Zaintrygowały mnie nietypowe kości, zgrabne karty jednostek... Ale najlepsze wrażenie zrobił na mnie system poruszania jednostek. Przy bliższym oglądzie gra okazała się być bowiem miksem planszówki (określone pola, na których znajdują się figurki) i bitewniaka (występowanie rzeczonych). A gdy już zabrałem się za blogowe zgłębianie różnorodności tego rodzaju rozrywki, tym bardziej doceniłem rewolucyjność zastosowanego rozwiązania. Im bardziej zawikłane zasady dotyczące poruszania się i widoczności oddziałów, tym dłużej trwa gra i tym więcej trudności oraz frustracji przysparza. Odwołanie się do klasycznej planszy jest znakomitym rozwiązaniem, co widać na przykładzie lightowego "Warhammer Underworlds, Shadespire", jak i "To the Strongest!". W dodatku jeden z kumpli zainteresował się "Dustem"... Trzeba było przysiąść fałdów i coś napisać. 


czwartek, 28 grudnia 2017

Narodziny włoskiej mafii. Pierwsza w Polsce recenzja "Gangs of Rome".

 

     Jak każda inna dziedzina ludzkiej aktywności, i gry figurkowe cechują się zmieniającymi trendami, modami, popularnościami - i niepopularnościami. Co jakiś czas pojawia się tytuł - lub rzadziej pewna idea - które przykuwają uwagę publiczności. W końcówce roku 2017 takim objawieniem była gra "Gangs of Rome". Pojawiła się nagle i znienacka, jesienią. I dość szybko zdobyła sobie całkiem sporą popularność (2207 członków na facebookowej grupie skupiającej fanów - i ciągle rośnie!). Aby zobaczyć skalę sukcesu, warto zestawić liczbę facebookowych followersów "Gangs of Rome" z zadeklarowanymi miłośnikami "Kings of War - Vanguard". Druga z gier to też skirmish, też z innowacyjną mechaniką. Wspierany przez wydawcę z dużym doświadczeniem na rynku, znanym z udanej mechaniki w innych swoich grach. A jednak tę propozycję polubiły 904 osoby. Niby też nie mało, ale biorąc pod uwagę różnicę w potencjale marketingowym, trzeba założyć, że gra o antycznych dresiarzach ma w sobie coś, co nęci sporą liczbę potencjalnych graczy. 




Kiedy doczekamy się wersji PL?


    Cóż mogłoby to być? Na pewno sam pomysł jest bardzo oryginalny. Mamy mnóstwo gier o wielkich bitwach starożytności. Nie są też rzadkością systemy skirmishowe o dawnych czasach. Niestety często polegają one na tym, że kilku legionistów, wspieranych przez Herkulesa i westalkę (daje wardy i boosty!) toczy potyczkę z wilkołakiem, minotaurem i Scytami. Mało propozycji, które przedstawiały bójki i potyczki grup nie wywodzących się z armii. Jeżeli już takowe się pojawiają, to najczęściej opowiadają o mafiach narkotykowych lub alkoholowych z XX wieku. 


czwartek, 21 grudnia 2017

Miasto-superbohater. Recenzja "Pulp City".


     Jedną z fajniejszych rzeczy związanych z grami bitewnymi jest to, że za większością z nich kryją się bardzo intrygujące historie. Podczas gdy zwykły klient widzi figurki, zasady i mniej lub bardziej zgrabną politykę finansową i dystrybucyjną, na zapleczu rozgrywają się dramaty o  kreatywności, przyjaźni ale też niezgodzie i bezwzględności.

   Dziś na szczęście będę pisał o tych pierwszych wartościach. Przedstawię wam bowiem system, który zainteresował mnie już kilka lat temu, ale jakoś zawsze było coś ciekawszego, na czym skupiałem uwagę. Bo tak się składa, że ostatni raz, kiedy kręcili mnie superbohaterowie w konwencji "na serio" to okres wydawania komiksów o Spider-manie. Czyli okolice końca podstawówki. A potem już tylko "Wilq Superbohater" i "Strażnicy". Czyli parodia lub głęboka dekonstrukcja. W pewnym wieku na prawdę trudno traktować poważnie pana zakładającego majtki na spodnie. 


"Żeby grać w piłkę, musisz myśleć jak piłka."


    Normalnie pominąłbym temat "Pulp City" milczeniem i niepamięcią. Gdyby nie jeden istotny szczegół: to polska gra. To znaczy - pomysłodawca i autor zasad, Maciej Żylewicz jest Polakiem. Przy opracowaniu i publikacji całej linii wydawniczej pracowali ludzi z całego świata, lecz większość z nich to rodacy. Pomimo krajowego pochodzenia gry, jest ona praktycznie nieużywana w naszej ojczyźnie. Pewnie bardziej zaangażowani fani figurkowego klimatu znają ją, ale nie byłem nigdy świadkiem sytuacji, gdy ktoś realnie gra w "Pulp City", kupuje figurki, czy pisze o nim na blogu. A mimo to tytuł radzi sobie dość dobrze na ogólnoświatowym rynku. Gra jest cały czas rozbudowywana, wydano już dwie edycje podręcznika głównego. No i dziesięć lat życia systemu to też nie w kij dmuchał. 



Każdy bohater ma swoją mroczną stronę... Tak - to właśnie autor systemu.


    Ponieważ tematem bloga są mniej znane gry bitewne (czyli - nie wydawane przez Games Workshop), najlepiej te pochodzące z Polski - "Pulp City" było od jakiegoś czasu "w planach". A poznanie gry na żywo w trakcie ostatniego Comic Conu sprawiło, że motywacja do opisania jej znacznie wzrosła. Przybyłem, zobaczyłem, zagrałem. Wstępnie mi się spodobało, pogrzebałem głębiej... 



czwartek, 14 grudnia 2017

Na stos, na stos! Recenzja "Legionów Polskich 1914" - pierwszego dodatku do "Pierwszej Wojny Światowej".


     Niecałe dwa miesiące temu, dzięki niespodziewanemu zbiegowi okoliczności, udało mi się poznać zupełnie nowy polski system figurkowy: "Pierwszą Wojnę Światową". Jego dokładniejszy opis możecie przeczytać tutaj. Zanim przejdę do meritum, przypomnę tylko, że bardzo dobre wrażenie zrobiły na mnie zasady. Proste, a zarazem pozwalające na podejmowanie bardzo wielu decyzji o znaczeniu taktycznym. Nie bez znaczenia jest też fakt, że mamy w tym przypadku do czynienia grą, która wymaga małej ilości modeli. A przy tym bawimy się w starcia sporych oddziałów.
W dodatku skoncentrowano się na mało popularnym froncie pierwszej wojny światowej: froncie wschodnim. Czyli taktycznie ciekawszym od bitew materiałowych zachodu.



powiedział naczelnik państwa.


    Po pierwszym kontakcie w grze podobało mi się właściwie wszystko. Dwie tylko rzeczy powstrzymały mnie przed okrzykiem: "Shut up and take my money!". Po pierwsze - trzy inne rozgrzebane bitewniaki na warsztacie. Po drugie - wczesna faza istnienia systemu, i wynikające z niej pewne braki. Podręcznik podstawowy (który możecie za darmo i legalnie ściągnąć stąd) zawierał pełną mechanikę gry. Ale brakowało w nim spotykanych zwykle w bitewniakach opisów frakcji, parametrów jednostek czy scenariuszy. A w zasadzie - był jeden. Opisywał manewry na poligonie. Dwaj dowódcy (nie wiadomo: Niemcy? Francuzi? Amerykanie?), dysponując idealnie symetrycznymi siłami, mają za zadanie zająć i utrzymać wzgórze w centrum mapy. Niemal pojawia się wyobrażenie: ćwiczący żołnierze, zamiast do siebie strzelać, wołają: "Buuum! Buuum!". 



sobota, 9 grudnia 2017

Rok 2017 był to dziwny rok... Wielkie przebudzenie "Ogniem i Mieczem".




    Nie raz i nie dwa zdarzyła się w mym blogowym życiu sytuacja taka jak ta. Siedzę sobie spokojnie wieczorem przy kompie, piję piwo i oglądam filmiki. Wtem! Łamiąca wiadomość wywołuje szok i niedowierzanie! Palce na klawiaturze nie mogą milczeć! Dzieje się coś, co budzi (przynajmniej we mnie) ekscytację godną nastolatka dowiadującego się, że rodziców jego dziewczyny nie ma w domu.

Czy Martin inspirował się Sienkiewiczem?

    Dziś tym newsem było ogłoszenie przedsprzedaży nowej edycji podręcznika podstawowego do "Ogniem i Mieczem".


czwartek, 7 grudnia 2017

Tylko dla chłopców? Płeć i bitewniaki.


    Spośród typowo męskich hobby i aktywności (takich jak ustawki, myślistwo, publiczne zalewanie się w trupa itd.) poczesne miejsce zajmują gry bitewne. Ten rodzaj zabawy jest bowiem uprawiany prawie wyłącznie przez mężczyzn. Wystarczy spojrzeć na jakiekolwiek zdjęcie grupowe, przedstawiające np. uczestników dowolnego turnieju.  W 99% przypadków będą to właśnie faceci.

   Oczywiście wielu mogłoby na to odpowiedzieć: "Kiedyś widziałem dziewczynę grająca w jednym sklepie", "Przecież jest Skavenblight!" albo "Dziewczyna kolegi powiedziała, że chciałaby malować High Elfy." Wszystkie te incydenty są jednak malutkimi wysepkami w oceanie testosteronu, jaki opływa kontynenty i wyspy gier bitewnych. Odkąd zacząłem się interesować bitewniakami - przeciwnikami zawsze byli faceci. Jeśli poznawałem jakieś nowe środowisko (grupę graczy, fanów określonego systemu) - zazwyczaj poznawałem mężczyzn. Tylko dwa razy w życiu kierowałem ludzikami przeciw miniaturowym wojskom dowodzonym przez kobietę. I w jednym z tych dwóch przypadków nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jej motywacja do zabawy nie jest autoteliczna. Celem (w moim odbiorze) było raczej podtrzymanie więzi z chłopakiem (dużo bardziej wciągniętym w hobby), niż samodzielne zbieranie, malowanie i dowodzenie figurkową armią.

Czy może być coś bardziej męskiego? I zarazem (w pewien sposób) figurkowego?

    W zasadzie temat ten można by zbyć obojętnością, z jaką na co dzień traktuje się inne prozaiczne oczywistości. Po prostu: bitewniaki są dla mężczyzn, komedie romantyczne i golenie nóg - dla kobiet. Tylko znów spokoju nie daje fenomen popularności nowoczesnych gier planszowych. To hobby jeszcze kilkanaście lat temu też tkwiło w głębokich piwnicach, ale obecnie wygodnie mości się w mainstreamie. W dużej mierze sukces tego gatunku rozgrywki został zbudowany dzięki aktywnym zaangażowaniu kobiecej publiczności. W planszówkach, oprócz projektantów, recenzentów i graczy mamy też projektantki, recenzentki i graczki. I to nie jako rzadkie wyjątki - lecz jako pełnoprawne i aktywne kreatorki tego fandomu. Sytuacja zupełnie odmienna od gier bitewnych... Oraz planszowych historycznych gier wojennych.



Opiniotwórcza blogerka planszówkowa - to coś normalnego. Czy możliwe jest powtórzenie tej sytuacji w bitewniakach? Nie uprzedzajmy faktów...

  Czemu więc jest tak jak jest? Czemu zamiana planszy na makietę, żetonów na figurki działa na kobiety jak woda święcona na diabła? Czy możliwa jest zmiana tego stanu rzeczy? Jeśli tak - to co trzeba w tym celu zrobić? Co można by dzięki niej stracić, a co zyskać? Zapraszam do kwadransa niezajmowania się poważnymi sprawami.

czwartek, 30 listopada 2017

Do szabli i do szklanki. Wywiad z Péterem Nowak-Körmendy'm na temat gry "Saber & Blood".

  
      
    Parę raz pisałem (np. tu), a teraz powtórzę znowu, że klasyczna gra figurkowa, pomimo całej swej atrakcyjnej powierzchowności, może jednak częściej zniechęcać potencjalnego gracza do zainwestowania w nią większej ilości gotówki czy czasu. Po prostu: za dużo modeli do przygotowania (co wymaga nie tylko kasy i na prawdę wolnych weekendów), zbyt duża powierzchnia (w dodatku usiana makietami równie mocno dopracowanymi, jak modele). Na dodatek ciężkie do pojęcia reguły i mało dynamiczny gameplay. To wszystko to oczywiście stereotyp, wtłoczony w powszechną świadomość przez śp. "Warhammera Fantasy Battle". Ale nie do końca fałszywy. Nawet dużo bardziej nowoczesne i przystępne tytuły (np. "Wojnacja"; która jest tak tania, łatwa do przygotowania i zagrania, że bardziej się już chyba nie da) stawiają równie wysokie wymagania (jeśli nie większe, wszak trzeba pomalować figurki) co bardziej rozbudowane i skomplikowane planszówki (np. "Chaos in the Old World").

     A co z tymi wszystkimi ludźmi, którzy mają ochotę na zabawę w mniejszą lub większą wojnę przy użyciu ludzików, ale nie chcą poświęcać miesięcy (lub w najlepszym razie tygodni) na jedną tylko grę? Z tymi, którzy chcieli by sobie stoczyć w ciągu jednego spotkania potyczkę, potem zagrać w jakiegoś imprezowego fillerka, a na koniec napić się piwa i pooglądać filmiki? 

      O to (m.in.) chodzi w tym blogu: o pogranicza gier bitewnych i innych gatunków rozrywki i aktywności. O znajdywanie i opisywanie pozycji, które mogłyby zainteresować inne grupy odbiorców, niż tylko zatwardziałych figurkowych talibów.  


Kelner, piwo! Szybko, zanim się zacznie!

      I dziś właśnie przedstawię wam bliżej jeden z takich tytułów. Natknąłem się na niego w trakcie internetowych włóczęg - i od razu przykuł moją uwagę. Po pierwsze: jest to gra będąca koktajlem figurek, planszy i kart. Co samo w sobie brzmi zachęcająco. Po drugie: akcja dzieje się na Dzikich Polach! Tych samych, które tak ochoczo przemierzałem wraz z kumplami, gdy graliśmy w tego rpga. A po trzecie: to wykonanie! Mnogość komponentów, grafiki przykuwające wzrok, namalowane tak sugestywnie, że aż czuć unoszący się w powietrzu smród horyłki i kurzego łajna... 

sobota, 25 listopada 2017

Bitewniaki na Comic Conie (Fall 2017)


     Nie tak dawno wybrałem się na Planszówki na Narodowym. Wizyta na tej imprezie stała się pretekstem do gorzkiej refleksji nad (nie)obecnością figurkowych gier bitwenych na różnych eventach, podczas których można by rekrutować potencjalnych fanów. Zloty i konwenty ściśle figurkowe odbywają się i wychodzą całkiem nieźle. Ale jakoś trudno połączyć tą dziedzinę rozrywki z innymi aspektami gamerskiego klimatu. Ponarzekałem więc sobie na producentów, dystrybutorów i sprzedawców - oraz na fanów, którym jakoś mało po drodze z planszówkami, komiksami, przebieraniem się za Harley Quinn czy grami komputerowymi (a w zasadzie konsolowymi). 

     Kilka tygodni później okazało się, że moje czarnowidztwo i załamywanie rąk było mocno przesadzone. Dowiedziałem się bowiem, że firma Wargamer zamierza wystąpić na Comic Conie - i pokazać szerokiej publiczności różnego rodzaju gry z małymi ludzikami w roli głównej.


    Rzecz byłaby godna pochwalenia nawet gdyby stoisko miało się ograniczyć po pokazania zwiedzającym "Ogniem i Mieczem" oraz "TANKS". Ale tym razem udało się zrobić coś ze znacznie większym rozmachem. Zorganizowano bowiem kooperację kilku wydawnictw i dystrybutorów. A zatem, prócz tytułów ze stajni Wargamera miano pokazać coraz bardziej popularne gry od Warlord Games, oraz ofertę firm White Tree i Prodos Games. A do tego gry DUST "1947" i "Pulp City".  

   A jakby tego było mało - zapowiedziano stoisko profesjonalnego studia malarskiego "Private Brush", odpicowującego modele na wysoki połysk, ale też mającego szkolić młodych adeptów figurkowego hobby w ich pierwszych posunięciach.

  Wydawało się, że spełnia się marzenie o integracji różnych rodzajów geekowskiej rozrywki. Jeśli dodać do tego w zasadzie pewne wystawienie bitewniaków wydawanych przez Games Workshop (albo zrobią to sama korporacja, albo jakiś sklep sprzedający jej asortyment) - mogliśmy się spodziewać całkiem szerokiego przeglądu przez świat gier figurkowych.

czwartek, 23 listopada 2017

Nieświęte figurki lepi. Wywiad z Pawłem Góreckim, prezesem Rotten Factory.


      Czy mówiłem wam już, jak bardzo doceniam inicjatywę Figurkowego Karnawału Blogowego? Nie dość, że zabawa ta co rusz inspiruje różne pomysły, to dodatkowo motywuje do ich realizacji. Nie inaczej było i tym razem. Pepe z bloga Fantasy w Miniaturze zaproponował temat tylko pozornie oczywisty. Mianowicie zaprosił on  ludzi, którzy marnują cenne godziny swego życia na tworzenie blogów figurkowych do napisania o ulepkach. I nie chodziło mu o kuleczkę utoczoną z substancji dzielącej nazwę z rogatym zwierzem hodowlanym, ale o ludziki stworzone samodzielnie przez hobbystów.

      Szczerze mówiąc, mam w tym temacie niejedno do pokazania. Sklejanie figurek niezgodnie z instrukcją (za to zgodnie z własnym pomysłem!), dolepianie im dodatkowych elementów, czy wreszcie stworzenie czegoś zupełnie od podstaw to niesamowicie satysfakcjonujące doświadczenie. I nic dziwnego, że z tej dumy można chcieć pokazać je całemu światu.

Gdyby ten pan założył firmę produkującą figurki, to mogłaby się ona nazywać jak ta, o której będziecie za chwilę czytać.


     Do tematu można podejść jednak jeszcze inaczej. Od dłuższego czasu myślałem o tym, by przygotować tekst skupiający się właśnie na stricte figurkowym aspekcie hobby. Tak się bowiem składa, że jeśli chodzi o rzeźbienie i odlewanie, nasza ojczyzna nie ma się czego wstydzić. Istnieje mnóstwo firm produkujących bardzo dobre, polskie figurki. Zaryzykowałbym wręcz twierdzenie, że w wielu przypadkach biją one na głowę anglosaskie produkcje. Na przykład modele od słynnego Kromlecha, Titan Forge'a, HiTech Miniatures czy Scibora. A to dopiero wierzchołek lodowy, jeśli chodzi o temat odlewania figurek do gier w Polsce. Jeśli siedzicie w temacie gier bitewnych, to pewnie widzieliście nie jedno takie cudeńko. Ale bardziej możliwe jest, że wymienione nazwy nic wam nie powiedzą. A tym bardziej nie będziecie kojarzyć takich producentów jak MaxiMini, Werewoolf Miniatures, Bitspudlo czy Rothand Studio.