czwartek, 25 maja 2017

Przekroczyć próg wejścia. Co sprawia, że zbieramy jedne bitewniaki, a omijamy inne?

       

       Gry figurkowe (szczególnie stricte bitewne) to dość ciekawe zjawisko. Przyczyn tego jest wiele, ale dziś skupię się na fakcie, że jest ich na rynku bardzo dużo. A nawet za dużo, o czym mogliście przeczytać tutaj. Same zaś bitewniaki mają zaś to do siebie, że wymagają znacznie większego zaangażowania, niż planszówki. Nie jest niczym dziwnym sytuacja, że dany człowiek ma swej kolekcji dziesięć gier planszowych. Natomiast ze świecą trzeba by szukać fana figurek który równocześnie ogarnia taką samą ilość systemów bitewnych. A przecież ciągle wychodzą nowe gry. Wydawcy przedstawiają swą ofertę klientom, niczym straganiarze na rynku. A klienci wybierają. I dziś pochylę się właśnie nad tym, dlaczego taki, a nie inny system jest wybierany. Co sprawia, że jedna gra odjedzie szczęśliwie do nowego domu ze swym nowym panem, a inna pozostanie na półce, z czasem blaknąc i zarastając kurzem? 



Czy na końcu tunelu czeka bitewniak idealny? 

     Ludzka decyzyjność od wieków budziła zaciekawienie. Na pytanie: "Dlaczego ktoś postępuje tak, a nie inaczej" próbowali odpowiedzieć już antyczni filozofowie. Ale w dzisiejszych czasach ta kwestia jest zbyt ważna, by pozostawić ją w rękach amatorów. Obecnie wybitni naukowcy opracowują wyrafinowana modele statystyczne, by dokładnie obliczyć, jaki wpływ będzie miała zmiana odcienia opakowania na sprzedaż proszku do prania. 
Jednak branża figurkowa dysponuje znacznie mniejszym budżetem, największy potentat wręcz szczyci się faktem nie przeprowadzania żadnych badań konsumenckich... A jednak w pewnych aspektach kupno podręcznika czy startera można porównać do kupna wspomnianego już proszku do prania. W innych zaś - różnice są diametralne.

      Kiedy mówi się o podejmowaniu decyzji o zaangażowaniu się w zbieranie, sklejanie i malowanie oraz wreszcie granie w jakiś system figurkowy, często pojawia się termin "próg wejścia". Każdy czytelnik intuicyjnie chwyta jego znacznie. Kojarzy się on z zaangażowaniem, które trzeba poświęcić, by rozpocząć zabawę: czyli stoczyć potyczkę wojskiem (czy bandą) o minimalnej wartości punktowej. Zaangażowanie to ma różne aspekty: finansowy, czasowy, intelektualny, sprawnościowy. Warto jednak przyjrzeć się bliżej temu pojęciu. Z czego dokładnie się składa? Jaką rolę w decyzji o wejściu w bitewniaka pełnią poszczególne czynniki? Czy dla każdego próg wejścia będzie taki sam? 


niedziela, 21 maja 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy 33. Oto zbliża się sztandar Króla Plagi.



        Nie zawsze temat FKB przypada mi do gustu. A jeśli już pojawia się jakiś pomysł - to zazwyczaj jest to pomysł na przydługi, słabo zreasearchowany tekst, okraszony wątpliwej jakości żartami. 

         Tym razem sprawa była zupełnie prosta: Dziadu z Lasu rzucił wyzwanie stricte modelarsko - malarskie. I to w dodatku dotyczące jednego z moich ulubionych aspektów figurkowego hobby: scratch buildingu i konwersji. Sam odznaczam się raczej mizernym talentem rzeźbiarskim; to co ulepiłem z greenstuffu i miliputu - wstyd pokazywać. 

                 Ale z drugiej strony jest bardzo dużo przyczyn, by mimo wszystko nie poddawać się i stworzyć coś mniej lub bardziej samodzielnie.
Po pierwsze: pomysł na alternatywne wykorzystanie części, następnie własny projekt (choćby tylko w wyobraźni) - i wreszcie konstrukcja i malowanie. A na końcu masa satysfakcji. Oto stworzyłem coś zupełnie unikatowego, coś, czego nie ma nigdzie indziej na świecie.


Dzisiejszy wpis dotyczy i sztandarów, i porzuconych systemów. Dlatego to zdjęcie jest jak znalazł.

               
                Czasami jednak za konwertowaniem mogą stać względy pozaartystyczne. Może się na przykład zdarzyć taka sytuacja, że jakaś armia, występująca w jakiejś grze ma na liście oddziałów jakąś konkretną jednostkę (lub bohatera). Jednostka ta może być potężna - lub zupełnie badziewna; nie to jest ważne. Tylko to, że wydawca gry nie wyprodukował jeszcze tego konkretnego modelu. A zatem możecie go sobie wystawić tylko wtedy, gdy go zrobicie. Albo kupicie z innego źródła.


czwartek, 18 maja 2017

Bombardowanko orbitalne? Recenzja "Dropfleet Commander".

     
     Fakt, o którym zaraz napiszę, może być trudny do przełknięcie dla co bardziej ortodoksyjnych fanów wojennych gier figurkowych, ale dzisiejszy wpis zacznę od przypomnienia go. Najpopularniejszym bitweniakiam jest "X-Wing". W dalszej kolejności należałoby dodać pewne uściślenia: najpopularniejszym w USA, w roku 2015, a miarą popularności jest sprzedaż (i to zapewne z pierwszej ręki). Ale poważne portale informacyjne, dla ludzi ceniących sobie dobre dziennikarstwo, stronią od takich detali, więc i ja je sobie podaruję. Zapamiętajmy sobie te dane: rok 2015, "X-wing" (gra o walkach statków w kosmosie, jak by nie było) znajduje się w czołówce listy sprzedażowej.



Przed rozpoczęciem inwazji musisz oczyścić atmosferę. I orbitę.


      Być może to zupełny przypadek (a być może nie?) - że w roku 2016 ukazuje się gra "Dropfleet Commander". Również bitewniak, również z okrętami kosmicznymi w roli głównej. Tytuł ten trafił w segment (rynku, nie przestrzeni kosmicznej), w którym panuje ostra rywalizacja. Wiele nowych gier jest zapomnianych, zanim jeszcze zakończy się ich kampania na kicstarterze. Z "Dropfleet Commanderem" stało się inaczej. W rok po premierze system ma się dobrze, zdobył sobie całkiem pokaźne grono fanów, dobre opinie - i perspektywy na dalszy rozwój. Dlaczego tak się stało? O co w ogóle chodzi w tej grze? Czym się charakteryzuje, jak przebiega? Jakie są jej silne i słabe strony? Czy warto inwestować w nią swoje pieniądze i czas? Jakie liczby mogą paść w najbliższym losowaniu lotto? Postaram się choćby po części odpowiedzieć w tej recenzji na powyższe pytania.


Skaner bardzo dalekiego zasięgu.

        O "Dropfleet Commanderze" słyszałem już od jakiegoś czasu. Ale były to tylko szczątki wiadomości. A to, że ciekawie rozwiązali systemu zasięgu. A to, że figurki wspaniałe. Widziałem je nawet na własne oczy. Rzeczywiście - super. Ale to jeszcze nic nie znaczy, to nie początek XXI wieku, by jakaś firma odważyła się wypuszczenie choćby średnich modeli. Ogólnie - temat walk kosmicznych nie znajdował się na szczycie moich priorytetów. Więc nie pałałem chęcią poznania tej gry bliżej.

Niemniej jednak dziennikarstwo figurkowe (nawet tak amatorskie jak moje) do czegoś zobowiązuje. Dlatego z radością przyjąłem propozycję dżentelmena, który woli pozostać incognito (nome de guerre: Rocy7) , by zagrać bitwę demonstracyjno - szkoleniową. 

A po niej byłem jeszcze bardziej zadowolony. Ale nie uprzedzajmy faktów...


czwartek, 11 maja 2017

Wbijaj na "Gladius"! Wywiad z Maciejem Drążkiewiczem, współorganizatorem Gladiusa - konwentu gier bitewnych.


       
            Wiele się działa w ciągu kilku minionych tygodni w bitewniakowym świecie. Najpierw powrót "Necromundy" (lekko zmienionej), zapowiedź nowej edycji Warhammera 40.000... Tym żyła Polska, tym żył świat. Wśród tego orbitalnego bombardowania marketingowego gdzieś w tle przemknęły niezauważone takie tytuły jak "TravelBattle" czy nowe krasnoludy od NorthStar Military Figures. Być może dlatego, że owe wydawnictwa miały swoją premierę na konwencie Salute. Który to konwent, jak na polskie warunki cechuje się między innymi fatalną lokalizacją - Londynem w Wielkiej Brytanii. Ta impreza to prawdziwe święto brytyjskich miłośników figurek, na którym każdy fan małych ludzików znajdzie coś dla siebie. 

Śledziłem zapowiedzi tego konwentu w sieci z uczuciem zazdrości i smutku. Taka fajna impreza... Ale nie u nas. U nas w kraju to ogóle nie ma konwentów ogólnofigurkowych. Jeżeli już coś się odbywa, to w najlepszym wypadku jest to impreza poświęcona jednej wybranej grze - vide Mistrzostwa Ogniem i Mieczem 2017, Wilanów. Albo turniej.
Słabo, ale jak powiedziała pani minister: "Sorry, taki mamy klimat".

A to tylko część odwiedzających Salute 2017! Zdjęcie z bloga "Z pola walki".


I tak sobie melancholizowałem, kiedy to pewnego wieczoru dowiedziałem się, że, jest iskierka nadziei dla polskich fanów gier figurkowych, niezależnie od tego, czy lubią figurki wyznawców Khorne'a czy Napoleona. Tą iskrą jest zbliżająca  się pierwsza (i miejmy nadzieję, że nie ostatnia!) edycja konwentu gier bitewnych"Gladius"!

Gdy tylko facebook poinformował mnie o tej imprezie, doznałem małego ataku euforii. A więc - da się! Nie jest tak tragicznie w naszej ojczyźnie, jeśli o imprezy figurkowe chodzi! Muszę pojechać, najlepiej zaraz! Niestety, okazało się, że potrzeba sporej dozy cierpliwości, by doczekać do 16 czerwca 2017, kiedy to "Gladius" ruszy z kopyta. Ale nadal podjarany - zapragnąłem dowiedzieć się więcej o tym konwencie i przekazać wieść jak najszerszej publiczności. A wiedzę najlepiej zdobywać u źródła. Tak narodził się pomysł wywiadu, który możecie teraz przeczytać:


czwartek, 4 maja 2017

Wielki Szatan gier bitewnych? 6 mitów o "Age of Sigmar".


      Czas pędzi do przodu niczym rycerz na koniu z piosenki Nocnego Kochanka. Jednym z przejawów tego przykrego zjawiska jest fakt, że wciąż młody system, jakim jest "Age of Sigmar" funkcjonuje na rynku już prawie dwa lata. Jednak samo w sobie niewiele to znaczy. Każdej innej grze można by wyliczyć jej wiek, ale nie byłoby to zbyt inspirujące zajęcie.

Temu jednemu tytułowi warto jednak poświęcić więcej uwagi. Uderzył on bowiem niczym wielki meteoryt w światek gier bitewnych. Towarzyszyło mu wielkie wymieranie, które  jednak stało się okazją dla innych growych organizmów.

     Dwa lata życia sprawiają, że "Age of Sigmar" jest ciągle młodym organizmem. I z wielu powodów ciągle budzi silne emocje. A przynajmniej takie reakcje najczęściej widać w Internecie. Przy czym owe skrajności najczęściej osiągają wartości ujemne. Łatwo napotkać objawy nie tyle niechęci - co wręcz hejtu. Wydaje się, że w niektórych kręgach w dobry tonie jest przywitać się z kumplem słowami: "Cześć Janusz, jak leci, Age of Shitmar to gówno". Oczywiście dla tego typu emocji trzeba szybko znaleźć jakieś uzasadnienie - by nie wyjść na wściekłego ze złości nienawistnika, lecz pozostać w roli uniesionego słusznym gniewem eksperta i konesera. A więc po wyrażeniu nieprzychylnego stanowiska pojawiają się ważkie argumenty: to system na okrągłych podstawkach, zabił starego dobrego battla, a poza tym figurki są brzydkie.



Okrzyk triumfu? Wściekłości? Czy też może czegoś jeszcze innego? Sczekitautujcie sami tu. 

      Głosy z przeciwnej strony barykady nie są tak głośne. Wygląda na to, że ludzie, którym akurat przypadła do gustu nowa (wciąż) propozycja Games Workshop, nie czują nieodpartego przymusu afiszowania się ze swymi preferencjami. Rzadko wyrażeniu aprobaty dla "AoS" towarzyszy pogarda dla innych gier, lub ludzi, którzy w nie grają. Za to również w tym wypadku pojawiają się powody, dla których jest to fajna gra: głównie takie, że jest prosta, tania i nadaje się do beznapinkowych rozgrywek (przy piwie i preclach!).

     Obserwuję takie postawy od jakiegoś czasu i pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł na wpis (którego owoce zaraz poznacie, o ile nie przestaniecie czytać). A gdyby tak zebrać te opinie o Age of Sigmar, jakie są powielane w różnych krótkich sieciowych wypowiedziach - i skonfrontować z faktami? Ciekawe, co z tego wyjdzie?

Jako, że nie czuję się ani przeciwnikiem, ani orędownikiem "AoS" mam nadzieję, że uda mi się przyjąć w miarę obiektywne stanowisko. W dodatku realnie udało mi się zagrać w tą grę kilkanaście razy (czego nie można powiedzieć choćby o "Epicu", "Inquisitorze" czy "Bogach Wojny: Napoleonie"). Wobec tego - może podołam zadaniu zweryfikowania sześciu mitów o "Age of Sigmar"? To się zaraz okaże...


niedziela, 30 kwietnia 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy XXXII "Wybrany i odrzucony" - podsumowanie.

    
      Od początków swego istnienia ludzie funkcjonowali w warunkach niedoboru. Wszystkiego było za mało - jedzenie, kobiet zdatnych do zapłodnienia, mężczyzn będących dobrymi ojcami, bezpiecznego schronienia... A w dodatku zdobycie owych dóbr narażało osobnika na niebezpieczeństwo, ryzyko i wyrzeczenia. Stąd też w każdego z nas jest wbudowany mechanizm starania się o to, czego chcemy i potrzebujemy. Oraz angażowania całego potencjału intelektualnego i fizycznego w ułatwianie sobie tych starań.

       Kolektywny wysiłek miliardów ludzi w ciągu kilku tysiącleci doprowadził do tego, że obecnie część ludzkości stoi wobec zupełnie odmiennego problemu: problemu nadmiaru. Wiele rzeczy, potrzebnych do komfortowego przeżycia, dostępnych jest bardzo łatwo i w (za) dużej ilości. Oczywiście kłopot ten nie dotyczy wszystkich współcześnie żyjących homo sapiens. Ale i ja - i wy, moi czytelnicy - należymy do grupy uprzywilejowanej. Wnioskuję o tym z faktu, że każdy z nas dysponuje wolnymi rezerwami czasowymi, finansowymi i intelektualnymi, które może zainwestować/ zmarnować na zajmowanie się grami figurkowymi.

A może rzucić to wszystko i wyjechać do Iraku?

Nie zrozumcie mnie źle - uważam, że dużo lepszą sytuacją życiową jest dylemat: "którą figurkę pomalować" niż "w tym tygodniu zjem we wtorek albo w czwartek". Niemniej jednak szczęśliwy los postawił nas, fanów bitewniaków, w obliczu nadmiaru figurek do pomalowania. I to właśnie z tym problemem każdy z nas od czasu do czasu musi się zmierzyć. Ta edycja Figurkowego Karnawału Blogowego dotyczyła właśnie tego zagadnienia. Oto jej plon:

sobota, 29 kwietnia 2017

Wybrany i odrzucony. Mój udział w FKB 32.

     
         Skoro jestem gospodarzem karnawału, i rzuciłem uczestnikom nie lada wyzwanie, to czułbym się nie fair, przyglądając się z popcornem w ręku cudzym wysiłkom i nie dając nic od siebie. Zresztą - co tu kryć - wymyśliłem ten temat w dużej mierze pod siebie. Chodziło mi o zrobienie przeglądu niepomalowanych figurek pod kątem zaległości (niektórych z wielu lat). I o spojrzenie prawdzie w oczy - niektóre z figurek zalegających w szafach nigdy nie poczują na sobie wilgotnych pieszczot pędzla, nie nabiorą życia i kolorów, nie staną do walki przeciw swym miniaturowym braciom. Na zawsze pozostaną prozaicznym kawałkiem metalu/plastiku/żywicy. 


Co masz pomalować jutro, pomaluj pojutrze.


czwartek, 27 kwietnia 2017

Zdradzeni na piasku. Recenzja "Spartacus. A game of blood and treachery".

      
       
       Co jakiś czas (nie tylko na tym blogu) pojawia się temat bitewniaka, który mógłby się spodobać fanowi (lub fance - to środowisko nie jest tak mocno jednopłciowe) planszówek. Wiadomo, że taka gra ma nie być zbyt droga, zbyt trudna, wymagająca zbyt długich i pracochłonnych przygotowań... I w ogóle ma być lekka, łatwa i przyjemna w odbiorze. Dziś jednak zabiorę się do tego tematu z zupełnie innej strony i poopowiadam o dla odmiany o planszówce dla bitewniakowców.


         Jaka powinna być to gra? Kwestię kosztów, złożoności zasad i zaangażowania, jakie trzeba włożyć w przygotowanie, możemy sobie na wstępie darować. Nawet za najtańszego bitewniaka trzeba na starcie zapłacić mniej więcej tyle, co za przeciętną planszówkę. Nie wspominając o tym, że lektura i nauka zasad większości współczesnych planszówek będzie czystym relaksem w porównaniu z przedzieraniem się przez gąszcz reguł, zasad, armybooków i wyjątków dowolnej gry figurkowej.
Czym więc planszówka, poza swoją przystępnością może skusić figurkowców? Może tym, że kryje w środku minisystem bitewny?


Gladiatorzy. Kolejny, oprócz kiboli i upaństwowionego chrześcijaństwa, rzymski wynalazek popularny w Polsce.


       Tego typu propozycją jest  "Spartacus. A game of blood and treachery". Jakiś czas temu, przy okazji opisywania gry "Arena Rex" wskazałem, jak wdzięcznym tematem dla gier figurkowych są walki gladiatorów. Czy może bowiem być coś bardziej ekscytującego, niż chwila, gdy naprzeciwko siebie staje dwóch półnagich mężczyzn, o idealnie wyrzeźbionej muskulaturze, skórze natartej aromatycznymi i połyskującymi olejami?

Ależ owszem - na przykład przygotowania do tej walki. Jeżeli myśleliście, że trening, wybór i wyposażenie zawodników, szykowanie areny to nudy, to "Spartacus" otworzy wam oczy.


piątek, 21 kwietnia 2017

Fallout Tactics. Z ostatniej chwili.

   
        Drodzy czytelnicy, jest piątek, niebawem wybije północ. Porządni ludzie o tej porze śpią, nieporządni zamawiają drugą butelkę, a ja siedzę i przeglądam newsy ze świata figurkowego. I znalazłem takiego, że ja pierdolę! Jeżeli stoicie, to lepiej usiądźcie.

A zatem - zapowiedziano figurkowego Fallouta!!!


Już wkrótce nie będziemy potrzebowali komputera, by stoczyć walki w świecie jednego z najbardziej kultowych i wpływowych cRPG wszech czasów.

Na razie nie wiadomo o grze prawie nic. Ale "prawie" i w tym wypadku robi istotną różnicę

czwartek, 20 kwietnia 2017

Zabawa w Indian i kowbojów. Wywiad z Bartkiem Papiewskim na temat gry "Wild West Exodus".

     
      Niemalże z dnia na dzień pojawiają się newsy o zapowiedziach wydawniczych nowej gry figurkowej. Z jednej strony - złota era bitewniaków, każdy znajdzie coś dla siebie itd. Z drugiej zaś - dużo czasu i wysiłku wymaga samo rozeznanie się w ofercie, którą rzucają nam rzesze wydawców i dystrybutorów. Samemu nie idzie tego ogarnąć.

I w takich właśnie momentach można liczyć na figurkową brać. Po raz kolejny dostałem przeciek od Kal_Toraka z forum border princes. Nie tylko wskazał ciekawy temat do poruszenia (który do tej pory pozostawał poza kręgiem moich zainteresowań) ale też dał namiary do człowieka, który się na nim zna. Zamiast więc lizać cukierek przez szybę (czyli wyrabiać sobie opinię na podstawie internetowych recenzji, wpisów na forum i filmików) udałem się do źródła, do człowieka który przedstawi mi grę Wild West Exodus w oparciu o osobiste doświadczenia. Ten człowiek to Bartek Papiewski. Fan gier figurkowych, jakich tysiące (albo i więcej) w naszym kraju. Ale fan niezwykły. Taki, który nie powiedział sobie "Dam sobie spokój z WWX - i tak w to nikt nie gra". Zamiast tego podjął wysiłek, by wspomóc tworzenie się środowiska miłośników tego tytułu. I dziś będzie mogli poznać część owoców jego starań - wywiad prezentujący "Wild West Exodus".

I ty możesz wybrać się do świata Dzikiego Zachodu.
Nie wiem jak czytelnicy bloga, ale ja znam Cię dość słabo. Czy możesz napisać kilka słów o sobie? Co robisz na co dzień? Jak to się stało, że obiecujący młody człowiek zszedł na manowce gier figurkowych?

      Nazywam się Bartek Papiewski, mieszkam w Warszawie i należę do licznego grona warszawskich graczy. Na co dzień pracuję w korpo jako administrator aplikacji, więc nie jest to nic związanego z grami bitewnymi. Z drugiej strony całe lata temu doświadczyłem epizodu pracy w sklepie modelarskim, wyposażonym między innymi w produkty GW. 
Jak zacząłem grać w gry figurkowe? Przez przypadek. Na koloniach wpadłem na gości grających w Necromundę, bardzo szybko wkręcili mnie w ten system.
Po powrocie z kolonii, pierwsze co zrobiłem, to za odłożoną kasę kupiłem pudełko Escherek. Potem był WFB 6 i 7 edycja. Od 8 edycji coś zaczęło się psuć, gra nie sprawiała mi tyle przyjemności co wcześniej. Dlatego zacząłem szukać czegoś innego. Najpierw był Warhammer 40k, potem przeszedłem przez Warmachinę, wszelkiego rodzaju planszówki, aż w końcu 3 lata temu zacząłem grać w Infinity i tak już zostało.