czwartek, 22 marca 2018

Acedia! - FKB 43


   Figurkowy Karnawał Blogowy... Dawno mnie tu nie było. Co tym dziwniejsze, że równolegle trwał prawdziwy karnawał. Z którego też nie skorzystałem w sposób zalecany przez tradycję i konwencję społeczną. Również w tej edycji FKB trudno było mi dopasować treść do tematu. Choć oczywiście miałem swoje, dość oczywiste, pomysły. Mógłbym na przykład skończyć malowanie rozgrzebanych demonów Nurgla. Nie cała armia jest wszak już gotowa. Warto by sfinalizować Heralda, czy doprowadzić do używalności nurglingi oraz plaguebearerów. Jednak tak się nie stanie... Może kiedyś, za jakiś czas... Ale nie w marcu 2018. Za dużo modeli na warsztacie, które wystąpią w systemach, w które realnie gram.

    A zatem - nie pokażę wam w tym karnawale modeli demonów. Inni uczestnicy na pewno wam ich nie poskąpią na swych blogach.

  Dumałem nad tym tematem, a jednocześnie borykałem się z silną niechęcią. I to taką, która maksymalnie przeszkadza w blogowaniu: niechęcią do pisania.

  Czy komukolwiek z was mówi coś tytuł dzisiejszego wpisu? Znacie to słówko? Na chwilę założę, że nie, by móc je wyjaśnić. A wtedy zrozumiecie czemu właśnie taki tytuł takiego wpisu w takiej edycji FKB. 


W ramach tak zwanej ikonologii każdej idei odpowiada obraz. Takie ułatwienie dla analfabetów - erudytów. 


   Zacznijmy od małej podróży w czasie; cofnijmy się do (mentalnego) średniowiecza. W tym (i nie tylko tym) okresie tłumaczono występowanie różnych zjawisk aktywnością czynników nadprzyrodzonych. Odbywało się to na następującej zasadzie: Piorun? To uderzył Zeus! Potop! Czymś uraziliśmy Jahwe... Zaraza? Wina Nurgla! Podobnie "rozumiano" różne stany emocjonalne i psychofizyczne. Szczególnie takie, które nie prowadziły do postępowania mile widzianego przez ówczesne nakazy i normy moralne. Na pewno o czymś takim słyszeliście, miłośnicy fantastyki i zdający egzamin uprawniający do przyjęcia pierwszej Komunii Świętej. Chodzi o tak zwane grzechy główne. Różne ludzkie zachowania, mające swą przyczynę w czynnikach indywidualnych i sytuacyjnych zyskiwały w myśl tej koncepcji dodatkowy, nadnaturalny wymiar. 
I tak na przykład, wszyscy ci, którzy pożądali żony bliźniego swego mieli być kuszeni przez demona żądzy. Do zawodowych obowiązków owego demona należało skłanianie ludzi do ulegania grzechowi głównemu Nieczystości (albo "Luxurii" - brzmi lepiej i nie kojarzy się tak mocno z Nurglem). 



  Co wynikało z przypisywania złym duchom odpowiedzialności za ludzkie uczucia i działania? Jeśli traktować tą koncepcję poważnie, to wtedy rozwiązanie nabrzmiałego problemu z pożądaniem z przykładu powyżej powinno polegać na wykonaniu zabiegów odnoszących się do owego demona. Czyli jakaś modlitwa, amulet, czynności ochronno - magiczne. Zamiast żmudnego badania źródeł frustracji seksualnej i poszukiwania konstruktywnych sposobów radzenia sobie z nią. Wszyscy znamy je (oby z popkultury!) w konwencji chrześcijańskiej, ale afrykański animizm czy syberyjski szamanizm "działają" na bardzo podobnych zasadach. 

    Dzisiaj jednak postąpię zupełnie inaczej. Zacznę mianowicie od domniemanego demona, który coraz bardziej przejmuje nade mną kontrolę, ale potem jednak postaram się zrozumieć, co się dzieje, dlaczego - i jak sobie z tym poradzić? 




Mam nadzieję, że wśród czytelników bloga nie ma ludzi grzecznych, wspaniałych, uprzejmych, niezwykłych, inteligentnych...


Acedia Decedia. 

   No dobrze, najwyższa już pora konkretnie powiedzieć, co to ta acedia. Słowo to ma oznaczać stan emocjonalno-duchowy polegający na zniechęceniu, apatii, niepokoju, trudnościach z koncentracją, brakiem motywacji, zobojętnieniu i duchowej pustce. Dawniej miał on dręczyć (albo być grzechem... opinie autorytetów były w tej materii sprzeczne) mnichów. Dziś może zaznać go niemal każdy. Wystarczy poczekać do poniedziałku rano i pójść do roboty. O ile do takie samopoczucie jest czymś czego trzeba się spodziewać, przychodząc do pracy, to gdy pojawia się w sytuacji pisania posta na blog, robi się niepokojąco. Do tej pory przygotowywanie wpisu było dla mnie świetną zabawą samą w sobie. Ostatnio zaś motywacja spadła, dużo bardziej kuszą mnie niepomalowane modele i stojące obok farbki... Co zrobić w sytuacji, gdy ogarnęła mnie acedia? 

   Miałem kilka pomysłów. Pierwszy to po prostu zignorować problem i poczekać, aż przejdzie samemu. Tak to często bywa ze stanami emocjonalnymi, że dziś są, za tydzień ich nie ma. Czasami wystarczy się wyspać, zrobić coś odbiegającego od codziennej rutyny a humor i motywacja wracają. Tak może być i tym razem. I najprawdopodobniej tak się stanie, gdy tylko słońce będzie częściej i wyraźniej widoczne. Niemniej jednak owa przytłaczająca rutyna połączona z dużą ilością zadań (i wynikający z tego brak komfortu pisania) sprawia, że mógłbym długo czekać na samoistną poprawę.


No kurde! To przecież o mnie!

    Inny pomysł był nieco bardziej atrakcyjny. Funkcjonuje on powszechnie w cywilizowanym świecie, każdy go lubi, jest jedną z głównych zdobyczy ludzi pracy. Chodzi mianowicie o urlopy i wolne. Od czasu do czasu każdy potrzebuje przerwy; to właśnie to odejście od codziennej rutyny. Z tym że przypadku blogowania oznaczałoby to zaprzestanie regularnego umieszczania wpisu. Nie podobało mi się to rozwiązanie z dwóch powodów. Po pierwsze udało mi się do tej pory zachować regularność. I gdyby teraz zrobić sobie przerwę, to pewnie kilkanaście lub kilkadziesiąt osób byłoby rozczarowanych. 

    W dodatku wziąłem sobie do serca porady Fire Anta mówiące o tym, co robić, by blog był popularny. Na pewno pomaga aktywność... Czyli właśnie regularne wrzucanie nowego kontentu.
Drugi powód rezygnacji z urlopu wynikał z pewnej znajomości samego siebie. Narzuciłem sobie sztywny harmonogram dodawania wpisów (co czwartek rano, choćby się waliło i paliło) - by zawczasu okiełznać acedię. Gdyby bowiem bazować na wenie, chęci - to nowe wpisy raz by były, a kiedy indziej nie. Możliwe też, że bardziej zabieganym okresie łatwo byłoby mi zrezygnować z pisania. A potem trudno do niego wrócić. A że dla osiągnięcia osobistego sukcesu ważna jest konsekwencja, wiedziałem że lepiej będzie, jeśli nie będę sobie pobłażał. I zostanę sam dla siebie kierownikiem domagającym się nowego tekstu co czwartek.

    No i wreszcie trzecia idea, której realizację właśnie oglądacie. Jak do tej pory powstało wiele książek opowiadających o tym, że trudno jest napisać książkę, czy filmów o trudnościach z kręceniem filmów. A dziś powstaje wpis o niechęci do przygotowywania wpisów :) Akurat samopoczucie ładnie zgrało się z FKB, temat zapropnowany przez Anolecraba dał mi pretekst, by stanąć do otwartej walki z gnębiącym mnie piekielnikiem! 



Sami widzicie: Belphegor. Więc co ja mogę? Oprócz przeczytania raz jeszcze "Siódemki"?


Acedia - skąd przyszła? 

   Skoro blogowa awersja została potraktowana jako zjawisko naturalne, to spróbuję odnaleźć jej przyczyny. Jak to się stało, że czynność, która swego czasu była atrakcyjniejsza od spania, teraz wymaga zdania testu na siłę woli? 

  • Rutyna. Napisałem wyżej, że do osiągnięcia sukcesu niezbędna jest wytrwałość i konsekwencja. Popularna psychologia ujęła ten pogląd w tak zwaną regułę 10.000 godzin. Jeżeli właśnie tyle czasu przeznaczycie na zajmowanie się jakąś dziedziną, to w końcu zacznie wam ona dobrze wychodzić. Nawet gdyby miało to być granie na banjo czy neurochirurgia. Sęk w tym, że te wszystkie godziny zebrane do kupy dają ponad 416 dni. 416 dni zajmowania się tym samym. Bez przerwy na spanie, siku, papierosa czy oglądanie seriali. Innymi słowy - aktywność wyjątkowo mozolna. Z jednej strony mam jakieś tam wyniki. Z drugiej zaś pracowanie na nie, wykonywanie wciąż bardzo podobnych czynności (zebranie informacji, uporządkowanie ich, przygotowanie wpisu, redakcja, obrazki, informowanie o wpisie na facebooku i forach). Jak łatwo się spodziewać - z czasem będą one bardziej nużyć, niż cieszyć.
  • Monotonia tematu. Oczywiście gry figurkowe są bardzo zróżnicowane. Modele są wykonywane w bardzo różnych rozmiarach, przedstawiają chyba wszystko, co można sobie wyobrazić. Ich zasady też potrafią zaskoczyć. Biorąc pod uwagę, że głównymi narzędziami do określania przebiegu rozgrywki są wydrukowane reguły, linijki, karty, kostki, żetony i ołówki - to pomysłowość, z jaką są one wykorzystywane przez twórców zdaje się nie mieć granic. Co tydzień poznaję pobieżnie kilka tytułów, i każdy z nich ma coś, co odróżnia go od innych. Zarówno jeśli chodzi o uniwersum, które kreuje dana gra, jak i zasady. Teoretycznie nie można się nudzić... Tylko istnieje druga strona medalu. Po obejrzeniu kilkuset różnych modeli dziennie coraz trudniej o szczere "WOOOW!!!". Innowacyjne zasady przypominają inne, znane z innych gier (choćby planszowych). A do tego wojna, ciągle wojna. Albo gangów, albo hord, albo armii, albo statków kosmicznych. Ta zabawa naprawdę może się przejść. Szczególnie, gdy jest serwowana często i w dużych dawkach.
Ale zanim się zbudzi na dobre...Jeszcze piętnaście minut...

  • Hedonistyczna asymetria. Taki mądry termin usłyszałem raz od kumpla. Słowa te nazywają zjawisko, którego zaznał chyba każdy. Chodzi tu o neurologiczny mechanizm sprawiający, że regularnie powtarzany bodziec pozytywny za każdym kolejnym razem jest coraz mniej przyjemny. Oczywiście swoje robi tu też częstotliwość tego powtarzania. Przypomnijcie sobie na przykład swój ulubiony film, najlepiej taki, który obejrzeliście kilka razy. Czy najwięcej frajdy doznaliście w trakcie pierwszego lub drugiego seansu - czy też może szóstego? Jeśli owa zasada ma być prawdziwa - to odpowiedź wskaże pierwszą opcję. A teraz wyobraźcie sobie, że oglądacie ten film co miesiąc. Z blogowaniem jest niestety trochę podobnie. Na początku sam proces przygotowania wpisu był jak zabawa. Zbierałem dane, oglądałem filmiki, a potem ubierałem je w opis, który sam chciałbym przeczytać. Pozostałe elementy też cieszyły - i dobór zdjęć, i informowanie o publikacji. A pochwały od czytelników to już był odlot! Ktoś przeczytał i mu się podobało! Nieprawdopodobne, a jednak! 
         A jednak z czasem owe miłe czynności przestały być takie miłe. Stały się prozaiczne. I          chyba nic nie będę w stanie na to poradzić. Tym bardziej, że na horyzoncie nie widać            nadziei na zaistnienie dodatkowych korzyści. Skoro eksperyment Quidamcorvusa z              finansowaniem za pomocą Patronite przyniósł tak skromne rezultaty, to ja tym bardziej          nie mam co liczyć na życie z pisania, wycieczki zagraniczne i imprezy w nocnych                  klubach.


Jeżeli coś ma być zrobione dobrze, trzeba to zrobić samemu.



  • Zagłada domu pracy twórczej. Jeszcze nie tak dawno cieszyłem się dość dużym komfortem blogowania. To znaczy, że mogłem na dwie - trzy godziny usiąść do kompa i poświęcić się pisaniu. To właśnie w takich momentach wpadałem w pisarski ciąg. Skoncentrowałem się na temacie, przemieliłem go w mózgownicy, a potem literki niemal same pojawiały się na ekranie. Mając do dyspozycji dwa takie posiedzenia na tydzień przygotowanie wpisu nie nastręczało zbyt dużych trudności. A ponadto było przyjemne, tak jak przyjemne jest urzeczywistnianie swoich zamierzeń. Jednak w mym życiu nastąpiły istotne zmiany... Przez które nie mogę liczyć na dwie godziny, podczas których poświęcę swą uwagę tylko jednemu tematowi. Oczywiście już ich nie cofnę. Wiem też, że nie ma się co przejmować - to tylko taki etap w życiu rodziny z małym dzieckiem, który wkrótce minie. Za jakieś 5 lat będzie dużo lżej. Ale teraz jest ciężko. Tworzenie wpisu to żonglerka. Kwadrans pisania, pół godziny opieki, inne sprawy, potem można znów wrócić do tworzenia. Może na pół godziny, a może tylko na pięć minut. No - nie ułatwia to pisania, krótko mówiąc.
Zawsze pod górę... Szczególnie, gdy się leży.

   Więcej przyczyn zniechęcenia nie jestem teraz w stanie wyodrębnić. Zresztą to nie doktorat; wskazałem na rzeczy, które według mnie najbardziej utrudniają zaangażowanie, i sprawiają, że trudno się zabrać do pracy blogerskiej. Czy można coś z tym zrobić? Czy też jestem skazany na bycie dręczonym przez demona Acedii?

Czekaj Belzebubie, dostaniesz po dupie!

    Czasami jest tak, że samo zdefiniowanie problemu wskazuje jednocześnie na sposób jego rozwiązania. Mam nadzieję, że tak będzie i w tym wypadku. Skoro już wiem, co obniża motywację, to nasuwa się kilka pomysłów pomagających w dbaniu o nią.

    Najbardziej oczywistą odpowiedzią na rutynę jest urozmaicenie. Co mógłbym robić inaczej niż do tej pory? Najłatwiej byłoby zmienić nieco tematykę wpisów. Pierwszą jaskółkę owej (miejmy nadzieję: dobrej!) zmiany jest to, co właśnie czytacie. Wzorem popularnych blogów lifestyle'owych prowadzonych przez nastoletnie dwudziestokilkulatki przygotowałem tekst o sobie samym i własnych rozterkach. Gdybym tylko mógł wzbogacić go odpowiednio wystylizowanym zdjęciem siebie, zapatrzonego w dal, trzymającego kubek ciepłej herbaty, eksponującego fryzurę i długie nogi... To mogłoby doprowadzić do przeciążenia systemu!



No cóż... tego pomysłu jeszcze nie zrealizuję.
    Nie na tym będą więc polegać urozmaicenia. Zamiast nastrojowych fotek i głębokich myśli, trochę wzbogacę tematykę tekstów. Spodziewajcie się zatem recenzji książek. Na szczęście będę zwracał uwagę na ich użyteczność wargamingową. Pewnie będę też częściej opisywał planszówki, i to nie tylko te opowiadające o bitwach i walkach. Warto też wziąć się za gry komputerowe, które od tylu już lat mają zastąpić bitewniaki...

    Do tej pory starałem się unikać galerii z zdjęciami pomalowanych modeli. Po prostu za słabo mi wychodzą, by się nimi chwalić. Ale może takie nieidealne prace kogoś ośmielą i zachęcą do własnych prób? No i raporty bitewne - szczególnie przedstawiające starcia w "Hail Caesar". Też będą. Takie wpisy przygotowuje się łatwiej i szybciej.

Mimo wszystko nie zamierzam rezygnować z regularności wpisów. Może ich treść będzie nieco inna, ale porządek zostanie zachowany. Co czwartek rano nowy wpis. Dając sobie więcej luzu, mógłbym sobie za nadto odpuścić.

   Inną, stosowaną przeze mnie metodą podkręcenia motywacji jest współpraca z kimś innym. Nawiązuję kontakt ze specjalistą od jakiegoś systemu i proszę go o wywiad. Tym właśnie sposobem powstało wiele wartościowych tekstów. Jak się z kimś umawiam, to automatycznie pojawia się potrzeba dotrzymania terminów. A więc nie będę rezygnował z czegoś, co dobrze działa. Tym bardziej, że na opis wciąż czeka mnóstwo polskich systemów bitewnych: "Wrzesień 1939", "Prawem i Lewem", "Afterglow", "Hind Commander", "Shadows in the Void", "Stratoyager", "Warzone: Ressurection", "Anno Domini 1666", "Warheim", "Argatoria", "Umbra Turris"... Tyle gier, każda z własną mechaniką i linią modeli. Jak widzicie - tematów nie zabraknie prędko. A to pozycje tylko z naszego podwórka! Sam nie poznam ich w zadowalającym stopniu i tempie, stąd też potrzeba przeprowadzenia wywiadów z autorami, wydawcami lub fanami.



Gdy potrzebujesz wezwać Ghostbustersów, ale w kieszeni tylko 28 zł 40 gr.. źródło.

    Czy pojawią się jakieś nowe zachęty do pracy? To zależy... Pożegnałem się z myślą o zarabianiu na blogu, ale pieniądze to nie wszystko. Konsekwencja w jego prowadzeniu połączona z maksymalnie zaangażowanym podejściem do tematu dają powód do odwiedzania różnych imprez i poznawania nowych ludzi. Różnego rodzaju konwenty i pokazy odgrywają dużą rolę w popularyzacji figurkowego hobby. Blog ma raczej mniejszy zasięg, ale zawsze do kogoś trafi. Ja zaś czuję się dumny, mogąc wspierać osoby, które dużo z siebie dają, by poprawić renomę i rozpoznawalność gier bitewnych.
A zatem w najbliższym czasie planuję odwiedzić kilka figurkowych imprez i przygotować z nich relację. W ten sposób uatrakcyjnię sobie przygotowywanie tekstów.  

   No i mam nadzieję, że z czasem poprawią się tak zwane warunki zewnętrzne. Dzidzia dorośnie, ustabilizuje się - będę więc mógł częściej pisać, siedząc przy klawiaturze w ciągu jednego, nieprzerwanego segmentu czasu. Przyjdzie też wiosna - a wraz z nią więcej energii. Trudniejszy okres nie będzie trwał wiecznie.  


   A zatem nie dam się jeszcze teraz demonowi lenistwa. Może kiedyś przyjdzie dzień, że acedia opanuje mnie totalnie i przestanę robić nowe wpisy. Gdyby jednak tak się stało, byłoby to przykre... Więc będę dawał jej odpór tak długo jak mogę. A dziś się wyżaliłem, wymarudziłem; już mi lepiej. Jeśli ktoś wytrzymał z lekturą aż do tego końcowego momentu - dziękuję.




Coache grają w czterdziestkę? 





55 komentarzy:

  1. No dobra, zignorowałem ostrzeżenie. Wszedłem i nawet przeczytałem całość.

    Co do zarabiania to ja bym DansE MacabrE nie traktował jako wyznacznika, choć ja w sumie nie mam na co narzekać, gotówki póki co jest niedużo ale między innymi dzięki blogowi sponsorzy bardzo szczodrze fundują nagrody na turnieje Warheim FS.

    Co do urozmaicenia tematyki to IMO dobry pomysł, powyższy wpis sklonił mnie nawet do napisania komentarza. Poza tym w blogosferze brakuje felietonów i pisania bardziej osobiście o środowisku graczy czy własnym życiu związanym z grami. Regularność też jest ważna ale tej u Ciebie nie brakowało.

    No na razie tyle, dzieci wołają i z telefonu jako tako się pisze. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co innego ufundowanie nagrody na turniej, co innego osobisty zarobek. Ale nie nastawiam się na kokosy, za dużo dobrych materiałów jest dostępne w sieci za darmo; szczególnie gdy ktoś nie boi się angielskiego.
      Felietony oczywiście będą :) Gry są ciekawe, ale z mojego punktu widzenia jeszcze ciekawsze jest towarzyszące im środowisko, subkultury czy wreszcie biznes. I postaram się o takich właśnie sprawach pisać.

      Usuń
    2. Wiesz ludziom ciężko zarobić na produkcji modeli i bitsow (patrz Ristuls EM), a co dopiero na pisaniu o nich. Zresztą, żeby na tym zarabiać to musi być praca na pełny etat i to przy użyciu przynajmniej Youtube, bo teraz to medium ma większy zasięg niż blog.

      Ja uważam, że sukcesem jest już nie tracić tak bardzo na tak niszowym hobby, a Warheim FS to nisza w niszy. ;) Choć cieszy mnie, że graczy przybywa. :)

      Usuń
    3. To prawda, i zdaję sobie z tego sprawę. Zresztą nawet w takim układzie (pełny etat, YouTube, instagram, redtube...) nie ma gwarancji bezpieczeństwa finansowego. I wygląda na to, że tak jest w całej branży figurkowej. Może w GW mają trochę komfortu, ale biorąc pod uwagę koszta działalności (szczególnie w Polsce) i przychód z niej (szczególnie w Polsce) - to nie jest to biznes, w którym leżą konfitury.

      Warheim się rozwija, bo jest konsekwentnie promowany. A i ta konsekwencja wymaga wysiłku i systematyczności.

      Usuń
    4. IMO planszówki i RPGi dają chyba większą gwarancję zarobku. Pytanie tylko czy o to chodzi hobby? ;)

      A co do Warheim FS, to cierpliwie czekam na zapowiedziany we wpisie wywiad. ;)

      Usuń
  2. Dobry wpis, warto abyś robił i takie. Sam jeszcze nie mam dzieci (chlip...) ale naoglądałem się dość aby stwierdzić, że bitewniak zwany "dziecko" jest bardzo wymagającą grą. Zmień charakter wpisów i działaj dalej!
    A czasem zorganizuj jakiś mini-konkurs i zaangażuj we wpis czytelników :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konkursy to fajny pomysł! Gdy tylko trafi się jakiś fant od wydawcy, to bardzo chętnie prześlę go czytelnikom :)
      Co zaś się tyczy dzieci... Tego się jednak nie da przedstawić werbalnie... Ale gdybyś nagle postanowił zostać maratończykiem, rozpoczął regularne, częste treningi, wprowadził dietę itp. To i tak nie tracisz pełnej kontroli nad swoim życiem...

      Usuń
    2. Niezłym kawałem (biorąc pod uwagę obszerność Twoich wpisów) byłoby przygotowanie przez Ciebie konkursu na bitewniakowy drabble ;)

      Usuń
    3. Albo na bitewniakowego smsa lub tweeta :) Ale mam w głowie pomysł... może nie na konkurs, ale na karnawał blogowy. Chętnie poprowadziłbym go w maju.

      Usuń
  3. Urozmaicaj, baw się tym a prawdziwe pieniądze to są na innych sferach blogowania- moda, sport itp.
    W bitewniakach też jest kilka opcji na zarabianiu na tym- i to wcale nie musi być bezmózgi biznes, a zarabianiu na tym na czym się zna i co się kocha. Kolega QC przystąpił do jednej z form, ale jest jeszcze kilka innych możliwości i drzwi do których warto jest zapukać (a potem wydawcy sami do Ciebie pukają i proszą o współpracę) :) Ja z wielkim zaangażowaniem działam w ogólnej blogosferze, czerpiąc inspiracje nie tylko z figurkowych blogów.
    Odrzucając niepoważne komentarze, podśmiechujki i inne dziecięce zachowania można odkryć dużo inspiracji.
    Ważna jest liczba UU- Unikalnych Użytkowników- żadna poważna firma/producent nie pyta cie o statystyki z bloggera ( liczy twoje wejścia, wejścia botów- i to kilku/kilkanaście razy w ciągu dnia jeśli tak jest. I z 20 tysiecy wejść miesięcznie masz tak na prawdę 500 unikalnych użytkowników:) Polecam minimum Google Analitics. Widać twój realny zasięg.
    Inną kwestią jest odzew na poszczególny wpis- cieszyć się trzeba każdym komentarzem, ale można zastosować różne "motywacje" w cele zachęcenia ludzi do odwiedzin i pozostawiania do treści ( o niektórych się wypowiadam i wypowiem w prasie kolorowej dla blogerów, więc zapraszam dla chętnych).
    Możesz mieć super wpis, ale jak ktoś nie chce to i tak nie zostawi komentarza :)
    Można się pytać po co to? No właśnie po to że producent gier, figurek wchodzi i patrzy- WooW ile on/ona ma komentarzy!Może warto z nim podjąć współprace? Wszystkie te niuanse mają znaczenie i nic nie jest przypadkowe (oczywiście jeśli myślimy nad tym ciut poważniej- bo jeśli kogoś coś więcej nie interesuję to nie musi wcale tego robić i cieszyć się z tego co ma:)
    Cóż więcej... oczywiście działaj zmieniaj, patrz jaki będzie na to odzew. Nam wtedy tez będzie przyjemniej to czytać ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za ten komentarz :) Wszedłem na Google Analitics i wygląda na to, że mam nową zabawkę. Trzeba będzie paru dni/tygodni żeby to ogarnąć. Sam do tej pory skupiałem się raczej na treści wpisów; propagowanie ich odbywało się z mej strony za pomocą dość amatorskich metod. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość!

      Usuń
    2. Ciesze się, że choć trochę pomogłem :)Google Analitics jest bardzo pomocne i wiarygodniejsze od bloggera a przy tym uczy pokory :) Działaj, jak będziesz potrzebował kiedyś jakiejś podpowiedzi czy porady to pisz ;-)

      Usuń
    3. Akurat Gervaz jest troche za szczery (co mocno wyróżna tego bloga na plus) na stałych sponsorów od biznesowych firm typu GW, choć o Wargamerze pisał całkiem dobrze akurat ;)
      DW

      Usuń
    4. Staram się w tekstach patrzeć na to co się dzieje na figurkowym rynku z perspektywy fana/klienta. Trudno mi zresztą przyjąć inną, skoro w tej właśnie roli funkcjonuję w hobby. Co się tyczy Wargamera, to podoba mi się ich podejście do wydawania "Ogniem i Mieczem", ale komentarze pod tekstem o tym systemie pokazują, że mogłoby być ono jeszcze lepsze (np. podwyżki czy zaniedbany system rozgrywania bitew dywizyjnych). Podobnie jest z Sagą - ale tu zasługą firmy jest wydanie po polsku bardzo fajnego systemu. Na pewno nie jest to jednak firma bez wad... Co zaś się tyczy sponsorowania... Z tym akurat GW miało od dawna kłopoty, choć biorąc pod uwagę zmiany w polityce firmy nie zdziwiłbym się, gdyby również w ten sposób chcieli wspierać turniejowe granie w WH40k czy AoS.

      Usuń
  4. Trzymam kciuki za powrót radości z blogowania! Dla mnie wpis na bitewniakowych pograniczach to obowiązkowa lektura na czwartek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, te życzenia pewnie się spełnią. Radość i motywacja wzrosły od momentu, gdy przygotowywałem ten tekst. Teraz tylko brakuje czasu i komfortu pisania :)

      Usuń
  5. Moja złota zasada, praca to jedno, a hobby to drugie. Nie łącze obu (to oczywiste z przyczyn obiektywnych), ale czysto teoretycznie nie wyobrażam sobie aby zarabiać na tym co lubię i co mnie relaksuje, wtedy ten sposób wypoczynku straci swój walor i stanie się pracą... Innymi słowy zarabiam w pracy i wydaje na hobby bo to mi sprawia przyjemność :) ps. Poza tym jestem zaangażowanym ojcem trójki dzieci ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję potomstwa i podziwiam! Na razie dorobiłem się dwójki i to chyba już kres wydolności mojej i reszty mojej rodziny.
      Nie wziąłem pod uwagę tego, że gdybym zarobkowo zajmował się blogowaniem, mogłoby mi zbrzydnąć. A przecież rozmawiałem z zawodowcem, który po wielu latach intensywnego promowania gier bardzo ceni sobie weekend spędzony z rodziną :) Pewnie i u mnie nastąpił by podobny efekt! Więc chyba masz rację, że dobrze jest, gdy hobby pozostaje hobby, a praca pracą.

      Usuń
  6. Nie czuj się osamotniony w swej acedii. Ja takową mam od trzech miesięcy związaną zarówno z blogowaniem jak i z malowaniem. Co prawda chęć uczestnictwa i zasady turnieju który odbędzie się w najbliższą sobotę zmusił mnie do pomalowania modelu Szczurołapa ale nie sprawiło mi to frajdy. Kryzys wieku średniego chyba mnie dopadł... może przejdzie z czasem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę Ci, żeby Ci przeszło! Mnie zawsze nakręcają turnieje i spotkania... A brak radości z malowania jest dla mnie czymś niepojętym. Raczej na odwrót: ciągle mi go mało, chciałbym przeznaczać na nie więcej czasu.

      Usuń
  7. Pojechałeś srogo. Jest tak tyle rzeczy z którymi się z tobą fundamentalnie nie zgadzam że musiałbym o tym osobny post napisać... ale szkoda czasu na to. Można by o tym posta napisać ale dla kilkudziesięciu kliknięć hermetycznej blogosfery nie ma sensu się nawet schylać a co dopiero podnosić. Wypunktuję tylko kilka rzeczy:

    - Branie sobie do serca rad z 2013 roku z bloga któremu za chwilę stuknie 2 lata "martwicy" można traktować tylko w kategoriach zamierzonego sarkazmu.

    - Hobby to układ w którym pakujesz pieniądze i/lub czas a wyjmujesz satysfakcję. W momencie w którym wsadzasz satysfakcję i/lub czas a wyjmujesz pieniądze nazywamy pracą. Są ludzie którzy czują podniecenie i oczekują przygód idąc w poniedziałek do pracy ale to jakiś mały procent, drobny wycinek całości. Innymi słowy albo albo.

    - Idee forów i blogów są prawie martwe. Bez wspomagania klasycznymi już socjalami typu pejsbuk i pejsgram, pisząc po polsku, dla hermetycznej społeczności, opartej o hermetyczne i niszowe hobby, liczyć na ilość wyświetleń rzędu 1000+ w pierwszych 24h to jak ... no to jest niemożliwe. Nawet żadna wyjątkowo abstrakcyjna analogia nie przychodzi mi do głowy, bo wszystkie są za słabe.

    Z pewnymi rzeczami trzeba się pogodzić Gervazy. Po prostu takie jest życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko dziękuję za komentarz, tym bardziej, że moim zdaniem coś on wnosi do ogólnej rozkminki tematu.
      Odniosę się do niego punkt po punkcie:
      1) Zupełnie na serio tamten blog stanowił i stanowi dla mnie prawdziwą inspirację. Jeśli w tym momencie zawiódł, to tylko dlatego, że nie realizował własnych rad. Kiedy myślę o zamilknięciu, to dochodzę do wniosku, że autora mogło spotkać to, o czym dzisiaj piszę: przesyt twórczością i zniechęcenie. Bardzo chciałbym uniknąć takiego rozwoju wydarzeń.
      2) Z tym akurat zgadzam się w pełni. To co napisałeś, pasuje do mnie w 100%. Z tym że jeśli chodzi o hobby, to czasami pojawia się problem, że nie można w nie włożyć tyle czasu i pieniędzy ile by się chciało. U mnie problemem jest czas, pewnie stąd deficyt satysfakcji.
      3) Wspomagam się facebookiem i wyciągam te 1000+ wyświetleń wcale nie tak rzadko. Dopóki go nie używałem i reklamowałem się na forach, było ich mniej. Więc znów wychodzi na to, że masz rację. Ale nie narzekałem, że odzew jest za mały - bo jak dla mnie na pewno nie jest.

      4) Najłatwiej pogodzić mi się z tym, co nie jest jakieś straszne czy nieprzyjemne ;)

      Usuń
    2. Hmmm... Może za prosto to ująłem i jak skomplikuję to będzie lepiej.
      Z radami dotyczącymi blogowania z roku 2013 jest jak z mlekiem którego data ważności skończyła się również w 2013. Możesz cenić firmę gdyż ich mleko świetnie pasowało do kawy, płatków, miodu czy co tam z mlekiem spożywasz. Możesz mieć nawet świetne wspomnienia związane z momentem gdy kupowałeś tą konkretną butelkę. Jej zawartość jest jednak przeterminowana i zepsuta. W najlepszym razie dostaniesz rozstroju żołądka.

      Nic nie jest takie jak 5 lat temu i raczej już nie będzie. Zresztą... mówiłeś że masz 2 dzieci teraz to sam wiesz ;)

      Moim prywatnym i mocno subiektywnym zdaniem, lepiej czekać na jeden twój tekst miesiąc niż po raz enty czytać "moje podsumowanie miesiąca" albo oglądać jak ktoś z taśmy pomalował 20 figsów a teraz wrzuca je pojedynczo by posty wyrobić. Pisałem to już chyba wcześniej - "tworzysz dobry kontent".

      Usuń
    3. Analogia z mlekiem jest pomysłowa i rozbudowana... Ale treści intelektualne to nie mleko. Niektóre pomysły (nie chodzi mi teraz konkretnie o blog fireant) są nadal użyteczne, pomimo tego, że są znacznie starsze. W tym co napisałeś znajduję zachętę do tego, by szukać nowych pomysłów, opartych na bieżącej sytuacji, a nie trzymać się jednego, starego sposobu.

      Ostatni akapit jest dla mnie inspirujący. Faktycznie chyba bardziej warto, żebym pisał teksty takie jakie chcę i lubię, nawet gdyby miała na tym lekko ucierpieć częstotliwość, niż wejść w kierat tekstu co czwartek - a potem wrzucać coś, co mi samemu wydaje się zbędne i nieatrakcyjne.

      Usuń
  8. Dla mnie czwartek bez tekstu tutaj to dzień stracony i mówię zupełnie (no prawie, but still) szczerze. Mi bardzo brakowało okołogrowego podejścia do tematu, opisu i recenzji gier, nowinek, zjawisk itp. i tutaj to wszystko znalazłem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby była jasność - teksty dalej będą. Może trochę więcej zdjęć figurek, albo recenzji książek i planszówek - ale będą. No i postaram się, by to wszystko o czym piszę, nawiązywało do gier figurkowych, i jakoś tam bawiło. Więc spokojnie, czwartki nie będą stracone (no prawie...)!

      Usuń
    2. Podpisuję się pod Dominig'a. A Było kilka czwartków które później owocowały, to myślałem że to środa... :)

      Usuń
    3. yyy... eee.... Nie do końca rozumiem? Ale dziękuję :)

      Usuń
  9. Gervazie... nie zarobisz na blogowaniu o figurkach oraz grach. Inkub próbował na "Polskich Figurkach". Może dostaniesz jakieś bonusiki od producentów do recenzji ale na cuda bym nie liczył jeżeli chodzi o Polskę. Nawet na YT jest to dość trudne jeżeli nie masz szerokiej oferty i całego sztabu ludzi. Popatrz na kanał Beast of War, a oni mają jeszcze portal (i żyją z reklamowania systemów bitewnych).
    Sam traktuję mojego bloga jako archiwum projektów, pamiętniczek i pomoc w reklamie mych umiejętności. Darowałem sobie w ogóle szersze pisanie na rzecz publikacji zdjęć (seriami, jutro kolejna - chciałbym w tym roku opublikować 150-180 postów). Chcę też zmniejszyć udział systemów historycznych na rzecz sci-fi aby móc dotrzeć do większego grona ludzi.

    Możesz zawsze spróbować się nieco bardziej związać z Wargamerem ale oni też bardzo poszli w FB i raczej nie będą skorzy dużo dać (np. zrezygnowali ze sponsorowania konkursu modelarskiego Strategie choć 15mm obecnie należy głównie do nich).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupełnie zdaję sobie z tego sprawę. To jest zbyt niszowy interes, by zarabiali na nim nawet producenci. GW jest wyjątkiem. Ale kiedy oglądałem niedawno relację z tego, jak np wygląda Warlord Games od środka... No to cóż, nie ma tam marmurów. Polakom zaś jest jeszcze trudniej. Dlatego też nie planuję na poważnie dążyć w tym kierunku. Zresztą stała zależność od jakiegoś sponsora czy wydawcy jest właśnie zależnością. Nie do końca można wtedy pisać o tym, co się chce, ani nie pisać o tym, o czym się nie chce. Dlatego pozostanę przy tej formie finansowania. Ale polski Beasts of War by się przydał. Nawet nie tylko jako źródło recenzji, co jako ogólnokrajowy informator o figurkowych konwentach, wydawnictwach, turniejach, grach pokazowych, promocjach. No i pomagałby w umawianiu się na bitwy. Obecnie tą funkcję pełni Facebook, ale moim zdaniem dzieli fanów różnych gier na osobne enklawy.

      Ja tam osobiście wolę Twoje wpisy historyczne, zwłaszcza ta armia włoska do Bolta mi się podobała. A jeśli sci-fi to będzie czterdziestka... To wiesz, dużo już jej jest.

      Usuń
    2. Trochę to ponad nasze siły krajowe taki Beast of War.pl. Żaden sklep nie ma takich możliwości aby móc stworzyć zespół ludzi. Dobrze, że kiedyś mieliśmy chociaż Bitewne Wrota podsumowujące wysiłek blogerów (brakuje mi ich).

      Wpisy historyczne nie znikną tylko chcę z czasem zmniejszyć ich ilość, a przynajmniej zróżnicować treść. Na tą chwilę mam np. 4 armie SS do pomalowania (lub skończone), różnej wielkości. To niestety sprawia, że blog staje się monotematyczny (ogólnie rzecz mówiąc wszyscy chcą Niemców) i nudny, a tu trzeba z treścią skakać. Oczywiście mam też dalszą część rycerzy do Sagi, mam trochę Francuzów z XIX wieku, trochę Hail Caesar jednak potrzebuję czegoś więcej dla kontrastu dzięki czemu przeciętny czytelnik (nie narzekam) nie znudzi się.

      Tak, to będzie Wh40k. Plus tego systemu - ogranicza nas wyobraźnia. Nie będę malował kolejnej armii Space Marinesów (których są tysiące) lecz coś rzadkiego i dającego mi pole dla poprawy mych umiejętności modelarskich. Na pewno będzie Gwardia Imperialna ale być może skuszę się również na Imperial Knightów (z racji nowych starterów - jednego wydanego, a drugiego planowanego).

      https://www.youtube.com/watch?v=yTRJv7yy0Nw

      Miałem w sobotę cudowną wizję odnośnie tych wielkich podstawek ale jej nie zdradzę (aby ktoś nie ukradł pomysłu - jest świetny!).

      Usuń
    3. A no to chyba że tak. Gwardia Imperialna to fantastyczna armia, dużo fajniejsza od hitlerowców... Choć gdy się nad tym głębiej zastanowić, to różnice między tymi armiami nie są zbyt duże... Te modele średniowieczne, które pokazywałeś, były rewelacyjne, chętnie zobaczyłbym realizację planów dotyczących historycznych modeli. No i jeśli faktycznie masz zamiar zrobić 150 postów, to pewnie wkrótce zobaczę :)

      Usuń
    4. Mam już pierwsze figurki dla Vostroyan - wybrałem ich dlatego ponieważ zdecydowanie się odróżniają od II wojennych miniaturek. Wiem gdzie ich kupić za 90zł / 10 szt. :)

      Usuń
    5. Myślę, że na upartego dałbym radę kupić ich nawet za 80 zł... ciekawe, czy myślimy o tym samym źródle... Gdzieś niedaleko jest muzeum żydowskie?

      Usuń
    6. Kilka ulic dalej i inna dzielnica. ;)

      Usuń
    7. Ciągle mam wrażenie, że myślimy o jednym miejscu :)

      Usuń
    8. Nie, nie o ten sklep mi chodzi. O coś zupełnie innego, ale to raczej temat na priv.

      Usuń
  10. Mam wrażenie ze z Twojego tekstu miedzy wierszami daje sie odczytać potrzebę zmiany. Zmiany formuły bloga, sposobu tworzenia wpisów i moze rewizji oczekiwań związanych z jego prowadzeniem. Przychodzi taki czas, w którym zmęczenie materiału daje o sobie znać i trzeba wtedy powiedzieć sobie jasno, od dzisiaj robię tak i tak, bo bedzie mi łatwiej i bedzie mi to dawać adekwatne poczucie satysfakcji. Jednego nie musisz sie obawiać, utraty czytelników i małej rozpoznawalności. Jeżeli blog nie wynagradza Cie finansowo, napewno wynagrodzą Cie komentarze spotykanych nerdów na rożnych imprezach : Pogranicza? Znam! Czytuje regularnie! A jeśli chodzi o zasięgi i statystyki, nie sugeruj sie tym. Lepszy 1 zaangażowany czytelnik niż 10 takich co wdepnęlo przez pomyłkę. To jest niszowe hobby i taka jego specyfika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem w tym, że dawna formuła jak najbardziej mi odpowiada, ale nie starcza już sił i czasu na ciągnięcie jej w takiej postaci. Każdy głos, który mówi o regularnym czytaniu jest dla mnie bardzo miły. I chciałbym utrzymać poziom. Zresztą, gdy przygotowywałem ten wpis, miałem spadek formy. Na szczęście spadki nie trwają wiecznie i wkrótce wrócę z bardziej tradycyjnymi wpisami.

      Usuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  12. Będąc w domu i mogąc się już normalnie zalogować gratuluję poruszenie ważnego tematu. Niestety podobnie jak kilka osób wyżej uważam, że hobby jest hobby tak długo jak nie liczy na pieniądze. Musi Ci więc wystarczyć, że jako przekrojowo ogólny blog jesteś raczej bezkonkurencyjny (choć może jakaś konkurencja właśnie jest Ci potrzebna? :P)

    Z motywacją oczywiście bywa różnie i wypalić można się we wszystkim tak naprawdę. Szczerze mówiąc hobbystyczno-niekomercyjne podejście pomaga często unikać frustracji, a tym samym przyspieszonego wypalenia. Sam się z wieloma rzeczami powypalałem i sam jestem zaskoczony, że tak chętnie ciągniemy Wojnację po tylu latach. Ba nawet inwestujemy w nią nie tylko czas ale i kasę... choć wydaje mi się, że spora w tym zasługa braku innych gier, które by nam podpasowały i były w stanie odciągnąć od projektu. Może tu masz tak samo, że zwyczajnie czujesz potrzebę istnienia jakiegoś okołobitewnego medium, które faktycznie będzie obiektywne. Na Grach Bitewnych w Sukcesji uczestniczyłem w paru rozmowach o blogach i ten jeden tylko unikał szydery kręcenie się tylko w koło jednej gry czy producenta... natomiast był chwalony za rozsądną obiektywność i przekrojowe ogarnięcie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, ja w ogóle nie postrzegam innych blogów jako konkurencji. Raczej wyobrażam sobie to tak, że cały internet jest czymś w rodzaju jednej wielkiej gazety, m.in. na temat bitewniaków. I różni ludzie piszą do niej różne teksty dotyczące różnych spraw. Szanuję również specjalistów, którzy piszą o jednym systemie czy wydawnictwie. A sam po prostu mam inny zakres zainteresowań :)
      Tak na prawdę wiem, że nie bardzo jest sens liczyć na kasę z takiego właśnie blogowania. I to nie kasy mi brakuje, ale właśnie takiej żywej motywacji. Choć po zapoznaniu się z opiniami z kuluarów - motywacja znacznie wzrosła. Dziękuję :)

      Usuń
    2. Masz racje, innych blogow nie trzeba traktować jako konkurencji. Zamiast tego mogą być nawet inspiracją.

      Usuń
  13. Tekst zachęcający do refleksji. Też mnie dopada acedia i też dużo rozmyślam o hobby. Na pewno nie chce łączyć go z pracą zarabianiem, hobby ma pozostać u mnie odskocznią od pracy. Ja się z kolei łapie na tym, że przy małej ilości czasu to chce malować/robić makiety a nie marnować czas na robienie fotek (rozkładania namiotu i tła), obrabianie, pisaniu tekstów i walkę z czynnościami technicznymi. Dużo czasu zajmuje mi także odwiedzanie obserwowanych blogów i zostawianie tam komentarzy. Jak to wszystko czasowo policzyłem wyszło mi sporo więcej czasu na czynności tzw. około niż na to co lubię. Sporo się zastanawiałem czy to jest właściwa proporcja, z drugiej strony szkoda tracić ten kontakt blogowy z ludźmi i nie oszukujmy się, jak się nie odwiedza i nie komentuje to nie ma co liczyć na wzajemność. Poważnie rozważałem odłożenie bloga i odwiedzanie innych celem przeznaczenie 100% czasu na malowanie/pisanie. eh..dylematy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zatem problemem jest niewystarczająca ilość czasu. Również zaniedbuję fotografowanie, choćby byłoby czemu robić zdjęcia. Chętnie malowałbym i grał więcej - no ale jest jak jest. Czytając końcówkę Twojego komentarza dochodzę do wniosku, że trzeba się nastawić na pogodzenie z pewnego rodzaju stratą. Jeżeli jesteś bardzo zaangażowany w hobby figurkowe (a więc na poziomie blogowania), wtedy nie tylko nie dasz rady ogarnąć wszystkich fajnych systemów i figurek, ale też nie dasz rady zająć się tym, co chcesz zrobić z tym co masz. Coś mu zostać zsunięte na dalszy plan: pisanie, malowanie, albo granie. Coraz bardziej wygląda na to, że bitewniaki to rozrywka dla emerytów ;)

      Usuń
  14. Bardzo dobry i motywujący wpis. Regularne publikowanie treści to świetny motywator, ale najważniejsze to czerpanie przyjemności ze swojej twórczości i odzewu na nią wśród społeczności. Po lekturze chyba dziś spłodzę jakiś wpis na sowim blegu. XD
    Dzięki! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w rodzaju sztafety... Jeden wymięka w blogowaniu, inny go zastępuje ;)

      Usuń
  15. Prędzej czy później przychodzi chandra. I pewnie każdego blogera dopada taka chwila, żeby machnąć na to wszystko ręką. Ja tam np. czerpię satysfakcję również z pisania, i cieszę się gdy mogę coś więcej naskrobać. Zauważyłem, że z każdym pomalowanym modelem wiąże się jakaś historia.

    A hajs z blogowania kusi na pewno. Tym bardziej jak się człowiek napatrzy jak jakieś "chopaki", które tylko bluzgają i grają w gry trzępią sałate. Kontrowersyjność też przynosi popularność, chociaż ten temat "nas" (jako blogosfery) raczej nie dotyczy. Ale w temacie lepiej (i mądrzęj) napisali ode mnie Panowie wyżej (piwo dla WeRTa). Sypne maksymą na koniec.
    "Kiedy film zdobywa sukces, wówczas jest to interes, kiedy nie ma sukcesu – jest sztuką."
    Carlo Ponti.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właśnie dla mnie ciekawe, ta historia związana z każdą figurką. Historia nakręcenia się na nią, zakupy, przygotowania, grania - oraz przemyśleń i emocji pojawiających się na każdym etapie zabawy.

      Druga zaś kwestia - to czym jest sukces w przypadku blogowania o figurkach? Na pewno byłoby nim zaproszenie do "Tańca z gwiazdami"...

      Usuń
  16. Ależ wiele świetnych komentarzy tu przeczytałem. Być może lepiej obrazujących (rozwijających) to co chciałeś sam przedstawić choć nagle już było tylko o zarabianiu pieniędzy;)
    W Internecie jest sporo syfu (aż dziw, że nikt tego jeszcze nie napisał) i od wielu lat KAŻDY ma bloga/twittera/instagrama i pisze o swoim hobby. Nawet ja jestem świadom, że moje wpisy tam to śmieci, choć staram się nie przeginać. Ciężko przebić się z własnymi rzeczami. Kiedy oglądam FB i lecę po zdjęciach na figurkowych grupach to MOŻE 1 na 100 mnie zaciekawi. I niestety, jak widzę przekierowanie do jakiegoś bloga, instagrama czy innej platformy, to nie klikam. Nie interesują mnie wypociny domorosłych tekściarzy i ich recenzje czy opisówki jak rozkładają pudełka i liżą swoje pędzelki. Wyjątek stanowi właśnie Twój blog (i jeszcze dwa polskie z tekstami o których nie wspomnę bo im skrzydła urosną jak tu wejdą;) Właśnie za inteligentne słownictwo. Kurde jak tego brakuje w Internecie ! Mądrego dobrze poczytać, MIMO ŻE większość tekstów tyczy się gier w które nigdy nie zagram.
    No i jak Michał napisał wcześniej - nie nastawiaj się na zysk, rób swoje a Acedia sama odejdzie (a kasa przyjdzie). A jak nie ? Kurdę - człowieku, masz dwoje dzieci - wyjdź na dwór ! :)
    Chciałbym tutaj jeszcze coś napisać ale o tym może pogadamy przy piwie kiedy w końcu spotkamy się jako WROTOWICZE na zlocie. Chyba zaraz pogonię tę akcję na FB bo coś przymilkła....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspomni wspomnij, warto chwalić ludzi, których twórczość Ci się podoba. Mi na ten przykład zrobiło się bardzo miło, czytając komplementy. Wpisów, które fajnie poczytać jest na necie wbrew pozorom dużo. Sam mam kilka takich blogów w dziale "polecane" - zapraszam do nich. I jestem przekonany, że gdyby dobrze poszukać, byłoby ich jeszcze więcej. Ale nawet te pojedyncze zdjęcia mają swoją wartość. Gdy widzę gotową figurkę, to zawsze inspiruje mnie to do własnych prac. A często budzi podziw. Więc i za tą część internetu jestem wdzięczny.
      Po tej dyskusji pogodziłem się z faktem że blog i figurki nie są dla kasy, tylko właśnie dla hobby. Zresztą nawet producenci i handlowcy nie zbijają na ludkach kokosów.
      Co do zlotu - byłoby fajnie, ale czarno widzę swój udział, gdyby odbył się poza Warszawą :(

      Usuń
  17. Wyjątkowe podejście do FKB i - wbrew obranemu tematowi - inspirujący wpis.

    Malowanie - które dla mnie jest najbardziej interesującą częścią hobby - to w moim wydaniu dość dziwna aktywność. Uwielbiam to robić, ale zabrać się czasem bardzo trudno. Tym bardziej jak kusi książka, jakiś Bloodborne albo po prostu piwo. Blog pomaga mi trzymać lenistwo w ryzach. Wpis co czwartek i comiesięczny karnawał musi być :)

    Nie wiem, jak byłoby, gdybym na blogu pisał, a nie malował. Chyba ciężko. Sam proces nie jest dla mnie tak autoteliczny jak malowanie - może przez to, że robię to na co dzień w robocie i w domu po prostu trzeba mi odmiany... Tak czy siak, dzięki za wyjątkowo interesujący wpis. Powodzenia w urozmaicaniu treści i podkręcaniu radości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z malowaniem mam inaczej. W kąciku pokoju stoi sobie mini-warsztat, a na nim czekają farby i figurki. Lubię to robić i kiedy jestem wypoczęty, i kiedy jestem zmęczony. Oczywiście inne rzeczy, o których piszesz również kuszą, ale nie tak mocno. Od czasu ostatniego sezonu Black Mirror nie wsiąknąłem w żaden serial. Za to książki (w postaci audiobooków) znakomicie kombują się z malowaniem. Dziękuję za życzenia!

      Usuń